Nie kojarzę świętego z taką „specjalizacją”, ale zalecałbym wytrwałą i uważną lekturę Pisma Świętego – Ewangelii i Psalmów w szczególności – a ponadto regularne uczestniczenie w/przystępowanie do misterium Eucharystii.
- Sposób wykonywania znaku krzyża jest związany z obrzędowością, a w związku z tym nie jest „przestępstwem”. Należy starać się przestrzegać tradycji swojego Kościoła. Według liturgistów, do czasów papieża Piusa V zachodni chrześcijanie czynili znak krzyża z prawego ramienia na lewe. Więcej można przeczytać np. tutaj: https://pl.aleteia.org/2017/11/10/znak-krzyza-dlaczego-chrzescijanie-wschodni-zegnaja-sie-inaczej-niz-zachodni.
- Ja także nie spotkałem się z książkami opisującymi opisane wyżej cuda.
- Ze względu na brak wspólnoty wiary osoby nieprawosławne nie mogą przyjmować Komunii Świętej w Cerkwi prawosławnej.
- Myślę, że nie ma takiego odpowiednika. Pod względem układu najbliżej chyba jest forma akatystu (znana także w Kościele rzymskokatolickim) lub konkretnych modlitw, zawierających powtarzające się wezwania.
Prawosławie nie definiuje terminu „łaska uświęcająca” w związku z tym, trudno jest określić, czy mówimy o tym samym stanie duchowym. Zbawienie lub jego brak jest domeną Boga, więc to do Niego należy ocena naszego stanu i podjęcie decyzji o zbawieniu.
Nie dziwie się, że nie może Pani znaleźć „instrukcji” o, którą pada pytanie. Takiej „instrukcji” po prostu niema. Błędem byłoby wydaje mi się tworzenie takich „map” naturalnego życia małżeńskiego. Owszem Cerkiew poucza o potrzebie wstrzemięźliwości w pewnych okresach np. postu, ale taka skrupulatność jest już przesadną. Św. Jan Chryzostom poucza, że dziecko w rodzinie jest darem od Boga, w żaden sposób nie wchodzi w szczegóły jak den dar jest realizowany w zamyśle Bożym.
Noszenie w swoim łonie przez kobietę potomstwa jest czymś wyjątkowym. W kontekście duchowym i religijnym nie chodziłoby tutaj o jakieś specjalne modlitwy, lecz ogólnie o świadome i duchowe zaangażowanie w kontekście liturgicznym. Ważnym jest aby w tym okresie poświęcać czas na osobista modlitwę jak też udział w Eucharystii sakramencie spowiedzi pamiętając o nowym życiu, które wzrasta a łonie.
Przede wszystkim należy powiedzieć, że każdy człowiek niesie osobistą odpowiedzialność za swój grzech. W życiu duchowym zawsze jest przestrzeń zarówno dla duchowego spojrzenia na człowieka przez Cerkiew w kontekście ukierunkowania i duchowego nastawienia jak też indywidualnego podejścia i odpowiedzialności za swoje postępowanie. Jeśli człowiek zignoruje głos Cerkwi i duchowe ukierunkowanie to wówczas może wpaść w stan jak to zostało wyrażone w pytaniu w „problem nieczułości” lub też egoizmu. Oczywiście Ojcowie Cerkwi przestrzegają przed niegodnym przyjmowaniem Eucharystii i zalecają, aby człowiek w miarę swoich możliwości przystępował do św. Darów godnie i z odpowiednim przygotowaniem. Należy pamiętać, że przystępowanie do Eucharystii może być zarówno „na sąd i potępienie” (na sud ili osużdienije) jak też „na uzdrowienie duszy i ciała” (iscelenije duszy i tieła). Jeśli ktoś w padł w ten stan nieczułości duchowej to sugerowałbym przemyśleć swoje życie w kontekście wypełniania przykazań i pójść do spowiedzi i powiedzieć o swoich problemach.
Jezus Chrystus porównał naszą wiarę do ziarenka gorczycy i wskazał na ogromny „potencjał”, który w nim „drzemie” – „Gdybyście mieli wiarę tak małą, jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście górze, żeby się przesunęła i to się stanie” (por. Mt 17, 20). Stwierdził również, że z tego małego ziarenka może wyrosnąć drzewo, w którego gałęziach ptaki wiją gniazda (por. Łk 13,19). To porównanie podpowiada, że „potencjał” zawarty w ziarenku trzeba uwalniać – aby ziarenko zakiełkowało i zaczęło rosnąć trzeba je należycie pielęgnować, podlewać i nawozić…
Próbuję przez to powiedzieć, że nad „kierowaniem myśli ku Bogu, nad nadzieją i wiarą w przebaczenie” trzeba pracować. To proces. Szukaj odpowiednich sposobów/dróg modlitwy. Nie zrażaj się tym, że „niczego nie czujesz” po spowiedzi czy podczas modlitwy. W naszej cerkiewnej terminologii spowiedź to m.in. lecznica (cs. wraczebnica), bo grzechy to choroby duszy, które trzeba leczyć i które tylko Bóg może wyleczyć i leczy. Zauważmy jednak – gdy idziemy do lekarza i „spowiadamy się” z chorób czy dolegliwości ciała, czy odczuwamy natychmiastową ulgę, gdy postawi diagnozę? Czy diagnoza powoduje natychmiastowe uzdrowienie? To dopiero początek procesu leczenia.
Jak się modlić? Rano i wieczorem! Trzeba rozpoczynać i kończyć dzień modlitwą, ale po uprzednim uspokojeniu myśli, próbie oderwania się od bieżącego kontekstu; regularnie uczestniczyć w cerkiewnych nabożeństwach, w życiu liturgicznym i sakramentalnym/misteryjnym. To z pewnością pomoże ukierunkowywać myśli ku Bogu. Ponadto, wypadałoby wspomnieć/minać o mnichach hezychastach, którzy wytrwałą modlitwą i ascezą dążyli do osiągnięcia hezychii – stanu głębokiego wewnętrznego uspokojenia i wyciszenia. Pracowali nad tym nie po to, aby w tym pełnym wyciszeniu nic nie słyszeć, ale po to, żeby usłyszeć/odczuć Boga!
Parafrazując nieco – aby doświadczyć poczucia czystości, trzeba się najpierw dokładnie umyć… Aby odczuć ulgę po/podczas misterium spowiedzi/pokajania, trzeba najpierw koniecznie głęboko wejrzeć w siebie, dążyć do ustalenia nie tylko tego, jak zgrzeszyłem, ale nade wszystko uświadomienia, głębokiego zrozumienia, dlaczego zgrzeszyłem/ciągle grzeszę; szukać w sobie przyczyn niewłaściwego postępowania czy wypowiadania się, a nie zatrzymywać się na „objawach”, którymi są grzechy. Jeśli podczas wizyty u lekarza nie opowiadam mu o wszystkich przejawach choroby, coś przemilczę albo o czymś zapomnę, lekarz może postawić błędną diagnozę, albo chorobę zignorować. Wizyta nie spowoduje wówczas leczenia choroby. Jeśli podczas spowiedzi nie wyznam wszystkich grzechów i/albo nie odnajdę w sobie ich przyczyn, nie odczuję ulgi albo „niczego nie odczuje”. Czy dalej będę się tylko martwił?
Życzę wszystkim „głębokiego zrozumienia tego, jakim się stałem, przez to, że zgrzeszyłem i jednocześnie głębokiego zrozumienia tego, jakim stać/wać się powinienem, przez to, że zostałem stworzony na obraz i podobieństwo Boga w trzech Osobach” – na tym właśnie polega pokajanie.
Służy temu ‚instytucja’ nowicjatu. Osoba nosząca się z zamiarem podążania monastyczną drogą chrześcijańskiego życia udaje się do monasteru i prosi przełożonego/przełożoną o przyjęcie do monasteru jako nowicjusza/nowicjuszkę – po cerkiewnosłowiańsku to posłusznik/posłusznica. Kandydat na mnicha zostaje powierzony opiece doświadczonego mnicha i pod jego opieką, w pełnym posłuszeństwie opiekunowi, zaczyna żyć zgodnie z monaastycznymi regułami życia. Choć nie jest jeszcze mnichem, żyje dokładnie tak samo, jak mnisi, zgodnie z ustalonym rytmem oddaje się modlitwie i pracy w monasterze. Rzec można, że ‚na własnej skórze’ doświadcza monastycznej drogi życia. Jeśli podoła tym trudom, jeśli nie zrazi się, nie ulegnie pokusom – będzie w stanie przekonać się, rozeznać czy myśl o monastycznej drodze życia wynikała z powołanie czy też miała inne podłoże. O tym jak długo trwa ten ‚okres próby’ decyduje nowicjusz – może zrezygnować w każdej chwili i odejść z monasteru. Jednak o możliwości i czasie udzielenia nowicjuszowi przyjęcia postrzyżyn monastycznych decyduje przełożony monasteru po konsultacji z opiekunem nowicjusza.
Wcześniej można spróbować pojechać do monasteru i poprosić o możliwość pozostania w monasterze przez kilka/kilkanaście dni. To ‚krótkoterminowe’ doświadczenie może pomóc w podjęciu decyzji o rozpoczęciu nowicjatu albo w rozeznaniu braku powołania.
Życzę prawdziwego i skutecznego rozeznania.
Przyznam, że nie zetknąłem się z cerkiewnym twierdzeniem o niebezpieczeństwie wynikającym z modlitwy w myślach. Można jednak stwierdzić, że zalecana jest daleko posunięta ostrożność w myśleniu. Niemal od początków monastycyzmu w IV wieku, mnisi bardzo duże znaczenie przypisywali praktyce ujawniania myśli swoim duchowym przewodnikom – starcom. Abba pomagał mnichowi w rozróżnianiu tych myśli, rozstrzyganiu, czy były dobre, złe, czy też neutralne, czy postępować zgodnie z nimi, ignorować je, czy też z nimi walczyć. ‚Wszystko zaczyna się od myśli’. Jeśli zatem zajmujemy umysł modlitwą, niech kontynuacją tej myśli będzie modlitwa wypowiadana na głos (albo półgłosem) albo prośba o cerkiewną modlitwę, która też wypowiadana/wyśpiewywana jest głośno. Bóg z pewnością ‚słyszy’ modlitwę ‚wypowiadaną’ (?) w myślach, ale z jakiego powodu nie miałaby zostać wypowiedziana na głos? Modlitewne myśli pozostaje niejako ‚zamknięte’ w umyśle, a wypowiadanie ich w słowach ‚uzewnętrznia’ je – i nie chodzi tu tylko o to, że po drganiach strun głosowych słowa płyną dalej jako (modlitewne?) fale dźwiękowe… W liturgicznej modlitwie trzeciej antyfony pojawiają się słowa: „Panie, który dałeś nam te wspólne i zgodne modlitwy, który obiecałeś spełnić prośby dwóch lub trzech zgodnie zwracających się do Ciebie w imię Twoje, Sam i teraz prośby sług Twoich spełnij ku ich pożytkowi, dając nam w obecnym wieku poznanie Twojej prawdy, a w przyszłym darując żywot wieczny”.
Zapytałbym: do czego te znaki miałyby się przysłużyć? Czy dowiadując się, że koniec już blisko, staram się żyć jeszcze lepiej, po chrześcijańsku, czy raczej ‚opuszczam ręce’, bo stwierdzam, że nic już nie da się/nie zdążę zrobić? Chrześcijanie witali się niegdyś zdecydowanie ‚niedzisiejszym’ pozdrowieniem, mówiąc: „Pamiętaj o śmierci” (łac. Memento mori). Nie chodziło im o obrzydzanie sobie życia przypominaniem o nieuniknionej śmierci, lecz o pobudzanie do jeszcze lepszego życia, zanim ta śmierć nastąpi. Powinniśmy żyć w taki sposób, aby w każdej chwili, nie wiedząc, kiedy to nastąpi, być gotowym na spotkanie z Panem. To m.in. dlatego w cerkiewnych nabożeństwach i w osobistych modlitwach prosimy o „chrześcijańskie zakończenie życia naszego, bezbolesne, bez zawstydzenia, spokojne, i o dobrą odpowiedź na budzącym bojaźń Sądzie Chrystus”.