Nie spotkałem się z takimi świętymi w naszej Cerkwi. Ogólnie pojęcie „świętych patronów” dziedzin życia jest obce prawosławnej liturgice.
Tym niemniej, po krótkim przeglądzie, podaję ze źródeł światowych: św. Nektariusz z Eginy – w Grecji został ogłoszony patronem sportowców; m.in. jako pierwszy wprowadził piłkę nożną jako dyscyplinę sportową do szkoły; popierał i wspierał zajęcia sportowe i kluby sportowe; ap. Paweł – w swoich listach nawiązuje do zawodów sportowych (m.in. „A każdy ze zmagających się (z gr. atletów, sportowców) od wszystkiego się powstrzymuje: tamci, aby otrzymać więdnący wieniec, a my – niewiędnący. Ja zatem nie tak biegnę, jakbym nie znał celu, nie tak uderzam, jakbym bił powietrze. Ale ujarzmiam moje ciało i zniewalam, abym innym zwiastując, sam nie okazał się niewypróbowany.” 1 Kor 9,25-27;”A jeśliby ktoś i walczył jak atleta, to nie otrzyma wieńca, jeśliby walczył niezgodnie z zasadami.” 2 Tm 2,5);Wspominani są także m.in.: męcz. Sebastian – patron łucznictwa i strzelectwa (za wikipedia) i męcz. Nestor.
Myślę, że przed zawodami sportowymi (ale i po nich) modlitewne zwrócenie się do swojego świętego patrona lub bezpośrednio do Boga będzie dobrą praktyką.
Skoro jest sztuczna, to raczej nieświadoma… A to z kolei „dyskwalifikuje” ją, jako bestię, bo ta będzie (jest?) świadoma i piekielnie inteligentna po swojemu…
Odpowiedź rozpocznę od pytania: „Co decyduje o przystąpieniu/przyjęciu do prawosławia?” Można tu wskazać „kanoniczne” wskazania rozróżniające pomiędzy przyjmowaniem heretyków i schizmatyków. W przypadku heretyków jest to ponowny chrzest; w przypadku schizmatyków to spowiedź i Eucharystia. Ale podkreślić tu trzeba, że w obu przypadkach wskazane misteria/sakramenty udzielane były dopiero po „nawróceniu się” zainteresowanych, porzuceniu, wyrzeczeniu się przez nich wcześniejszych błędnych twierdzeń/nauczania. Powrót do jedności wiary to „warunek konieczny” powrotu do jedności liturgicznej/sakramentalnej. Ani chrzest, ani Eucharystia nie mogą być udzielane „innowiercom”, którzy wyrazili chęć połączenia z Cerkwią, ale nie zrezygnowali z błędnych przekonań. Chrzest i Eucharystia to publiczne potwierdzenie zakończenia drogi powrotu heretyka/schizmatyka do „jednej prawdziwej wiary”.
Jeśli to wyjaśnienie nie wystarcza, przytoczę pewną opowieść, która powinna przekonać. Niestety nie pamiętam gdzie ją czytałem/słyszałem (mogły to być żywoty świętych) i nie jestem w stanie wskazać tekstu źródłowego. Pewien człowiek długo nie zgadzał się z przekazywanym mu nauczaniem Jezusa Chrystusa i Cerkwi. Jego przyjaciel nie poddawał się i wytrwale próbował go przekonać, dzielił się z nim swoją wiarą na wszelkie możliwe sposoby. Poważna choroba pobudziła tego człowieka do przemyśleń, pokajania – głębokiego zrozumienia, ziarenko wiary w jego sercu zakiełkowało. Prawdziwie zapragnął chrztu, poprosił przyjęcie do Cerkwi, ale zmarł zanim duchowny przybył, aby sprawować misterium chrztu. Mimo to, został przyjęty do Arki…
Wskazać tu też można na różne trudna okoliczności: gdy nie ma dostępu do wody, a jest pilna potrzeba, aby chrzest został udzielony, wodę mógłby „zastąpić” pustynny piasek. W okresach prześladowań chrześcijan pojawiał się „chrzest krwi” – „oddanie życia za wiarę w Jezusa Chrystusa przez męczennika, który nie zdążył przyjąć chrztu” (jak zwięźle objaśnia to Słownik Polskiej Terminologii Prawosławnej).Odpowiedź na Twoje pytania mogłaby zatem zabrzmieć następująco: nawet jeśli nie jesteś jeszcze w Arce, to płyniesz we właściwą stronę… „Tak trzymać!”, jak mówią żeglarze…
Naukę o istocie (gr. usija) Boga w szczególny sposób rozwinęli Ojcowie Kapadoccy. W ich nauczaniu chodziło przede wszystkim o rozróżnienie trzech Osób (lub Hipostaz) zjednoczonych jedną (Boską) istotą. Wskazywali taż często na niedostępność rozumowi ludzkiemu istoty Bożej. Tak więc istota Boża i energie Boże nie są synonimami. Energie Boże są objawieniem Boga ale nie są samym Bogiem. Tak jak promienie słońca nie są słońcem ale wyrażają naturę słońca.
Serdecznie współczuję, ale też podziwiam modlitewne zaangażowanie. W opisanych długotrwałych trudnych okolicznościach zachęcam zarówno do wytrwałej kontynuacji tej modlitwy, jak i do podejmowania dalszych/kolejnych starań o poprawę stanu zdrowia. Skoro o kilkuletniej terapii i przyjmowaniu leków pisze Pani w czasie przeszłym, domyślam się, że została przerwana, a to może być akurat to, czego w tej sytuacji potrzeba. Modlitwa jest bardzo ważna, niezbędna jest też wiara, ale do modlitewnych próśb i wiary trzeba też dołączyć działania, bo „wiara bez uczynków jest martwa”. Jeżeli sam sobie nie radzę z jakimś problemem, zwracam się do kogoś, kto może okazać mi pomoc. Stwierdza Pani, że prosi o pomoc Boga, Bogarodzicy i świętych, ale trzeba też pamiętać, że Bóg działa i pomaga za pośrednictwem innych ludzi. Ilustracją tego jest ewangeliczna opowieść o uzdrowieniu paralityka. Sam nie mógł przyjść, ale został do Jezusa przyniesiony. Widać tu wiarę w połączeniu z działaniem. Co warto też zauważyć i podkreślić – wskazane tutaj działanie jest wręcz „symboliczne” – paralityk został „tylko” przyniesiony. Podkreśliłem to „tylko” przez to, że to nie był jakiś niebywały, „rekordowy” wyczyn, nie było to coś, czego nie mógłby zrobić ktokolwiek inny. Było to (i chodzi tu) o działanie dostępne dla każdego. Inaczej mówiąc – „róbmy, co możemy; najlepiej, jak potrafimy”. Wracanie do zdrowia można by porównać do płynięcia łódką w górę (pod prąd) rzeki – aby osiągnąć upragniony cel, trzeba wytrwale wiosłować „tylko”(?) po to, żeby utrzymać się w tym samym miejscu…
Słusznie zauważa Pani, że „Bóg nie daje nam więcej, niż możemy unieść”. W cytowanej już na tym forum opowieści o śladach na piasku, w najtrudniejszych chwilach naszego życia Bóg nie opuszcza nas, ale niesie nas na Swych rękach…
W opisanym stanie bezsilności i zwątpienia niezbędna jest wytrwałość w modlitwie i działaniu, bo właśnie w takim stanie bolesnego cielesnego i duchowego osłabienia jesteśmy bardziej narażeni na demoniczne pokusy, o których w IV w. pisał Ewagriusz z Pontu w swoim traktacie „O ośmiu demonicznych myślach”. Opisywany przez niego demon południa/acedii/duchowej depresji wyolbrzymia problemy, z którymi się zmagamy, rozbudza pragnienia, aby nastąpiła natychmiastowa zmiana na lepsze (najlepiej samoczynnie), a do tego wznieca poczucie niemocy, niechęci do działania, a nawet całkowitej rezygnacji.
Zachęcam zatem, aby nie poddawała się Pani tym opisanym przez Panią pokusom. Bóg na pewno Panią widzi. Przejawem łaski Bożej (w odpowiedzi na Pani modlitwy) może być również to, że mimo zaniechania terapii i przyjmowania leków, Pani stan nie uległ drastycznemu pogorszeniu… Zauważmy co mamy, co osiągnęliśmy, cieszmy się z tego i dziękujmy, i próbujmy iść dalej! Jeśli proces powrotu do zdrowie wydłuża się, nie oznacza to, że nigdy nie nastąpi…
Życzę zatem cierpliwości i wytrwałości w wierze, modlitwie i działaniu.
W historii znajdziemy wiele osób, których życie może być dla nas inspiracją do wzrostu duchowego. W przypadku wyżej wymienionych postaci problemem w uznaniu za świętych prawosławnych jest brak oficjalnej kanonizacji przez Cerkiew (lub wpisania do dyptychów). Brak kanonizacji nie jest jednak wykluczeniem z chóru świętych, jeśli dana osoba została do niego zaliczona przez Boga.
Kult świętych można podzielić na lokalny i powszechny. Wielu świętych zachodnich (np. św. Hubert, św. Oliwia, św. Alina, św. Genowefa) otoczonych jest kultem lokalnym w Cerkwi prawosławnej.
Rosyjska Cerkiew Prawosławna powołała w 2014 r. komisję ds. opracowania kalendarza (wspomnień świętych). Z informacji, do których dotarłem, ta komisja sporządziła listę świętych, którzy działali w Europie Środkowej i Zachodniej przed 1054 rokiem. W swoich pracach komisja kierowała się następującymi kryteriami:
- nieskazitelnym wyznaniem wiary prawosławnej,
- okolicznościami, w jakich nastąpiła kanonizacja,
- brakiem wzmianki o imieniu świętego w dziełach polemicznych zwalczających Cerkiew prawosławną (w tym obrządek wschodni)
- oraz współczesnym kultem w zagranicznych diecezjach Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej i lokalnych Cerkwiach prawosławnych.
Ponadto w pracy komisji uwzględniono informacje zawarte w „Kompletnym menologionie Wschodu” (Полном месяцеслове Востока) arcybiskupa Sergiusza (Spasskiego) (1830-1904), sprawozdaniu św. Jana (Maksymowicza) na Synodzie Biskupów Rosyjskiej Cerkwi Zagranicznej w 1952 r., artykułach w „Encyklopedii prawosławnej”, a także w Synaksarionie sporządzonym przez hieromnicha Makarego z athoskiego monasteru Simonopetra (dostępne jest także polskie wydanie Synaksarionu).
Moim zdaniem, powyższe informacje mogą być dobrymi wskazówkami określającymi czy dany święty może być przez nas czczony.
Odsyłam także do odpowiedzi udzielonej przez o. Andrzeja Kuźmę: „Przyczyną takiego stanu rzeczy (chodzi o brak rozpowszechnionego kultu świętych zachodniej Europy – przyp. PM) jest chyba to, że jego kult w starożytności nie był rozpropagowany we wschodniej części cesarstwa. Po zaistnieniu rozłamu w XI w. jeszcze mniej interesowano się na wschodzie kultem świętych, którzy żyli w starożytności w zachodniej części. Taki stan rzeczy pozostał do dzisiaj. Wielu jest zresztą zachodnich świętych z okresu przed rozłamem, którzy formalnie powinni istnieć w dyptychach prawosławnych. Być może właściwym byłoby pewne uzupełnienie dyptychów, ale kto to mógłby zrobić? Potrzebna byłaby może jakaś komisja ogólnoprawosławna?”
Ma Pan prawo nie zgadzać się z cytowanymi wypowiedziami i po swojemu udowadniać swoje racje. Obawiam się jednak, że mogło dojść do nieporozumienia – nie wiem czy z powodu nieprecyzyjnie sformułowanej wypowiedzi (02-02-2021, rodzina, wiae?) , czy też niepełnego (opacznego?) jej zrozumienia. Aby wyjaśnić to dokładniej, zacytuję jednego z wielkich autorytetów, św. Atanazego Aleksandryjskiego, który żył w IV wieku. Oto fragment jego listu do mnicha Ammuna:
„Skoro zatem są tu dwie drogi w życiu, jedna bardziej umiarkowana i zgodna z życiem, to znaczy droga małżeństwa, i druga, anielska i wzniosła, droga dziewictwa, to jeśli ktoś wybrałby drogę światową, czyli małżeństwo, nie podlega naganie, ale nie otrzyma tak wielu łask; otrzyma bowiem łaskę pod warunkiem, że sam przynosi „owoc trzydziestokrotny”; jeśli jednak ktoś wybrałby drogę czystości, drogę nadziemską, to chociaż ta droga jest trudniejsza od tamtej i bardziej uciążliwa, otrzymuje jednak łaski godne większego podziwu, bo wydał owoc doskonały, stokrotny.”
Obie drogi prowadzą do zbawienie, jedna nie wyklucza drugiej, choć w wielu tekstach monastycznych (podobnie jak w cytowanym fragmencie) droga „czystości, nadziemska” zdaje się być postrzegana jako „lepsza”, bo „bardziej skuteczna”(?).
Choć rzeczywiście „wypowiedź pad(ł)a ze strony żonatego duchownego”, zapewniam jednak, że nie chodziło w niej o „stygmatyzowanie kogoś, że jest samotny” i nie była przejawem „braku empatii”. O ile pamiętam, cytowane było wówczas stwierdzenie metr. Kallistosa, że w historii chrześcijaństwa nie było refleksji nad inną, niż dwie wspomniane, drogą do zbawienia. Nie oznacza to jednak, że osoby pozostające w celibacie i nie wstępujące na monastyczną drogę życia miałyby być „drogi do zbawienia” pozbawione! O tym, jak mogłyby/powinny do niego dążyć, wyraźnie opowiada (cytowany wówczas?) wykład metropolity Kallistosa: „Ziarno Kościoła: powszechne powołanie do męczeństwa”. „Śmiem twierdzić”, że jego lekturę powinni „zaliczyć” wszyscy zainteresowani zbawieniem…
A zatem, do zobaczenia „po drodze”…
Nie potrafię wskazać współczesnego (?) świętego, który był pilotem, ale można/warto kierować modlitwy do świętych aniołów, np. archanioła Michała, arcystratega (zwierzchnika) chórów/zastępów/wojsk, niebiańskich mocy bezcielesnych.
Oprócz św. wielkomęczennika Jerzego pośród świętych jest wielu innych rycerzy/wojowników/żołnierzy, którzy swoim życiem i postępowaniem świadczyli o Chrystusie. Warto „wczytać” się w ich żywoty i ustalić, co spowodowało, że zostali uznani za świętych, za przykłady do naśladowania.
W upadłym, pogrążonym w grzechu świecie pojawiają się konflikty zbrojne, które wymuszają (?!) istnienie armii, gotowość obrony przed zbrojną napaścią. W wojsku polskim (i w innych armiach) są prawosławi kapelani, co na swój sposób potwierdza, że Cerkiew akceptuje służbę wojskową. W przypadku wojny obronnej, zabijanie w obronie własnej i swojego kraju traktowane jest podobnie jak spowodowanie czyjejś śmierci niechcący – przypadkiem, np. gdy ktoś wtargnął na jezdnię tuż przed jadącym samochodem itp. Kanony stwierdzają, że to również grzech, ale traktują taki przypadki Łagodniej, niż zabójstwo zamierzone.
W swoim liście do mnicha Ammuna, św. Atanazy Aleksandryjski wypowiada się na ten temat w taki ot sposób:
„Przecież również w odniesieniu do innych czynności życiowych stwierdzimy, że można je oceniać w różny sposób, zależnie od okoliczności. Nie wolno na przykład zabijać, ale zabijanie nieprzyjaciół na wojnie jest prawnie dozwolone i zasługuje na pochwałę. Oto bowiem ci, którzy odznaczają się na wojnie, uznawani są za godnych wielkich zaszczytów, wmurowuje się dla nich tablice, na których zapisywane są ich niezwykłe czyny. A więc ten sam czyn w określonej sytuacji i w określonym czasie jest zakazany, a w innych okolicznościach i w innym czasie pochwalany i usprawiedliwiany.”
Więcej na ten temat można przeczytać w książce: „For the Peace fro Above”: An Orthodox Resource Book on War, Peace and Nationalism, wydanej przez Syndesmos, Światowe Bractwom Młodzieży Prawosławnej
Wątpliwości w kwestiach wiary trzeba koniecznie „rozwiewać”. Regularne uczestnictwo w nabożeństwach i codzienna modlitwa są bardzo ważne i potrzebne, ale trzeba również angażować krytyczne myślenie. Bóg dał nam rozum, aby z niego korzystać. Wątpliwości czy zwątpienia w różnych sferach życia mogą być demonicznym działaniem, próbą odciągnięcia nas od Boga i od drogi ku zbawieniu. „Licho nie śpi” – pokusy były, są i będą się pojawiały, i nie mamy na to wpływu. Nasze zadanie – i na to już mamy wpływ – to odrzucanie wszelkich pokus/wątpliwości, jak najszybsze ich wyjaśnianie, nie uleganie im.
Do modlitwy i nabożeństw dodałbym zatem lekturę tekstów wyjaśniających naszą wiarę, pomagających w jej pielęgnowaniu i pogłębianiu. Warto zatem czytać „teksty źródłowe” czyli Pismo Święte, nade wszystko Ewangelie i Psalmy. Mogą to być krótkie fragmenty Ewangelii wyznaczone na każdy dzień i wskazane w lekcjonarzu (dostępne w cerkiewnym kalendarzu) albo dłuższe fragmenty – rozdział lub kilka rozdziałów dziennie. Ważne przy tym, aby czytać na głos albo półgłosem, bo „wiara płynie ze słuchania”! Warto też sięgać po inne teksty, objaśniające naszą wiarę, np. „Kościół prawosławny” albo „Królestwo wnętrza” biskupa Kallistosa Ware, „Misterium wiary” metr. Hilariona Ałfijewa, „Nasza wiara” abp Pawła itp. Mamy też obszerną bibliotekę tekstów duchowych – to np. żywoty świętych zebrane w imponującym Synaksarionie wydanym przez wydawnictwo Bratczyk albo opracowania proponowane przez Wydawnictwo naszej Warszawskiej Metropolii Prawosławnej. Jezus Chrystus porównał naszą wiarę do ziarnka gorczycy – „Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście temu drzewu figowemu: wykorzeń się i przesadź się w morze!, posłuchałaby was” (Łk 17,6) „Zaprawdę bowiem powiadam wam: Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarno gorczycy, powiecie tej górze: Przenieś się stąd na tamto miejsce, a przeniesie się. I nic nie będzie dla was niemożliwe” (Mt 17,20). W innym miejscu czytamy: „Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach” (Mt 13,31-32) Ten ostatni werset wskazuje zarówno na „potencjał” „ziarenka wiary”, jaki i potrzebę jego należytego pielęgnowania – aby kiełkowało i rosło, i obficie owocowało, ziarenko wiary trzeba podlewać… Nawozy też by się przydały…
Czytajmy zatem.