> » Piszę bo nie znajduję odpowiedzi na swój sens życia. Choruje na depresję od prawie 12 lat, na bezsenność cierpię prawie 14 lat. Modlę się ciągle o poprawę i wyzdrowienie, kiedy mogę chodzę na pielgrzymi, jeżdżę w święte miejsca, spowiadam się, czytam ciągle Psałtyr do Bożej Matery jednak ciągle jestem w tym samym miejscu, zero stałej poprawy. Kiedyś byłam naprawdę szczęśliwym człowiekiem – tęsknię za tym. Byłam kilka lat na terapii, przyjmowałam leki. Przeczytałam również nauczania o. Paisjusza o Walce Myśli. Modlę się, błagam i płaczę zarazem do Jezusa Chrystusa i Matki Boskiej aby zmienili coś w moim życiu. Mówi się że: po wierzę waszej będzie wam dane, że Bóg nie daje nam więcej niż możemy unieść. Ja naprawdę nie mam już siły, jestem wrakiem. Tyle lat wierzyłam, że będzie wszystko w porządku… Nie mam już siły się modlić, zaczynam wątpić. Chcę być szczęśliwa. Boję się, że depresja będzie ze mną do końca życia. Widzę jak inni ludzie otrzymują łaskę i cuda od Boga. Czy mnie Bóg nie widzi? Czy jednym Bóg daje łaskę a drugim nie? Co jeszcze mam zrobić, gdzie się udać, co pomoże? Anonim












Piszę bo nie znajduję odpowiedzi na swój sens życia. Choruje na depresję od prawie 12 lat, na bezsenność cierpię prawie 14 lat. Modlę się ciągle o poprawę i wyzdrowienie, kiedy mogę chodzę na pielgrzymi, jeżdżę w święte miejsca, spowiadam się, czytam ciągle Psałtyr do Bożej Matery jednak ciągle jestem w tym samym miejscu, zero stałej poprawy. Kiedyś byłam naprawdę szczęśliwym człowiekiem – tęsknię za tym. Byłam kilka lat na terapii, przyjmowałam leki. Przeczytałam również nauczania o. Paisjusza o Walce Myśli. Modlę się, błagam i płaczę zarazem do Jezusa Chrystusa i Matki Boskiej aby zmienili coś w moim życiu. Mówi się że: po wierzę waszej będzie wam dane, że Bóg nie daje nam więcej niż możemy unieść. Ja naprawdę nie mam już siły, jestem wrakiem. Tyle lat wierzyłam, że będzie wszystko w porządku… Nie mam już siły się modlić, zaczynam wątpić. Chcę być szczęśliwa. Boję się, że depresja będzie ze mną do końca życia. Widzę jak inni ludzie otrzymują łaskę i cuda od Boga. Czy mnie Bóg nie widzi? Czy jednym Bóg daje łaskę a drugim nie? Co jeszcze mam zrobić, gdzie się udać, co pomoże? Anonim

Serdecznie współczuję, ale też podziwiam modlitewne zaangażowanie. W opisanych długotrwałych trudnych okolicznościach zachęcam zarówno do wytrwałej kontynuacji tej modlitwy, jak i do podejmowania dalszych/kolejnych starań o poprawę stanu zdrowia. Skoro o kilkuletniej terapii i przyjmowaniu leków pisze Pani w czasie przeszłym, domyślam się, że została przerwana, a to może być akurat to, czego w tej sytuacji potrzeba. Modlitwa jest bardzo ważna, niezbędna jest też wiara, ale do modlitewnych próśb i wiary trzeba też dołączyć działania, bo „wiara bez uczynków jest martwa”. Jeżeli sam sobie nie radzę z jakimś problemem, zwracam się do kogoś, kto może okazać mi pomoc. Stwierdza Pani, że prosi o pomoc Boga, Bogarodzicy i świętych, ale trzeba też pamiętać, że Bóg działa i pomaga za pośrednictwem innych ludzi. Ilustracją tego jest ewangeliczna opowieść o uzdrowieniu paralityka. Sam nie mógł przyjść, ale został do Jezusa przyniesiony. Widać tu wiarę w połączeniu z działaniem. Co warto też zauważyć i podkreślić – wskazane tutaj działanie jest wręcz „symboliczne” – paralityk został „tylko” przyniesiony. Podkreśliłem to „tylko” przez to, że to nie był jakiś niebywały, „rekordowy” wyczyn, nie było to coś, czego nie mógłby zrobić ktokolwiek inny. Było to (i chodzi tu) o działanie dostępne dla każdego. Inaczej mówiąc – „róbmy, co możemy; najlepiej, jak potrafimy”. Wracanie do zdrowia można by porównać do płynięcia łódką w górę (pod prąd) rzeki – aby osiągnąć upragniony cel, trzeba wytrwale wiosłować „tylko”(?) po to, żeby utrzymać się w tym samym miejscu…

Słusznie zauważa Pani, że „Bóg nie daje nam więcej, niż możemy unieść”. W cytowanej już na tym forum opowieści o śladach na piasku, w najtrudniejszych chwilach naszego życia Bóg nie opuszcza nas, ale niesie nas na Swych rękach…

W opisanym stanie bezsilności i zwątpienia niezbędna jest wytrwałość w modlitwie i działaniu, bo właśnie w takim stanie bolesnego cielesnego i duchowego osłabienia jesteśmy bardziej narażeni na demoniczne pokusy, o których w IV w. pisał Ewagriusz z Pontu w swoim traktacie „O ośmiu demonicznych myślach”. Opisywany przez niego demon południa/acedii/duchowej depresji wyolbrzymia problemy, z którymi się zmagamy, rozbudza pragnienia, aby nastąpiła natychmiastowa zmiana na lepsze (najlepiej samoczynnie), a do tego wznieca poczucie niemocy, niechęci do działania, a nawet całkowitej rezygnacji.

Zachęcam zatem, aby nie poddawała się Pani tym opisanym przez Panią pokusom. Bóg na pewno Panią widzi. Przejawem łaski Bożej (w odpowiedzi na Pani modlitwy) może być również to, że mimo zaniechania terapii i przyjmowania leków, Pani stan nie uległ drastycznemu pogorszeniu… Zauważmy co mamy, co osiągnęliśmy, cieszmy się z tego i dziękujmy, i próbujmy iść dalej! Jeśli proces powrotu do zdrowie wydłuża się, nie oznacza to, że nigdy nie nastąpi…

Życzę zatem cierpliwości i wytrwałości w wierze, modlitwie i działaniu.

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe