>












Jestem katechumenem i dążę do przyjęcia prawosławia. Naszła mnie taka myśl: „Co gdybym teraz umarł?”. No właśnie co wtedy? Czy zostałbym potępiony? Nie jestem jeszcze na Arce Zbawienia jaką jest Cerkiew. Ojcowie Kościoła mówią o tym właśnie że nie można być przecież zbawionym poza Cerkwią. > Albowiem tylko przez nią [Cerkiew] Bóg chętnie przyjmuje ofiarę, tylko ona z pewnością wstawia się za tymi, którzy błądzą. Dlatego też Pan nakazał w odniesieniu do ofiary baranka: “W jednym i tym samym domu winna być spożyta. Nie można wynieść z tego domu żadnego kawałka mięsa na zewnątrz,” (Wyjścia 12:46). Bo baranek jest spożywany w jednym domu, ponieważ prawdziwa Ofiara Odkupiciela jest składana w jednej Cerkwi Powszechnej. A prawo Boże nakazuje, by jego ciało nie było wynoszone na zewnątrz, gdyż zabrania dawać to, co święte, psom (Mateusza 7:6). To ona jedna [Cerkiew] jest miejscem, w którym dobre dzieło przynosi owoc, dlatego tylko ci, którzy pracowali w winnicy, otrzymali zapłatę denara (Mateusza 20:10). To ona jedna strzeże tych, którzy są w niej umieszczeni, silną więzią miłości. Dlatego też wody potopu uniosły wprawdzie arkę, ale zniszczyły wszystkich, którzy znaleźli poza nią. Tylko w niej prawdziwie oglądamy niebieskie tajemnice. Dlatego Pan mówi do Mojżesza: “Oto miejsce obok Mnie, stań przy skale” (Wyjścia 33:21). I nieco dalej: “A gdy cofnę rękę, ujrzysz Mnie z tyłu” (Wyjścia 33:23). Ponieważ prawda objawia się wyłącznie w Cerkwi Powszechnej, Pan mówi, że jest miejsce przy Nim, z którego można Go oglądać. Mojżesz zostaje postawiony na skale, aby ujrzeć postać Boga, ponieważ ten, kto nie zachowuje stałości w wierze, nie rozpoznaje obecności Bożej. O tej właśnie stałości Pan mówi: “Na tej skale zbuduję Cerkiew moją” (Mateusza 16:18). Święty Grzegorz Wielki, Moralia – Komentarz do Księgi Hioba, Księga XXXV.12-13 Szymon

Odpowiedź rozpocznę od pytania: „Co decyduje o przystąpieniu/przyjęciu do prawosławia?” Można tu wskazać „kanoniczne” wskazania rozróżniające pomiędzy przyjmowaniem heretyków i  schizmatyków. W przypadku heretyków jest to ponowny chrzest; w przypadku schizmatyków to spowiedź i Eucharystia. Ale podkreślić tu trzeba, że w obu przypadkach wskazane misteria/sakramenty udzielane były dopiero po „nawróceniu się” zainteresowanych, porzuceniu, wyrzeczeniu się przez nich wcześniejszych błędnych twierdzeń/nauczania. Powrót do jedności wiary to „warunek konieczny” powrotu do jedności liturgicznej/sakramentalnej. Ani chrzest, ani Eucharystia nie mogą być udzielane „innowiercom”, którzy wyrazili chęć połączenia z Cerkwią, ale nie zrezygnowali z błędnych przekonań. Chrzest i Eucharystia to publiczne potwierdzenie zakończenia drogi powrotu heretyka/schizmatyka do „jednej prawdziwej wiary”.

Jeśli to wyjaśnienie nie wystarcza, przytoczę pewną opowieść, która powinna przekonać. Niestety nie pamiętam gdzie ją czytałem/słyszałem (mogły to być żywoty świętych) i nie jestem w stanie wskazać tekstu źródłowego. Pewien człowiek długo nie zgadzał się z przekazywanym mu nauczaniem Jezusa Chrystusa i Cerkwi. Jego przyjaciel nie poddawał się i wytrwale próbował go przekonać, dzielił się z nim swoją wiarą na wszelkie możliwe sposoby. Poważna choroba pobudziła tego człowieka do przemyśleń, pokajania – głębokiego zrozumienia, ziarenko wiary w jego sercu zakiełkowało. Prawdziwie zapragnął chrztu, poprosił przyjęcie do Cerkwi, ale zmarł zanim duchowny przybył, aby sprawować misterium chrztu. Mimo to, został przyjęty do Arki…

Wskazać tu też można na różne trudna okoliczności: gdy nie ma dostępu do wody, a jest pilna potrzeba, aby chrzest został udzielony, wodę mógłby „zastąpić” pustynny piasek. W okresach prześladowań chrześcijan pojawiał się „chrzest krwi” – „oddanie życia za wiarę w Jezusa Chrystusa przez męczennika, który nie zdążył przyjąć chrztu” (jak zwięźle objaśnia to Słownik Polskiej Terminologii Prawosławnej).Odpowiedź na Twoje pytania mogłaby zatem zabrzmieć następująco: nawet jeśli nie jesteś jeszcze w Arce, to płyniesz we właściwą stronę… „Tak trzymać!”, jak mówią żeglarze…

Kategorie: konwersja, Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Kto w Kościele Prawosławnym może udzielać Komunii Świętej? Tylko kapłan / diakon? Czy istnieje instytucja szafarzy nadzwyczajnych jak w Kościele Rzymskokatolickim? Jakie jest stanowisko Cerkwii co do kobiet udzielających Komunii (akolitek), które ostatnio pojawiły się w KRK? Maciej

W Cerkwi prawosławnej Komunii Świętej mogą udzielać tylko osoby duchowne, po święceniach kapłańskich. W zależności od tradycji lokalnej: biskup, prezbiter (i diakon).W Cerkwi nie istnieje instytucja szafarzy nadzwyczajnych. Odnośnie akolitek – jest to sprawa Kościoła rzymskokatolickiego i nie spotkałem się z jakimkolwiek stanowiskiem Cerkwi w tej kwestii.

Kategorie: ks. Piotr Makal, liturgika



Czy Cerkiew za uzasadniony powód zdjęcia błogosławieństwa z małżeństwa uważa brak miłości między ludźmi? Np. zdrady, przemoc. Związek zawarty omyłkowo, bez prawdziwego uczucia? Anonim

Małżeństwo oparte jest na miłości, której źródłem jest Bóg. Życie w małżeństwie jest swego rodzaju wysiłkiem (podwigiem) i wymaga kompromisów oraz współczucia. Każdy przypadek zmiany decyzji małżonków odnośnie dalszego wspólnego życia w miłości (czyli separacji bądź zdjęcia błogosławieństwa) musi być rozpatrzony indywidualnie i dlatego nie jestem w stanie odpowiedzieć jednoznacznie na postawione pytanie. W takich sytuacjach należy zgłosić się do duchownego i przedstawić swoją sytuację.

Kategorie: ks. Piotr Makal, liturgika, rodzina



Cerkiew uważa że należy rozróżnić Energie i Istotę w Bogu, czy zatem niestworzone Energie są Bogiem skoro są poza Istotą (tym czym Bóg jest). Jeżeli tak to czy prawosławie inaczej rozumie termin istota i co wtedy znaczy ten termin? Anonim

Naukę o istocie (gr. usija) Boga w szczególny sposób rozwinęli Ojcowie Kapadoccy. W ich nauczaniu chodziło przede wszystkim o rozróżnienie trzech Osób (lub Hipostaz) zjednoczonych jedną (Boską) istotą. Wskazywali taż często na niedostępność rozumowi ludzkiemu istoty Bożej. Tak więc istota Boża i energie Boże nie są synonimami. Energie Boże są objawieniem Boga ale nie są samym Bogiem. Tak jak promienie słońca nie są słońcem ale wyrażają naturę słońca.

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, wiara



Piszę bo nie znajduję odpowiedzi na swój sens życia. Choruje na depresję od prawie 12 lat, na bezsenność cierpię prawie 14 lat. Modlę się ciągle o poprawę i wyzdrowienie, kiedy mogę chodzę na pielgrzymi, jeżdżę w święte miejsca, spowiadam się, czytam ciągle Psałtyr do Bożej Matery jednak ciągle jestem w tym samym miejscu, zero stałej poprawy. Kiedyś byłam naprawdę szczęśliwym człowiekiem – tęsknię za tym. Byłam kilka lat na terapii, przyjmowałam leki. Przeczytałam również nauczania o. Paisjusza o Walce Myśli. Modlę się, błagam i płaczę zarazem do Jezusa Chrystusa i Matki Boskiej aby zmienili coś w moim życiu. Mówi się że: po wierzę waszej będzie wam dane, że Bóg nie daje nam więcej niż możemy unieść. Ja naprawdę nie mam już siły, jestem wrakiem. Tyle lat wierzyłam, że będzie wszystko w porządku… Nie mam już siły się modlić, zaczynam wątpić. Chcę być szczęśliwa. Boję się, że depresja będzie ze mną do końca życia. Widzę jak inni ludzie otrzymują łaskę i cuda od Boga. Czy mnie Bóg nie widzi? Czy jednym Bóg daje łaskę a drugim nie? Co jeszcze mam zrobić, gdzie się udać, co pomoże? Anonim

Serdecznie współczuję, ale też podziwiam modlitewne zaangażowanie. W opisanych długotrwałych trudnych okolicznościach zachęcam zarówno do wytrwałej kontynuacji tej modlitwy, jak i do podejmowania dalszych/kolejnych starań o poprawę stanu zdrowia. Skoro o kilkuletniej terapii i przyjmowaniu leków pisze Pani w czasie przeszłym, domyślam się, że została przerwana, a to może być akurat to, czego w tej sytuacji potrzeba. Modlitwa jest bardzo ważna, niezbędna jest też wiara, ale do modlitewnych próśb i wiary trzeba też dołączyć działania, bo „wiara bez uczynków jest martwa”. Jeżeli sam sobie nie radzę z jakimś problemem, zwracam się do kogoś, kto może okazać mi pomoc. Stwierdza Pani, że prosi o pomoc Boga, Bogarodzicy i świętych, ale trzeba też pamiętać, że Bóg działa i pomaga za pośrednictwem innych ludzi. Ilustracją tego jest ewangeliczna opowieść o uzdrowieniu paralityka. Sam nie mógł przyjść, ale został do Jezusa przyniesiony. Widać tu wiarę w połączeniu z działaniem. Co warto też zauważyć i podkreślić – wskazane tutaj działanie jest wręcz „symboliczne” – paralityk został „tylko” przyniesiony. Podkreśliłem to „tylko” przez to, że to nie był jakiś niebywały, „rekordowy” wyczyn, nie było to coś, czego nie mógłby zrobić ktokolwiek inny. Było to (i chodzi tu) o działanie dostępne dla każdego. Inaczej mówiąc – „róbmy, co możemy; najlepiej, jak potrafimy”. Wracanie do zdrowia można by porównać do płynięcia łódką w górę (pod prąd) rzeki – aby osiągnąć upragniony cel, trzeba wytrwale wiosłować „tylko”(?) po to, żeby utrzymać się w tym samym miejscu…

Słusznie zauważa Pani, że „Bóg nie daje nam więcej, niż możemy unieść”. W cytowanej już na tym forum opowieści o śladach na piasku, w najtrudniejszych chwilach naszego życia Bóg nie opuszcza nas, ale niesie nas na Swych rękach…

W opisanym stanie bezsilności i zwątpienia niezbędna jest wytrwałość w modlitwie i działaniu, bo właśnie w takim stanie bolesnego cielesnego i duchowego osłabienia jesteśmy bardziej narażeni na demoniczne pokusy, o których w IV w. pisał Ewagriusz z Pontu w swoim traktacie „O ośmiu demonicznych myślach”. Opisywany przez niego demon południa/acedii/duchowej depresji wyolbrzymia problemy, z którymi się zmagamy, rozbudza pragnienia, aby nastąpiła natychmiastowa zmiana na lepsze (najlepiej samoczynnie), a do tego wznieca poczucie niemocy, niechęci do działania, a nawet całkowitej rezygnacji.

Zachęcam zatem, aby nie poddawała się Pani tym opisanym przez Panią pokusom. Bóg na pewno Panią widzi. Przejawem łaski Bożej (w odpowiedzi na Pani modlitwy) może być również to, że mimo zaniechania terapii i przyjmowania leków, Pani stan nie uległ drastycznemu pogorszeniu… Zauważmy co mamy, co osiągnęliśmy, cieszmy się z tego i dziękujmy, i próbujmy iść dalej! Jeśli proces powrotu do zdrowie wydłuża się, nie oznacza to, że nigdy nie nastąpi…

Życzę zatem cierpliwości i wytrwałości w wierze, modlitwie i działaniu.

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Moje pytanie dotyczy kwestii prawidłowego rozeznania powołania do życia jako mnich. Jak powinno wyglądać prawidłowe rozeznanie woli Bożej?

Odpowiadałem już wcześniej na podobne pytanie, więc ponownie tę odpowiedź przytoczę:

„Rozeznaniu powołania” do monastycznej drogi życia służy ‚instytucja’ nowicjatu. Osoba nosząca się z zamiarem podążania monastyczną drogą chrześcijańskiego życia udaje się do monasteru i prosi przełożonego/przełożoną o przyjęcie do monasteru jako nowicjusza/nowicjuszkę – po cerkiewnosłowiańsku to posłusznik/posłusznica. Kandydat na mnicha zostaje powierzony opiece doświadczonego mnicha i pod jego opieką, w pełnym posłuszeństwie opiekunowi, zaczyna żyć zgodnie z monaastycznymi regułami życia. Choć nie jest jeszcze mnichem, żyje dokładnie tak samo, jak mnisi, zgodnie z ustalonym rytmem oddaje się modlitwie i pracy w monasterze. Rzec można, że ‚na własnej skórze’ doświadcza monastycznej drogi życia. Jeśli podoła tym trudom, jeśli nie zrazi się, nie ulegnie pokusom – będzie w stanie przekonać się, rozeznać czy myśl o monastycznej drodze życia wynikała z powołania czy też miała inne podłoże. O tym jak długo trwa ten ‚okres próby’ decyduje nowicjusz – może zrezygnować w każdej chwili i odejść z monasteru. Jednak o możliwości i czasie udzielenia nowicjuszowi postrzyżyn monastycznych decyduje przełożony monasteru po konsultacji z duchowym opiekunem/ojcem nowicjusza. W każdej ważnej kwestii „prawidłowe rozeznanie woli Bożej” rozpocząłbym od modlitewnej prośby o jej wskazanie, wytrwałe. Dalej niezbędne będzie równie modlitewne „wsłuchiwanie się” w udzielaną przez Boga odpowiedź. Mnisi odchodzili na pustynię albo w leśne ostępy aby ascezą, postem, modlitwą pracować nad osiągnięciem hezychii – stanu pełnego wewnętrznego wyciszenia/uspokojenia. Walczyli o to nie po to, „aby nic nie słyszeć, ale po to, żeby usłyszeć Boga”…

Życzę skutecznego wyciszenia i owocnego wsłuchiwania się 

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, życie duchowe



Chcielibyśmy wziąć ślub w obrządku prawosławnym, ja jestem prawosławna, a mój partner jest katolikiem. Mój partner ma za sobą ślub w kościele katolickim. Czy unieważnienie małżeństwa kościelnego zawartego w kościele katolickim, które jest przeszkodą do przyjęcia takiego sakramentu w cerkwi prawosławnej (tak zrozumiałam z jednej z odpowiedzi tutaj na stronie) musi się odbyć za sprawą instytucji katolickich, czy może się to odbyć przy pomocy instytucji cerkiewnych? Justyna

Wnioski Pani z lektury poprzednich odpowiedzi są właściwe. Małżeństwo, które było zawarte w Kościele rzymskokatolickim tam też powinno zostać unieważnione. Sugeruję porozmawiać na ten temat z duchownym w prawosławnej parafii gdzie obecnie Pani lub Państwo mieszkają. 

Kategorie: ks. Andrzej Kuźma, liturgika, rodzina



Jestem jeszcze młodym człowiekiem, lecz od najmłodszych lat czuję chęć służenia społeczeństwu. Pracuję jako opiekun medyczny oraz terapeuta zajęciowy i bardzo się w tym spełniam. Cieszy mnie każdy uśmiech drugiego człowieka i każda okazja, by pomóc komuś w miarę swoich możliwości. Od dłuższego czasu czuję jednak, że chciałbym wejść także na drogę kapłańską. Niestety nie zdałem matury za pierwszym razem, ale obecnie podchodzę do niej ponownie. Wiem, że pytanie o to, „czy można iść do seminarium bez matury”, może brzmieć naiwnie, ale mimo to chciałbym je zadać. Wstąpienie do monasteru byłoby dla mnie w tej chwili trudne, ponieważ mam rodzinę oraz kobietę, którą bardzo kocham. Maksymilian

Z informacji zawartych na stronie internetowej Prawosławnego Seminarium Duchownego w Warszawie (https://psd.edu.pl/rekrutacja/) wynika, że matura jest niezbędna do przystąpienia do procesu rekrutacji. Przed rekrutacją (życzę Bożej pomocy w zdawaniu matury) proszę porozmawiać z proboszczem swojej parafii, żeby rozwiać wątpliwości i uzyskać niezbędną opinię.

Kategorie: ks. Piotr Makal, pozostałe



Od kiedy i dlaczego jest w tradycji powoływanie rodziców chrzestnych i dlaczego chrzest nie może się bez nich odbyć? W praktyce i tak w wierze wychowują rodzice biologiczni. Wiem, że teraz chrzci się niemowlęta ale jeśli jest jakiś dorosły nie ochrzczony katechumen to też musi znaleźć lub mieć chrzestnych? Anonim

Instytucja rodziców chrzestnych była wspomniana już w II wieku przez Tertuliana. Sobór w Kartaginie w IV wieku dopuszczał do chrztu osoby chore, pod warunkiem że posiadają świadków (chrzestnych), którzy na własną odpowiedzialność będą za nie świadczyć.
Ze względu na coraz bardziej popularne chrzty dzieci (niemowląt), rola chrzestnych stawała się nie tylko bardziej powszechna, ale także niezbędna. Do V-VIII wieku jako chrzestnych dopuszczano rodziców dziecka, jednak później zostało to kanonicznie zakazane. Spowodowane było to określeniem pokrewieństwa duchowego i konsekwencji rodzinnych.
Od VIII wieku (na Zachodzie) do XV wieku (na Rusi) wymagano tylko jednego świadka chrztu; później, analogicznie do narodzin cielesnych, przyjęto dwoje chrzestnych.
Jeśli chodzi o chrzest dorosłych, zależy to od lokalnej praktyki Cerkwi. Ze źródeł, do których dotarłem, w Cerkwi rosyjskiej wymóg posiadania chrzestnych obowiązuje dzieci do 7. roku życia.
Chrzestny powinien być przewodnikiem w życiu duchowym, dlatego, moim zdaniem, warto mieć chrzestnego (lub chrzestnych) nawet w przypadku osób dorosłych.

Kategorie: ks. Piotr Makal, liturgika



Piszę z pytaniem, które od dłuższego czasu mnie nurtuje i które stawiam w dobrej wierze – nie w celu polemiki ani podważania nauczania Kościoła, lecz w poszukiwaniu zrozumienia i uczciwego rozeznania w odniesieniu do konkretnego ludzkiego doświadczenia. Od dzieciństwa byłem związany z chrześcijaństwem i Ewangelią. Szczególnie bliska była mi duchowość wschodnia, w której spowiedź rozumiana jest bardziej jako rozmowa, spotkanie i proces leczenia duszy, a nie akt jurydyczny. Do dziś noszę w sobie szacunek do tej tradycji, dlatego zwracam się właśnie do Was. Punktem wyjścia mojego pytania jest fragment Ewangelii Jana (J 8,14–19), gdzie Chrystus mówi o świadectwie, o sądzeniu „według zasad ludzkich” oraz o poznaniu Ojca poprzez poznanie Syna. Odczytuję ten fragment jako podkreślenie wagi osobistej prawdy, sumienia i relacji z Bogiem, a nie wyłącznie zewnętrznej kwalifikacji moralnej opartej na kategorii. Moje pytanie dotyczy sytuacji osoby żyjącej w trwałej relacji jednopłciowej, opartej na wzajemnej zgodzie, odpowiedzialności, wierności i trosce. W swoim sumieniu osoba ta nie doświadcza destrukcji, krzywdy ani oddalenia od dobra. Wręcz przeciwnie – życie w prawdzie, bez ukrywania się i wewnętrznego kłamstwa, przyniosło bardzo konkretne owoce: większą zdolność do miłości, stabilność emocjonalną, odpowiedzialność za siebie i innych oraz poprawę zdrowia psychicznego. Warto dodać także wymiar egzystencjalny, który jest dla mnie trudny, ale uczciwy do nazwania: życie w prawdzie, jako osoba jawnie homoseksualna, pozwoliło mi wyjść z głębokiego kryzysu psychicznego i oddaliło myśli samobójcze, które wcześniej były obecne. Trudno mi nie widzieć w tym realnego owocu dobra i życia. W tej perspektywie pojawia się dla mnie kilka szczerych pytań: 1. Czy w prawosławnym rozumieniu grzechu jako „choroby duszy” koniecznym kryterium diagnozy nie powinny być realne owoce w życiu człowieka? Jeśli dane życie nie prowadzi do destrukcji, rozpaczy ani krzywdy innych, lecz do większej integracji, odpowiedzialności i woli życia, to na jakiej podstawie uznaje się je za wymagające „leczenia”? 2. Jaką rolę w takim rozeznaniu odgrywa sumienie osoby wierzącej? Jeśli sumienie – po refleksji, modlitwie i uczciwym spojrzeniu na owoce własnego życia – nie widzi w danej relacji zła moralnego, czy jest ono całkowicie podporządkowane doktrynalnej kwalifikacji, czy też ma realne znaczenie w procesie duszpasterskim? 3. Jak w tej kwestii rozumieć relację między nauczaniem Chrystusa w Ewangeliach a fragmentami listów św. Pawła? Czy egzegeza tekstów Pawłowych – z uwzględnieniem ich kontekstu kulturowego, historycznego oraz faktu, że św. Paweł nie znał współczesnego pojęcia orientacji seksualnej ani trwałych, równych relacji jednopłciowych – jest brana pod uwagę w praktyce duszpasterskiej, czy też teksty te funkcjonują jako normatywne w oderwaniu od tego kontekstu? 4. Czy epitymia, rozumiana jako terapia duchowa, może być stosowana w sytuacji, gdy osoba nie doświadcza swojej relacji jako choroby, lecz jako przestrzeni dobra, wzajemnego wsparcia i odpowiedzialności? Czy „terapia”, na którą nie ma wewnętrznej zgody sumienia i która prowadziłaby do auto-nienawiści lub destrukcji psychicznej, może być jeszcze uznana za leczniczą, a nie wyłącznie dyscyplinującą? Zaznaczam wyraźnie: nie pytam o zmianę doktryny ani o jej podważanie. Pytam o praktykę duszpasterską, o sposób rozeznania konkretnego człowieka i jego życia w świetle Ewangelii, a nie wyłącznie w obrębie kategorii ogólnych. Będę wdzięczny za odpowiedź – nawet jeśli okaże się ona trudna. Zależy mi jednak na odpowiedzi odnoszącej się do przedstawionego doświadczenia i postawionych pytań, a nie jedynie na ogólnym streszczeniu obowiązującego stanowiska. Karol

To miłe, że „nosisz w sobie szacunek” dla wschodniej tradycji chrześcijańskiej, ale mam wrażenie, że traktujesz ją nieco „wybiórczo”. Spowiedź rzeczywiście bywa połączona z przejawem przewodnictwa duchowego jakim jest „rozmowa i spotkanie”, ale najważniejszym jej elementem ciągle pozostaje wyznanie grzechów, okazanie skruchy i wyrażenie żalu za ich popełnienie.  Misterium spowiedzi nazywamy „lecznicą” (cs. wraczebnica), ale, jak to bywa podczas wizyt u lekarza, nazwanie choroby/grzechu po imieniu czy postawienie diagnozy nie oznacza natychmiastowego wyleczenia. To raczej początek „procesu leczenia duszy”…

Na wstępie powołujesz się na fragment Ewangelii Jana (J 8,14–19) i odczytujesz w nim podkreślenie wagi OSOBISTEJ prawdy, sumienia, ale Jezus stwierdza tam wyraźnie: „sąd mój jest prawdziwy, bo NIE JESTEM SAM, lecz JESTEM JA I TEN, KTÓRY MNIE POSŁAŁ […] Ojciec, który mnie posłał, świadczy o mnie” (J 8,16.18)…

Próbę odpowiedzi na pytanie „dotyczące sytuacji osoby żyjącej w trwałej relacji jednopłciowej” rozpocznę od wskazania na kilkakrotnie cytowane już na tym forum kluczowe rozróżnienie/rozgraniczenie ujęte w książce „Święty dar życia. Prawosławne chrześcijaństwo i bioetyka”. Jej Autor, o. John Breck, dobitnie stwierdza, że „kwestią najwyższej wagi pozostaje ciągłe podtrzymywanie wyraźnego rozróżnienia pomiędzy orientacją [homoseksualną] i zachowaniami. Bez względu na to, jakie są jej przyczyny (fizjologiczne, genetyczne, psychologiczne i społeczne czy najprawdopodobniej połączenie ich wszystkich), orientacja homoseksualna nie jest ani grzeszna, ani zła (z zastrzeżeniem, że w tym upadłym świecie o każdej ułomności można powiedzieć, iż jest następstwem grzechu). Osoby z taką orientacją są w najpełniejszym znaczeniu <osobami>, nosicielami obrazu Bożego i wraz ze wszystkimi innymi powołane są do wzrastania ku osiąganiu Bożego podobieństwa. Gdy usiłują zmienić orientację na heteroseksualną lub gdy codziennie zmagają się o pozostawanie w cnocie czystości, potrzebują szczególnego wsparcia, zachęty i miłości Cerkwi – jej biskupów, kapłanów i laikatu”.  

Jeśli zatem opisując „trwałą relację jednopłciową, opartą na wzajemnej zgodzie, odpowiedzialności, wierności i trosce”, stwierdzając, że „w swoim sumieniu osoba ta nie doświadcza destrukcji, krzywdy ani oddalenia od dobra, wskazując na „bardzo konkretne owoce” tego „życia w prawdzie, bez ukrywania się i wewnętrznego kłamstwa” i wymieniając: „większą zdolność do miłości, stabilność emocjonalną, odpowiedzialność za siebie i innych oraz poprawę zdrowia psychicznego”, masz na myśli jedynie samą orientację, jej ujawnienie i towarzyszące mu „codziennie zmaganie się o pozostawanie w cnocie czystości”, Twoja opowieść brzmi wielce przekonywająco. Gotów byłbym zawołać: „tak trzymać”. Jeśli jednak w całym tym opisie zawarte/przemilczane/ukryte są homoseksualne zachowania, pojawiają się poważne wątpliwości… i jeszcze większe duszpasterskie trudności.

Aby to wyjaśnić, przytoczę wypowiedź jednego ze współczesnych prawosławnych teologów, autorytetów i duchowych ojców. Wysłuchując spowiedzi homoseksualistów zauważył, że zdecydowanie trudniej przychodzi rozmawiać i udzielać rozgrzeszenia tym, którzy żyją w trwałych związkach. Dlaczego? Ci, którzy nie są w stałych jednopłciowych związkach, próbują zachować cnotę czystości, ale w jakichś „nie/sprzyjających” okolicznościach ulegają wzmożonej pokusie, dochodzi do „przypadkowego” jednorazowego homoseksualnego zachowania. Przystępują niezwłocznie do spowiedzi, wyrażają żal, skruchę, obiecują (sobie i Bogu) poprawę, proszą o przebaczenie, które jest im wówczas udzielane. Po jakimś czasie przybywają ponownie z tym samym problemem. Znowu „się zdarzyło” i znowu to samo. W stałych związkach nie zdarzają się podobne „jednorazowe wpadki”, związek jest stabilny, więc pojawia się przeświadczenie, że wielokrotne, „uporządkowane” w tym stałym związku zachowania stają się dopuszczalne albo „usprawiedliwione”. W tym przypadkach przy spowiedzi brakuje też poczucia skruchy, pokajania – „głębokiego zrozumienia” i żalu za grzech, który nie jest postrzegany jako grzech…

Próbując ustosunkować się do wypunktowanych pytań, wskażę jedynie na możliwości ich rozpatrywania z mojej duszpasterskiej perspektywy. Nie będą to jednoznaczne odpowiedzi na postawione pytania, ale mogą, mam nadzieję, przynajmniej częściowo wyjaśnić prawosławne chrześcijańskie postrzeganie tych zagadnień i „dać do myślenia”.

1.Czy w prawosławnym rozumieniu grzechu jako „choroby duszy” koniecznym kryterium diagnozy nie powinny być realne owoce w życiu człowieka?

Czy nie oznacza to, że rozmiary/głębokość choroby duszy/grzechu powinniśmy „mierzyć” skalą „dobrych uczynków”? Jeżeli choruję, ale ciągle udaje mi się (z)robić coś dobrego, to choroba okazuje się, albo powinna być uznana za mniej dolegliwą czy groźną? Parafrazując Twoje słowa, zapytałbym: „Jeśli życie chorego nie prowadzi go do destrukcji, rozpaczy ani krzywdy innych, lecz do większej integracji, odpowiedzialności i woli życia, to pacjent przestaje być chory i nie wymaga „leczenia”?

2. Jaką rolę w takim rozeznaniu odgrywa sumienie osoby wierzącej?

Sumienie każdej osoby to głos samego Boga w jej sercu. Jako osoby wierzące powinniśmy się pilnie i uważnie wsłuchiwać w jego brzmienie. Jednak z własnego doświadczenia wiem, jak bardzo skutecznie nauczyliśmy się zagłuszać ten głos sumienia i dalej postępować „po swojemu”… Zarówno w dalszej, jak i w bliższej historii i współcześnie można wskazać wielu ludzi – uczonych, wysoko postawionych, władców, przywódców czy dyktatorów – którzy nawet po głębszej refleksji, modlitwie i uczciwym(?) spojrzeniu na owoce swego życia – nie dostrzegali zła moralnego. Czy MOJE WŁASNE sumienie jest na pewno wystarczająco obiektywne? Wspomnieć tu wypada, jak ważną rolę w misterium spowiedzi „odgrywa” jej świadek – obecnie to duchowny/spowiednik, ale w pierwszych wiekach chrześcijaństwa była to cała wspólnota wiernych, spowiedź była wówczas publiczna. Postrzegałbym to jako „poszerzoną gwarancję” obiektywizmu/bezstronności/prawdy.

3. Jak w tej kwestii rozumieć relację między nauczaniem Chrystusa w Ewangeliach a fragmentami listów św. Pawła?

Tego pytania nie rozumiem – nie wiem, o które fragmenty listów chodzi i o jakie elementy nauczania? Czy to sugestia, że Paweł nauczał inaczej? W odpowiedzi na pytanie: „Czy kontekst kulturowy, historyczny oraz fakt, że św. Paweł nie znał współczesnego pojęcia orientacji seksualnej ani trwałych, równych relacji jednopłciowych – jest brany pod uwagę w praktyce duszpasterskiej, czy też teksty te funkcjonują jako normatywne w oderwaniu od tego kontekstu?” sparafrazuję nieco część wcześniejszej wypowiedzi: „Gdyby św. Paweł wiedział, że w stałych związkach jednopłciowych nie zdarzają się <jednorazowe wpadki> bo związek jest stabilny, to zwielokrotnione, „uporządkowane” w tych stałych związkach homoseksualne zachowania uznałby za „usprawiedliwione” albo dopuszczalne?” Inaczej to ujmując: skoro św. Paweł w swoim braku wiedzy o późniejszych zmianach nie zgadzał się z czymś w swoim starożytnym „kontekście kulturowym”, to współczesne pojmowanie tej kwestii, inny „kontekst kulturowy” upoważnia do „zmiany praktyki duszpasterskiej?” Albo jeszcze inaczej: Skoro „pojęcie orientacji seksualnej i trwałe relacje jednopłciowe nie były wówczas znane”, to stają się dopuszczalne/normatywne tylko przez to, że się pojawiły i jest ich coraz więcej? W ostatnich dekadach gwałtownie wzrasta ilość rozwodów – w Polsce to niemal 30%, w innych krajach to nawet ponad 80% albo 90%. Czy ilościowy wzrost upoważnia do stwierdzenia, że są „dobre”? W odróżnieniu od niektórych wyznań chrześcijańskich, które „podążają” za kulturowymi zmianami i „dopasowują”(?) swoje (bo nie Chrystusowe i Pawłowe) nauczanie do ciągle postępujących zmian, prawosławne chrześcijaństwo na wszelkie zmiany i nowości reaguje ciągle tak samo  – „mierzy ciągle tą samą miarą”, którą jest nauczanie Chrystusa, przekazane nam przez św. Pawła i innych apostołów. Inny przykład: skoro czas „płynie” ostatnio coraz szybciej, czy słusznym rozwiązaniem byłaby formalna zmiana ustalonej długości sekundy i jej „wydłużenie”?

4. Czy epitymia, rozumiana jako terapia duchowa, może być stosowana w sytuacji, gdy osoba nie doświadcza swojej relacji jako choroby, lecz jako przestrzeni dobra, wzajemnego wsparcia i odpowiedzialności?

W odpowiedzi na to pytanie zacytuję ewangeliczną opowieść o uzdrowieniu paralityka przy sadzawce Betesda (J 5-1-16). Gdy Jezus ujrzał człowieka, który od lat trzydziestu ośmiu leżał tam, zmagał się ze swoją chorobę i ciągle czekał na poruszenie wody przez anioła, zapytał go: „Czy chcesz wyzdrowieć?” Komentatorzy podkreślają, że nie było to pytanie retoryczne! Aby wyzdrowieć, trzeba pragnąć wyzdrowienia! Trzeba też nad nim pracować. Pewien święty zbłądził i „otarł się” o herezję. Zauważył swój błąd, ale ciągle pociągały go niektóre przejawy tego zbłądzenia, przez co na zakończenie kierowanego do Boga modlitewnego błagania o wyrwanie go z tej pułapki stwierdził: „Ale może jeszcze nie teraz…” Praktyka duszpasterska wskazuje, że „rozeznanie sytuacji konkretnego człowieka i jego życia w świetle Ewangelii”, jest brane pod uwagę. Kanony soborów i świętych ojców zalecają konkretne terapie lecznicze na poszczególne choroby duszy. Np. św. Bazyli Wielki grzech cudzołóstwa/nierządu zaleca traktować dwunastoletnią ekskomuniką, odłączeniem od przyjmowania „lekarstwa i pokarmu nieśmiertelności”. Było to w czasach (IV w.) gdy chrześcijanie przystępowali do Eucharystii często (niemal codziennie) i regularnie. Obecnie terapia tego rodzaju nie jest stosowana, ale nie dlatego, że cudzołóstwo przestało być grzechem. Chrześcijanie nie przestępują do komunii równie często i regularnie, przez co terapia „nie działa” równie skutecznie, jak niegdyś. Stosowane są zatem uwspółcześnione, „skontekstualizowane” „zamienniki”…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, życie duchowe



Strona 2 z 17412345...102030...Ostatnia »