Myślę, że do tego przypadku trzeba odnieść metodę, zalecaną przez abbę Izajasza i wielu innych przedstawicieli jego „szkoły życia duchowego”. Chodzi o to, aby rozróżnić pomiędzy grzechem, a człowiekiem, który ten grzech popełnił. Nie wolno utożsamiać jednego z drugim. Grzech koniecznie trzeba nienawidzić, a człowieka, który ten grzech popełnił, traktować miłością. Skoro w Twych relacjach z rodzicami pojawiły się takie poważne ‘niedociągnięcia’ albo braki, nie oznacza to, że wszystkie relacje są tak samo ‘wybrakowane’. Zapewne zauważyłaś, masz świadomość, że w innych rodzinach było inaczej, tj. lepiej. Wierzę, że to rozgraniczenie okaże się ważnym krokiem, na drodze ku odkrywaniu prawdziwego ojcostwa Boga. Jeśli sama nie po/radzisz sobie z tymi ‘zaszłościami’ i ‘zakłóceniami’ w relacjach z rodzicami i ich ‘naprawianiem’ czy ‘porządkowaniem’, spróbuj poprosić o pomoc specjalisty psychoterapeuty. Znam kilku. Znają się ‘na rzeczy’. Wierzę, że pomogą. Napisz to mnie, a podam namiary.
W słownikowych definicjach fanatyzmu mowa o żarliwości w wyznawaniu/przejawianiu wiary połączonym ze skrajną nietolerancją. Gorliwa wiara powinna charakteryzować się m.in. otwartością na innych ludzi. Ująłbym to tak: wierzymy/wiemy, że Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo. Obraz nosimy w sobie, już go mamy, a do podobieństwa dążymy/powinniśmy dążyć przez całe życie. (To dlatego świętych mnichów i mniszki nazywamy po grecku ‚osios’, a po cerkiewnosłowiańsku ‚prepodobnyj/a’ – najbardziej podobnymi do Chrystusa, albo do Adama przed upadkiem). Powinniśmy jednak pamiętać, że ‚zapisany’ w nas obraz Boga to obraz Boga w trzech Osobach, to obraz, który zawiera w sobie relację miłości, prawdziwej miłości… (polecam lekturę tekstu bp Kallistosa Ware, „Człowiek jako ikona Trójcy Świętej”). Gorliwy wierzący obdarza miłością wszystkich, a fanatyk tylko ‚swoich’…
Wspomniana na początku lektura artykułu o przemocy w rodzinie dodatkowo komplikuje opisaną sytuację – pozwala domyślać się czy nawet sugeruje, że Waszym kłótniom towarzyszyła przemoc (fizyczna i psychiczna?). Tego na pewno nie powinno być w żadnej rodzinie i w relacjach pomiędzy ludźmi. Jeżeli to trwało przez lata, jeżeli podejmowane były próby uporządkowania Waszych relacji, ale okazały się nieskuteczne i nie widać poprawy, mogło to doprowadzić do swego rodzaju ‚zmęczenia materiału’. Mogły zatem pojawić się ‚pęknięcia’. Warto próbować je naprawi(a)ć, najlepiej na bieżąco, żeby nie doszło do załamania czy rozpadu (‚katastrofy budowlanej’). Cerkiew zaleca, zachęca i pomaga naprawiać relacje – trzeba wybaczać, ale też prosić o wybaczenie. Trzeba rozmawiać o problemach i próbować wspólnie je rozwiązywać. Z Bożą pomocą (o którą, jak wierzę, prosicie w modlitwach) wszystko jest możliwe. Potrzebne jest jednak obustronne zaangażowanie – zarówno chęci, jak i konkretne działania (cytując klasyka: „największy w tym ambaras, żeby dwoje chciało na raz”). Jeśli sami nie radzicie sobie z Waszymi problemami, poproście o wsparcie ‚z zewnątrz’. Istnieją przecież poradnie małżeńskie, psychoterapeutyczne, które gotowe są udzielić i udzielają fachowej pomocy w kryzysowych okolicznościach. Pamiętajcie przy tym, że kryzys to nie ‚koniec świata’. Potraktujcie go jako ‚możliwość do wykorzystania’. Znam takie pary małżeńskie, którym wspólne zmagania z poważnymi trudnościami pomogły nie tylko powierzchownie ‚zaszpachlować pęknięcia i rysy’, ale prawdziwie umocnić i utrwalić ich związki. Z pewnością nie używali do tego przemocy…
Życzę powodzenia w poszukiwaniach skutecznego lekarstwa
Uważam, że najlepiej byłoby modlić się całym sobą i całym swoim życiem, tj. żyć i postępować zgodnie z wolą Bożą i zgodnie z Bożymi przykazaniami, żyć sakramentalnie, tj. w pełni uczestniczyć w Boskiej Liturgii i regularnie przystępować do komunii. Polecam lekturę tekstu metr. Kallistosa, „Teologia
nabożeństwa” (http://www.prawoslawie.k.pl/book/k01.html).
Uściślijmy na początku, że miłość to jedno z wielu uczuć, a jedno z uczuć to miłość, więc będziemy rozważać o miłości jako największym, najwyższym, najgłębszym i najszerszym ze wszystkich uczuć (por. 1 Kor 13,1-13). Ponadto, nie zatrzymywałbym się na dwojgu osób (polecam tekst metr. Kallistosa, Człowiek jako ikona Trójcy Świętej).
Niedawno świętowaliśmy Podniesienie Krzyża Pańskiego. Z ewangelicznych tekstów tego święta i niedziel przed (J 3,13-17) i po święcie Mk 8,34-9,1) wynika, że miłość to naśladowanie Chrystusa, które wymaga zaparcia się siebie i niesienia swego krzyża. Inaczej mówiąc, miłość to oddawanie życia – niekoniecznie przez pójście na śmierć, jaku uczynił to dla nas i ze względu na nas Chrystus, ale przez dzielenie się swoim życiem. Widać to w symbolice prawosławnego misterium małżeństwa, które nazywamy koronowaniem (cs. wienczanije). Korony na głowach (albo nad głowami) nowożeńców, to korony królestwa Bożego, które jest najważniejszym i ostatecznym celem małżeństwa, ale jednocześnie są to korony/wieńce męczeństwa, które prowadzi do tego królestwa. To dlatego w modlitwach podczas ślubu w cerkwi wspominamy również męczenników. Męczeństwo to świadectwo wiary, połączone z gotowością oddania życia za to/tego, w co/kogo wierzę. Mąż i żona z miłości i z miłością oddają sobie nawzajem całe swoje życie, zapierają się przy tym siebie samych, tj. odwracają uwagę od siebie (rezygnują z egoizmu) aby zwracać ją na innych ludzi. Zauważają ich i okazując im uwagę, troskę, pomagając w problemach i uczestnicząc w ich radościach, poświęcając im swój(?) czas, czas swego życia – dzielą się z nimi swym życiem i oddają swe życie – niosą swój krzyż i naśladują Chrystusa. Trzeba tu wspomnieć i podkreślić, że męczennicy oddawali swe życie z radością. Czyż w stanie zakochania (i później też?) nie jesteśmy gotowi odda(wa)ć życie dla umiłowanej osoby i za ukochaną osobę?
Myślę, że takie sytuacje w rodzinach mieszanych zdarzają się. Można uczestniczyć w takiej uroczystości, natomiast należy pamiętać, że osoba wyznania prawosławnego nie może przystępować do Komunii w Kościele rzymskokatolickim.
Bardzo mi przykro, ale nie wiem, którego świętego mogła wskazać matuszka. W sklepiku Bractwa natknąłem się kiedyś na obszerny modlitewnik, w którym zebrane były modlitwy w różnych ‚intencjach’, wypowiadane w różnych okolicznościach. Z tego co pamiętam, byli tam też wskazani święci, do których można/trzeba zwracać się z prośbą o udzielanie pomocy w obliczu określonych problemów/chorób.
W prawosławiu rozumienie znaczenia św. Liturgii (w pojęciu rzymskokatolickim – Mszy) jest bardzie rozumiane jako modlitwa wspólnoty, czyli całego zgromadzonego Kościoła. Dlatego też jako takich „zamawień” nie ma. Można oczywiście w czasie Liturii modlić się w tej czy innej intencji i duchowny często wstawia odpowiednie do sytuacji ektenie (litanie). Powszechną praktyką są również Molebny sprawowane przez duchownych, czyli krótkie nabożeństwa bądź to dziękczynne, bądź też w intencji odzyskania zdrowia lub inne.
Myślę, że należy tu rozgraniczyć pojęcie oddawania czci poprzez pokłon (nie określałbym tego jako padanie na twarz) i modlitwy w pozycji klęczącej. Rzeczywiście tradycja liturgiczna i kanoniczna (I Sob. Kan.20 i Sob. Trul. Kan.90) wskazuje, że w okresie paschalnym (tj. do od Wielkanocy do Pięćdziesiątnicy) i w każdą niedzielę roku nie należy wznosić swoich modlitw w pozycji klęczącej. Oddawanie pokłonu na Kanonie eucharystycznym (właściwie po Kanonie) w naszej praktyce nie jest interpretowane jako wznoszenie modlitw w pozycji klęczącej. Praktyka ziemnego pokłonu we wskazanym momencie jest dość powszechnie stosowana w lokalnych Cerkwiach autokefalicznych. Tak więc w niedziele nie klękamy, ale oddanie pokłonu po Kanonie eucharystycznym jak najbardziej może mieć miejsce.
Nie ograniczałbym się do ‚zamawiania’ modlitwy i ‚zlecania odsłużenia’ jej przez duchownego. Ogromne znaczenie, nie tylko w przypadku szczególnych próśb, ma nasza własna osobista modlitwa i żywe uczestnictwo w nabożeństwie. Najważniejsze ze wszystkich nabożeństw to Boska Liturgia – w misterium Eucharystii jednoczymy się z naszym Zbawicielem, Jezusem Chrystusem i uświęcamy nasze ciało i duszę, i całe życie. Liturgia obejmuje całe ‚zestawy’ modlitewnych próśb (to ektenie), które dotyczą wszystkich sfer naszego życia na ziemi i dążenia do zbawienia. Szczególna prośba mogłaby być wyrażana częstszym, np. codziennym i pełnym uczestnictwem w Boskiej Liturgii przez jakiś czas. W szczególnych przypadkach czy okolicznościach sprawujemy molebny – np. przed podróżą, na rozpoczęcie roku, roku szkolnego, pracy, w obliczu choroby itp. – z prośbą o Boże błogosławieństwo, modlitewne wsparcie Bogarodzicy i świętych w naszych przedsięwzięciach albo w trudnych chwilach – np. w chorobie. Sprawujemy je również w dziękczynieniu za otrzymane łaski i pomoc. Mamy ich wiele – to z pewnością wzmożona modlitwa. Warto też zwrócić uwagę na liczne akatysty do Chrystusa, Bogarodzicy i świętych.