> » Ks. Włodzimierz Misijuk












Czy sztuczna inteligencja może uzyskać świadomość? Na gruncie prawosławnej myśli wydaje mi się to sprzeczne, dlatego że świadomość to dusza a ją może zesłać tylko PAN Bóg. A może należy myśleć o AI jako apokaliptycznej bestii? Nie wiem czy da się na to pytanie odpowiedzieć, ale próbuje.

Skoro jest sztuczna, to raczej nieświadoma… A to z kolei „dyskwalifikuje” ją, jako bestię, bo ta będzie (jest?) świadoma i piekielnie inteligentna po swojemu…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara



Nie potrafię rozstrzygnąć pewnej kwestii. Mam 2 rodzeństwa, wszyscy jesteśmy dorośli grubo po 40, ale rodzice tylko mnie proszą o pomoc przy różnych pracach. Każde z nas dostało od rodziców kawałek kąta, więc nie jest tak, że ja jestem jakoś wyróżniony bo dostałem wszystko i z tej racji na mnie spoczywać mają wszystkie obowiązki. W duchu sprawiedliwości ludzkiej jest mi to łatwo rozstrzygnąć. Jest 3 dzieci, każde ma pomagać. Wiadomo w granicach rozsądku, siostra nie będzie rąbać drzewa, ale może kosić trawnik. Rodzice nie chcą poprosić siostry, bo ma ciężki charakter, z bratem ojciec jest pokłócony, to też nie. Ale mi się nie widzi robić wszystkiego bo to jest po ludzku niesprawiedliwe. Od ojca na takie stwierdzenie usłyszałem, że jakby miał kogo wynająć to nie prosiłby NAS o pomoc. Co mnie osobiście dotknęło i uraziło, bo tylko mnie bo nią proszą. I teraz przechodzimy do najważniejszego. Jak pogodzić to z życiem w duchu prawosławia? Nie potrafię tego ogarnąć. Bo z 1 strony miłość, pomoc bliźniemu, szacunek do rodziców. A z 2 chyba sam też na jakiś szacunek zasługuję (czy takie myślenie jest błędne i grzeszne) i nie muszę być jedynym koniem pociągowym. Proszę o radę, lub chociaż jakaś literaturę. Dodam tylko, że od małego nie potrafiłem stawiać granic, byłem osobą lękliwą, ugodową. Z wiekiem zacząłem stawiać granice, ale jak je stawiać po chrześcijańsku, o ile tak w ogóle się da?

Sugerowałbym, aby spotkać się, „po ludzku” porozmawiać z rodzeństwem i po ludzku podzielić się swymi rozterkami i „czysto ludzkimi” oczekiwaniami współdziałania. Skoro ma Pan najwięcej do czynienia z okazywaniem doraźnej pomocy, jest Pan w stanie przedstawić zakres potrzeb i zapytać o możliwości wsparcia ze strony rodzeństwa. To okazja do wskazania/wytyczenia granic swoich możliwości – skoro ma Pan z tym trudności, jest to okazja do „przełamania się” – nie chodzi tu o „postawienie na swoim” ale próbę ustalenia jakichś „granic”. Ta umiejętność na pewno przyda się na drodze życia, ale trzeba ją (wy)kształcić i „trenować”. To spotkanie i ewentualny podział obowiązków, ustalenie co kto może/woli robić, mogłoby być pretekstem do podjęcia próby pogodzenia brata z ojcem… Czy gdyby siostra z „ciężkim charakterem” zaproponowała Rodzicom pomoc, to by ją odrzucili? Widzę tu potencjał do wykorzystania. Myślę, że warto spróbować. Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, wyraźnie okaże się „na czym stoję” i wtedy łatwiej ze sobą będzie ustalić co mogę (z)robić na pewno, a co w miarę możliwości.

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, rodzina



Co zrobić gdy jest się nieszczęśliwym w małżeństwie? Mój mąż jest leniwy. Nie robi nic w domu, ciężko mu się szuka pracy, nie chce ze mną praktykować wiary…. Anonim

„Fundament” małżeństwa to miłość… Jeśli pojawiła się i spowodowała, że jesteście małżeństwem i jeśli dalej trwa, niech teraz pomoże troskliwie zapytać, czym to rozleniwienie, „nieróbstwo” w domu, trudności w poszukiwaniu pracy i „praktykowaniu” wiary mogą być spowodowane. Czy to tymczasowe „załamanie” czy też głębszy problem? Jaki(e)? Może potrzebuje jakiegoś wsparcia/pomocy? A może jakiegoś dodatkowego(?) bodźca? Czy mąż w tym stanie jest szczęśliwy? (Wątpię, „bo do tanga trzeba dwojga”…) Czy rozmawiacie o tych kwestiach? Jeśli jest „coś na rzeczy” i sami nie jesteście w stanie z tym sobie poradzić, czy nie wypadałoby szukać jakiejś pomocy „z zewnątrz”? Małżeństwo, jak pisze apostoł Paweł w Liście do Efezjan to „wielkie misterium/tajemnica” i porównuje je do relacji pomiędzy Chrystusem i Cerkwią.  Warto o to misterium walczyć…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, rodzina, życie duchowe



Jestem osobą prawosławną. Jestem osobą wierzącą, obchodzę święta Bożego Narodzenia, Święta Wielkanocne oraz inne święta. U mnie jest bardzo ważne aby pójść do spowiedzi i do Pryczastia. Nie dawno miałam ślub cerkiewny z osobą prawosławną, która nie jest do końca wierząca w Boga. U Mojego męża nie ma świąt, nie obchodzi ich. Ogólnie myślę iż mąż nie lubi osób prawosławnych. Nie mamy dzieci. Nie wiem jak rozmawiać. Dla mnie taki związek jest bardzo ciężki. Zostałam wychowana inaczej. Chciałam zapytać się jeśli chodzi o rozwód jak to wygląda z punktu cerkiewnego. Anonim

Pani opowieść  wywołała moje niemal natychmiastowe skojarzenie z wypowiedzią apostoła Pawła na temat małżeństw chrześcijan z poganami. W swym Liście do Koryntian św. Paweł stwierdza: „Albowiem mąż poganin uświęcony jest przez żonę, a żona poganka uświęcona jest przez wierzącego męża; inaczej dzieci wasze byłyby nieczyste, a tak są święte” (1 Kor 7,14). Pani liturgiczne i sakramentalne życie, które pomaga na co dzień żyć dobrym, przykładnym chrześcijańskim życiem jest dla męża dobrym przykładem do naśladowania. Jeśli sam wcześniej nie był zaangażowany w życie Cerkwi, ma jakieś zaległości, wypadałoby je teraz „nadrobić”. Sugerowałbym, aby Pani porozmawiał z mężem o swych rozterkach, wyjaśniła, jak bardzo to dla Pani (dla Was) ważne i spróbowała dowiedzieć się więcej o przyczynach jego postępowania/nastawienia. Jeśli spowodowane jest brakiem wychowania religijnego w domu rodzinnym i „obojętność religijna” w jego dorosłym życiu, można zaproponować pomoc w uzupełnieniu wiedzy o prawosławnym chrześcijaństwie i bogactwie jego liturgicznej Tradycji. Dostępna jest obszerna literatura, która może okazać się pomocna. Ta sama literatura może też pomóc, jeśli powodem jego zachowań jest kryzys wiary. W tym jednak przypadku niezbędna też będzie usilna modlitwa o jego nawrócenie. Aby ziarenko wiary, które Bóg zasiewa w ogrodzie sercu każdego człowieka, mogło zakiełkować, rosnąc i owocować, trzeba je należycie pielęgnować – podlewać i nawozić, pielić chwasty grzechów i pomnażać cnoty.

Skoro pyta Pani o możliwości rozwodu, wnioskuję, że sytuacja jest bardzo trudna, dlatego sugeruję, aby najpierw porozmawiać i „ponegocjować”. Skoro mąż nie uczestniczy w tym, co dla Pani jest aż tak bardzo ważne, że myśli Pani o zerwaniu tego związku, niech to będzie dla niego co najmniej „sygnał ostrzegawczy”. Jak „do tanga trzeba dwojga”, tak i w małżeństwie niezbędna jest synergia, współpraca, wspólna troska i działanie o wspólne życie. (Po)rozmawiajcie – spróbujcie najpierw ustalić przyczyny, a później szukajcie rozwiązań. Literatura może okazać się pomocna, ale warto też zgłosić się do duchownego (albo bardziej zorientowanego znajomego?), aby nie tylko podpowiedział, co czytać, ale pomógł w procesie ratowania/umacniania Waszego małżeństwa.

Proszę nie oczekiwać, że radykalna zmiana może nastąpić „z dnia na dzień” i niemal od razu zaczniecie wspólnie uczestniczyć w nabożeństwach  i świętowaniu. To najpierw mogą/powinny być małe kroczki – wspólna modlitwa rano, wieczorem czy przed posiłkiem przy stole, wspólne pójście do cerkwi. Od czegoś trzeba zacząć…

Dopiero w sytuacji, kiedy rozmowy i wszelkie próby działania okażą się bezowocne, wypadałoby zastanowić się czy jest Pani w stanie dalej samodzielnie „uświęcać” męża i Wasze małżeństwo, czy to zadanie ponad siły…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, rodzina



Jestem katechumenem i dążę do przyjęcia prawosławia. Naszła mnie taka myśl: „Co gdybym teraz umarł?”. No właśnie co wtedy? Czy zostałbym potępiony? Nie jestem jeszcze na Arce Zbawienia jaką jest Cerkiew. Ojcowie Kościoła mówią o tym właśnie że nie można być przecież zbawionym poza Cerkwią. > Albowiem tylko przez nią [Cerkiew] Bóg chętnie przyjmuje ofiarę, tylko ona z pewnością wstawia się za tymi, którzy błądzą. Dlatego też Pan nakazał w odniesieniu do ofiary baranka: “W jednym i tym samym domu winna być spożyta. Nie można wynieść z tego domu żadnego kawałka mięsa na zewnątrz,” (Wyjścia 12:46). Bo baranek jest spożywany w jednym domu, ponieważ prawdziwa Ofiara Odkupiciela jest składana w jednej Cerkwi Powszechnej. A prawo Boże nakazuje, by jego ciało nie było wynoszone na zewnątrz, gdyż zabrania dawać to, co święte, psom (Mateusza 7:6). To ona jedna [Cerkiew] jest miejscem, w którym dobre dzieło przynosi owoc, dlatego tylko ci, którzy pracowali w winnicy, otrzymali zapłatę denara (Mateusza 20:10). To ona jedna strzeże tych, którzy są w niej umieszczeni, silną więzią miłości. Dlatego też wody potopu uniosły wprawdzie arkę, ale zniszczyły wszystkich, którzy znaleźli poza nią. Tylko w niej prawdziwie oglądamy niebieskie tajemnice. Dlatego Pan mówi do Mojżesza: “Oto miejsce obok Mnie, stań przy skale” (Wyjścia 33:21). I nieco dalej: “A gdy cofnę rękę, ujrzysz Mnie z tyłu” (Wyjścia 33:23). Ponieważ prawda objawia się wyłącznie w Cerkwi Powszechnej, Pan mówi, że jest miejsce przy Nim, z którego można Go oglądać. Mojżesz zostaje postawiony na skale, aby ujrzeć postać Boga, ponieważ ten, kto nie zachowuje stałości w wierze, nie rozpoznaje obecności Bożej. O tej właśnie stałości Pan mówi: “Na tej skale zbuduję Cerkiew moją” (Mateusza 16:18). Święty Grzegorz Wielki, Moralia – Komentarz do Księgi Hioba, Księga XXXV.12-13 Szymon

Odpowiedź rozpocznę od pytania: „Co decyduje o przystąpieniu/przyjęciu do prawosławia?” Można tu wskazać „kanoniczne” wskazania rozróżniające pomiędzy przyjmowaniem heretyków i  schizmatyków. W przypadku heretyków jest to ponowny chrzest; w przypadku schizmatyków to spowiedź i Eucharystia. Ale podkreślić tu trzeba, że w obu przypadkach wskazane misteria/sakramenty udzielane były dopiero po „nawróceniu się” zainteresowanych, porzuceniu, wyrzeczeniu się przez nich wcześniejszych błędnych twierdzeń/nauczania. Powrót do jedności wiary to „warunek konieczny” powrotu do jedności liturgicznej/sakramentalnej. Ani chrzest, ani Eucharystia nie mogą być udzielane „innowiercom”, którzy wyrazili chęć połączenia z Cerkwią, ale nie zrezygnowali z błędnych przekonań. Chrzest i Eucharystia to publiczne potwierdzenie zakończenia drogi powrotu heretyka/schizmatyka do „jednej prawdziwej wiary”.

Jeśli to wyjaśnienie nie wystarcza, przytoczę pewną opowieść, która powinna przekonać. Niestety nie pamiętam gdzie ją czytałem/słyszałem (mogły to być żywoty świętych) i nie jestem w stanie wskazać tekstu źródłowego. Pewien człowiek długo nie zgadzał się z przekazywanym mu nauczaniem Jezusa Chrystusa i Cerkwi. Jego przyjaciel nie poddawał się i wytrwale próbował go przekonać, dzielił się z nim swoją wiarą na wszelkie możliwe sposoby. Poważna choroba pobudziła tego człowieka do przemyśleń, pokajania – głębokiego zrozumienia, ziarenko wiary w jego sercu zakiełkowało. Prawdziwie zapragnął chrztu, poprosił przyjęcie do Cerkwi, ale zmarł zanim duchowny przybył, aby sprawować misterium chrztu. Mimo to, został przyjęty do Arki…

Wskazać tu też można na różne trudna okoliczności: gdy nie ma dostępu do wody, a jest pilna potrzeba, aby chrzest został udzielony, wodę mógłby „zastąpić” pustynny piasek. W okresach prześladowań chrześcijan pojawiał się „chrzest krwi” – „oddanie życia za wiarę w Jezusa Chrystusa przez męczennika, który nie zdążył przyjąć chrztu” (jak zwięźle objaśnia to Słownik Polskiej Terminologii Prawosławnej).Odpowiedź na Twoje pytania mogłaby zatem zabrzmieć następująco: nawet jeśli nie jesteś jeszcze w Arce, to płyniesz we właściwą stronę… „Tak trzymać!”, jak mówią żeglarze…

Kategorie: konwersja, Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Piszę bo nie znajduję odpowiedzi na swój sens życia. Choruje na depresję od prawie 12 lat, na bezsenność cierpię prawie 14 lat. Modlę się ciągle o poprawę i wyzdrowienie, kiedy mogę chodzę na pielgrzymi, jeżdżę w święte miejsca, spowiadam się, czytam ciągle Psałtyr do Bożej Matery jednak ciągle jestem w tym samym miejscu, zero stałej poprawy. Kiedyś byłam naprawdę szczęśliwym człowiekiem – tęsknię za tym. Byłam kilka lat na terapii, przyjmowałam leki. Przeczytałam również nauczania o. Paisjusza o Walce Myśli. Modlę się, błagam i płaczę zarazem do Jezusa Chrystusa i Matki Boskiej aby zmienili coś w moim życiu. Mówi się że: po wierzę waszej będzie wam dane, że Bóg nie daje nam więcej niż możemy unieść. Ja naprawdę nie mam już siły, jestem wrakiem. Tyle lat wierzyłam, że będzie wszystko w porządku… Nie mam już siły się modlić, zaczynam wątpić. Chcę być szczęśliwa. Boję się, że depresja będzie ze mną do końca życia. Widzę jak inni ludzie otrzymują łaskę i cuda od Boga. Czy mnie Bóg nie widzi? Czy jednym Bóg daje łaskę a drugim nie? Co jeszcze mam zrobić, gdzie się udać, co pomoże? Anonim

Serdecznie współczuję, ale też podziwiam modlitewne zaangażowanie. W opisanych długotrwałych trudnych okolicznościach zachęcam zarówno do wytrwałej kontynuacji tej modlitwy, jak i do podejmowania dalszych/kolejnych starań o poprawę stanu zdrowia. Skoro o kilkuletniej terapii i przyjmowaniu leków pisze Pani w czasie przeszłym, domyślam się, że została przerwana, a to może być akurat to, czego w tej sytuacji potrzeba. Modlitwa jest bardzo ważna, niezbędna jest też wiara, ale do modlitewnych próśb i wiary trzeba też dołączyć działania, bo „wiara bez uczynków jest martwa”. Jeżeli sam sobie nie radzę z jakimś problemem, zwracam się do kogoś, kto może okazać mi pomoc. Stwierdza Pani, że prosi o pomoc Boga, Bogarodzicy i świętych, ale trzeba też pamiętać, że Bóg działa i pomaga za pośrednictwem innych ludzi. Ilustracją tego jest ewangeliczna opowieść o uzdrowieniu paralityka. Sam nie mógł przyjść, ale został do Jezusa przyniesiony. Widać tu wiarę w połączeniu z działaniem. Co warto też zauważyć i podkreślić – wskazane tutaj działanie jest wręcz „symboliczne” – paralityk został „tylko” przyniesiony. Podkreśliłem to „tylko” przez to, że to nie był jakiś niebywały, „rekordowy” wyczyn, nie było to coś, czego nie mógłby zrobić ktokolwiek inny. Było to (i chodzi tu) o działanie dostępne dla każdego. Inaczej mówiąc – „róbmy, co możemy; najlepiej, jak potrafimy”. Wracanie do zdrowia można by porównać do płynięcia łódką w górę (pod prąd) rzeki – aby osiągnąć upragniony cel, trzeba wytrwale wiosłować „tylko”(?) po to, żeby utrzymać się w tym samym miejscu…

Słusznie zauważa Pani, że „Bóg nie daje nam więcej, niż możemy unieść”. W cytowanej już na tym forum opowieści o śladach na piasku, w najtrudniejszych chwilach naszego życia Bóg nie opuszcza nas, ale niesie nas na Swych rękach…

W opisanym stanie bezsilności i zwątpienia niezbędna jest wytrwałość w modlitwie i działaniu, bo właśnie w takim stanie bolesnego cielesnego i duchowego osłabienia jesteśmy bardziej narażeni na demoniczne pokusy, o których w IV w. pisał Ewagriusz z Pontu w swoim traktacie „O ośmiu demonicznych myślach”. Opisywany przez niego demon południa/acedii/duchowej depresji wyolbrzymia problemy, z którymi się zmagamy, rozbudza pragnienia, aby nastąpiła natychmiastowa zmiana na lepsze (najlepiej samoczynnie), a do tego wznieca poczucie niemocy, niechęci do działania, a nawet całkowitej rezygnacji.

Zachęcam zatem, aby nie poddawała się Pani tym opisanym przez Panią pokusom. Bóg na pewno Panią widzi. Przejawem łaski Bożej (w odpowiedzi na Pani modlitwy) może być również to, że mimo zaniechania terapii i przyjmowania leków, Pani stan nie uległ drastycznemu pogorszeniu… Zauważmy co mamy, co osiągnęliśmy, cieszmy się z tego i dziękujmy, i próbujmy iść dalej! Jeśli proces powrotu do zdrowie wydłuża się, nie oznacza to, że nigdy nie nastąpi…

Życzę zatem cierpliwości i wytrwałości w wierze, modlitwie i działaniu.

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, wiara, życie duchowe



Moje pytanie dotyczy kwestii prawidłowego rozeznania powołania do życia jako mnich. Jak powinno wyglądać prawidłowe rozeznanie woli Bożej?

Odpowiadałem już wcześniej na podobne pytanie, więc ponownie tę odpowiedź przytoczę:

„Rozeznaniu powołania” do monastycznej drogi życia służy ‚instytucja’ nowicjatu. Osoba nosząca się z zamiarem podążania monastyczną drogą chrześcijańskiego życia udaje się do monasteru i prosi przełożonego/przełożoną o przyjęcie do monasteru jako nowicjusza/nowicjuszkę – po cerkiewnosłowiańsku to posłusznik/posłusznica. Kandydat na mnicha zostaje powierzony opiece doświadczonego mnicha i pod jego opieką, w pełnym posłuszeństwie opiekunowi, zaczyna żyć zgodnie z monaastycznymi regułami życia. Choć nie jest jeszcze mnichem, żyje dokładnie tak samo, jak mnisi, zgodnie z ustalonym rytmem oddaje się modlitwie i pracy w monasterze. Rzec można, że ‚na własnej skórze’ doświadcza monastycznej drogi życia. Jeśli podoła tym trudom, jeśli nie zrazi się, nie ulegnie pokusom – będzie w stanie przekonać się, rozeznać czy myśl o monastycznej drodze życia wynikała z powołania czy też miała inne podłoże. O tym jak długo trwa ten ‚okres próby’ decyduje nowicjusz – może zrezygnować w każdej chwili i odejść z monasteru. Jednak o możliwości i czasie udzielenia nowicjuszowi postrzyżyn monastycznych decyduje przełożony monasteru po konsultacji z duchowym opiekunem/ojcem nowicjusza. W każdej ważnej kwestii „prawidłowe rozeznanie woli Bożej” rozpocząłbym od modlitewnej prośby o jej wskazanie, wytrwałe. Dalej niezbędne będzie równie modlitewne „wsłuchiwanie się” w udzielaną przez Boga odpowiedź. Mnisi odchodzili na pustynię albo w leśne ostępy aby ascezą, postem, modlitwą pracować nad osiągnięciem hezychii – stanu pełnego wewnętrznego wyciszenia/uspokojenia. Walczyli o to nie po to, „aby nic nie słyszeć, ale po to, żeby usłyszeć Boga”…

Życzę skutecznego wyciszenia i owocnego wsłuchiwania się 

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, życie duchowe



Piszę z pytaniem, które od dłuższego czasu mnie nurtuje i które stawiam w dobrej wierze – nie w celu polemiki ani podważania nauczania Kościoła, lecz w poszukiwaniu zrozumienia i uczciwego rozeznania w odniesieniu do konkretnego ludzkiego doświadczenia. Od dzieciństwa byłem związany z chrześcijaństwem i Ewangelią. Szczególnie bliska była mi duchowość wschodnia, w której spowiedź rozumiana jest bardziej jako rozmowa, spotkanie i proces leczenia duszy, a nie akt jurydyczny. Do dziś noszę w sobie szacunek do tej tradycji, dlatego zwracam się właśnie do Was. Punktem wyjścia mojego pytania jest fragment Ewangelii Jana (J 8,14–19), gdzie Chrystus mówi o świadectwie, o sądzeniu „według zasad ludzkich” oraz o poznaniu Ojca poprzez poznanie Syna. Odczytuję ten fragment jako podkreślenie wagi osobistej prawdy, sumienia i relacji z Bogiem, a nie wyłącznie zewnętrznej kwalifikacji moralnej opartej na kategorii. Moje pytanie dotyczy sytuacji osoby żyjącej w trwałej relacji jednopłciowej, opartej na wzajemnej zgodzie, odpowiedzialności, wierności i trosce. W swoim sumieniu osoba ta nie doświadcza destrukcji, krzywdy ani oddalenia od dobra. Wręcz przeciwnie – życie w prawdzie, bez ukrywania się i wewnętrznego kłamstwa, przyniosło bardzo konkretne owoce: większą zdolność do miłości, stabilność emocjonalną, odpowiedzialność za siebie i innych oraz poprawę zdrowia psychicznego. Warto dodać także wymiar egzystencjalny, który jest dla mnie trudny, ale uczciwy do nazwania: życie w prawdzie, jako osoba jawnie homoseksualna, pozwoliło mi wyjść z głębokiego kryzysu psychicznego i oddaliło myśli samobójcze, które wcześniej były obecne. Trudno mi nie widzieć w tym realnego owocu dobra i życia. W tej perspektywie pojawia się dla mnie kilka szczerych pytań: 1. Czy w prawosławnym rozumieniu grzechu jako „choroby duszy” koniecznym kryterium diagnozy nie powinny być realne owoce w życiu człowieka? Jeśli dane życie nie prowadzi do destrukcji, rozpaczy ani krzywdy innych, lecz do większej integracji, odpowiedzialności i woli życia, to na jakiej podstawie uznaje się je za wymagające „leczenia”? 2. Jaką rolę w takim rozeznaniu odgrywa sumienie osoby wierzącej? Jeśli sumienie – po refleksji, modlitwie i uczciwym spojrzeniu na owoce własnego życia – nie widzi w danej relacji zła moralnego, czy jest ono całkowicie podporządkowane doktrynalnej kwalifikacji, czy też ma realne znaczenie w procesie duszpasterskim? 3. Jak w tej kwestii rozumieć relację między nauczaniem Chrystusa w Ewangeliach a fragmentami listów św. Pawła? Czy egzegeza tekstów Pawłowych – z uwzględnieniem ich kontekstu kulturowego, historycznego oraz faktu, że św. Paweł nie znał współczesnego pojęcia orientacji seksualnej ani trwałych, równych relacji jednopłciowych – jest brana pod uwagę w praktyce duszpasterskiej, czy też teksty te funkcjonują jako normatywne w oderwaniu od tego kontekstu? 4. Czy epitymia, rozumiana jako terapia duchowa, może być stosowana w sytuacji, gdy osoba nie doświadcza swojej relacji jako choroby, lecz jako przestrzeni dobra, wzajemnego wsparcia i odpowiedzialności? Czy „terapia”, na którą nie ma wewnętrznej zgody sumienia i która prowadziłaby do auto-nienawiści lub destrukcji psychicznej, może być jeszcze uznana za leczniczą, a nie wyłącznie dyscyplinującą? Zaznaczam wyraźnie: nie pytam o zmianę doktryny ani o jej podważanie. Pytam o praktykę duszpasterską, o sposób rozeznania konkretnego człowieka i jego życia w świetle Ewangelii, a nie wyłącznie w obrębie kategorii ogólnych. Będę wdzięczny za odpowiedź – nawet jeśli okaże się ona trudna. Zależy mi jednak na odpowiedzi odnoszącej się do przedstawionego doświadczenia i postawionych pytań, a nie jedynie na ogólnym streszczeniu obowiązującego stanowiska. Karol

To miłe, że „nosisz w sobie szacunek” dla wschodniej tradycji chrześcijańskiej, ale mam wrażenie, że traktujesz ją nieco „wybiórczo”. Spowiedź rzeczywiście bywa połączona z przejawem przewodnictwa duchowego jakim jest „rozmowa i spotkanie”, ale najważniejszym jej elementem ciągle pozostaje wyznanie grzechów, okazanie skruchy i wyrażenie żalu za ich popełnienie.  Misterium spowiedzi nazywamy „lecznicą” (cs. wraczebnica), ale, jak to bywa podczas wizyt u lekarza, nazwanie choroby/grzechu po imieniu czy postawienie diagnozy nie oznacza natychmiastowego wyleczenia. To raczej początek „procesu leczenia duszy”…

Na wstępie powołujesz się na fragment Ewangelii Jana (J 8,14–19) i odczytujesz w nim podkreślenie wagi OSOBISTEJ prawdy, sumienia, ale Jezus stwierdza tam wyraźnie: „sąd mój jest prawdziwy, bo NIE JESTEM SAM, lecz JESTEM JA I TEN, KTÓRY MNIE POSŁAŁ […] Ojciec, który mnie posłał, świadczy o mnie” (J 8,16.18)…

Próbę odpowiedzi na pytanie „dotyczące sytuacji osoby żyjącej w trwałej relacji jednopłciowej” rozpocznę od wskazania na kilkakrotnie cytowane już na tym forum kluczowe rozróżnienie/rozgraniczenie ujęte w książce „Święty dar życia. Prawosławne chrześcijaństwo i bioetyka”. Jej Autor, o. John Breck, dobitnie stwierdza, że „kwestią najwyższej wagi pozostaje ciągłe podtrzymywanie wyraźnego rozróżnienia pomiędzy orientacją [homoseksualną] i zachowaniami. Bez względu na to, jakie są jej przyczyny (fizjologiczne, genetyczne, psychologiczne i społeczne czy najprawdopodobniej połączenie ich wszystkich), orientacja homoseksualna nie jest ani grzeszna, ani zła (z zastrzeżeniem, że w tym upadłym świecie o każdej ułomności można powiedzieć, iż jest następstwem grzechu). Osoby z taką orientacją są w najpełniejszym znaczeniu <osobami>, nosicielami obrazu Bożego i wraz ze wszystkimi innymi powołane są do wzrastania ku osiąganiu Bożego podobieństwa. Gdy usiłują zmienić orientację na heteroseksualną lub gdy codziennie zmagają się o pozostawanie w cnocie czystości, potrzebują szczególnego wsparcia, zachęty i miłości Cerkwi – jej biskupów, kapłanów i laikatu”.  

Jeśli zatem opisując „trwałą relację jednopłciową, opartą na wzajemnej zgodzie, odpowiedzialności, wierności i trosce”, stwierdzając, że „w swoim sumieniu osoba ta nie doświadcza destrukcji, krzywdy ani oddalenia od dobra, wskazując na „bardzo konkretne owoce” tego „życia w prawdzie, bez ukrywania się i wewnętrznego kłamstwa” i wymieniając: „większą zdolność do miłości, stabilność emocjonalną, odpowiedzialność za siebie i innych oraz poprawę zdrowia psychicznego”, masz na myśli jedynie samą orientację, jej ujawnienie i towarzyszące mu „codziennie zmaganie się o pozostawanie w cnocie czystości”, Twoja opowieść brzmi wielce przekonywająco. Gotów byłbym zawołać: „tak trzymać”. Jeśli jednak w całym tym opisie zawarte/przemilczane/ukryte są homoseksualne zachowania, pojawiają się poważne wątpliwości… i jeszcze większe duszpasterskie trudności.

Aby to wyjaśnić, przytoczę wypowiedź jednego ze współczesnych prawosławnych teologów, autorytetów i duchowych ojców. Wysłuchując spowiedzi homoseksualistów zauważył, że zdecydowanie trudniej przychodzi rozmawiać i udzielać rozgrzeszenia tym, którzy żyją w trwałych związkach. Dlaczego? Ci, którzy nie są w stałych jednopłciowych związkach, próbują zachować cnotę czystości, ale w jakichś „nie/sprzyjających” okolicznościach ulegają wzmożonej pokusie, dochodzi do „przypadkowego” jednorazowego homoseksualnego zachowania. Przystępują niezwłocznie do spowiedzi, wyrażają żal, skruchę, obiecują (sobie i Bogu) poprawę, proszą o przebaczenie, które jest im wówczas udzielane. Po jakimś czasie przybywają ponownie z tym samym problemem. Znowu „się zdarzyło” i znowu to samo. W stałych związkach nie zdarzają się podobne „jednorazowe wpadki”, związek jest stabilny, więc pojawia się przeświadczenie, że wielokrotne, „uporządkowane” w tym stałym związku zachowania stają się dopuszczalne albo „usprawiedliwione”. W tym przypadkach przy spowiedzi brakuje też poczucia skruchy, pokajania – „głębokiego zrozumienia” i żalu za grzech, który nie jest postrzegany jako grzech…

Próbując ustosunkować się do wypunktowanych pytań, wskażę jedynie na możliwości ich rozpatrywania z mojej duszpasterskiej perspektywy. Nie będą to jednoznaczne odpowiedzi na postawione pytania, ale mogą, mam nadzieję, przynajmniej częściowo wyjaśnić prawosławne chrześcijańskie postrzeganie tych zagadnień i „dać do myślenia”.

1.Czy w prawosławnym rozumieniu grzechu jako „choroby duszy” koniecznym kryterium diagnozy nie powinny być realne owoce w życiu człowieka?

Czy nie oznacza to, że rozmiary/głębokość choroby duszy/grzechu powinniśmy „mierzyć” skalą „dobrych uczynków”? Jeżeli choruję, ale ciągle udaje mi się (z)robić coś dobrego, to choroba okazuje się, albo powinna być uznana za mniej dolegliwą czy groźną? Parafrazując Twoje słowa, zapytałbym: „Jeśli życie chorego nie prowadzi go do destrukcji, rozpaczy ani krzywdy innych, lecz do większej integracji, odpowiedzialności i woli życia, to pacjent przestaje być chory i nie wymaga „leczenia”?

2. Jaką rolę w takim rozeznaniu odgrywa sumienie osoby wierzącej?

Sumienie każdej osoby to głos samego Boga w jej sercu. Jako osoby wierzące powinniśmy się pilnie i uważnie wsłuchiwać w jego brzmienie. Jednak z własnego doświadczenia wiem, jak bardzo skutecznie nauczyliśmy się zagłuszać ten głos sumienia i dalej postępować „po swojemu”… Zarówno w dalszej, jak i w bliższej historii i współcześnie można wskazać wielu ludzi – uczonych, wysoko postawionych, władców, przywódców czy dyktatorów – którzy nawet po głębszej refleksji, modlitwie i uczciwym(?) spojrzeniu na owoce swego życia – nie dostrzegali zła moralnego. Czy MOJE WŁASNE sumienie jest na pewno wystarczająco obiektywne? Wspomnieć tu wypada, jak ważną rolę w misterium spowiedzi „odgrywa” jej świadek – obecnie to duchowny/spowiednik, ale w pierwszych wiekach chrześcijaństwa była to cała wspólnota wiernych, spowiedź była wówczas publiczna. Postrzegałbym to jako „poszerzoną gwarancję” obiektywizmu/bezstronności/prawdy.

3. Jak w tej kwestii rozumieć relację między nauczaniem Chrystusa w Ewangeliach a fragmentami listów św. Pawła?

Tego pytania nie rozumiem – nie wiem, o które fragmenty listów chodzi i o jakie elementy nauczania? Czy to sugestia, że Paweł nauczał inaczej? W odpowiedzi na pytanie: „Czy kontekst kulturowy, historyczny oraz fakt, że św. Paweł nie znał współczesnego pojęcia orientacji seksualnej ani trwałych, równych relacji jednopłciowych – jest brany pod uwagę w praktyce duszpasterskiej, czy też teksty te funkcjonują jako normatywne w oderwaniu od tego kontekstu?” sparafrazuję nieco część wcześniejszej wypowiedzi: „Gdyby św. Paweł wiedział, że w stałych związkach jednopłciowych nie zdarzają się <jednorazowe wpadki> bo związek jest stabilny, to zwielokrotnione, „uporządkowane” w tych stałych związkach homoseksualne zachowania uznałby za „usprawiedliwione” albo dopuszczalne?” Inaczej to ujmując: skoro św. Paweł w swoim braku wiedzy o późniejszych zmianach nie zgadzał się z czymś w swoim starożytnym „kontekście kulturowym”, to współczesne pojmowanie tej kwestii, inny „kontekst kulturowy” upoważnia do „zmiany praktyki duszpasterskiej?” Albo jeszcze inaczej: Skoro „pojęcie orientacji seksualnej i trwałe relacje jednopłciowe nie były wówczas znane”, to stają się dopuszczalne/normatywne tylko przez to, że się pojawiły i jest ich coraz więcej? W ostatnich dekadach gwałtownie wzrasta ilość rozwodów – w Polsce to niemal 30%, w innych krajach to nawet ponad 80% albo 90%. Czy ilościowy wzrost upoważnia do stwierdzenia, że są „dobre”? W odróżnieniu od niektórych wyznań chrześcijańskich, które „podążają” za kulturowymi zmianami i „dopasowują”(?) swoje (bo nie Chrystusowe i Pawłowe) nauczanie do ciągle postępujących zmian, prawosławne chrześcijaństwo na wszelkie zmiany i nowości reaguje ciągle tak samo  – „mierzy ciągle tą samą miarą”, którą jest nauczanie Chrystusa, przekazane nam przez św. Pawła i innych apostołów. Inny przykład: skoro czas „płynie” ostatnio coraz szybciej, czy słusznym rozwiązaniem byłaby formalna zmiana ustalonej długości sekundy i jej „wydłużenie”?

4. Czy epitymia, rozumiana jako terapia duchowa, może być stosowana w sytuacji, gdy osoba nie doświadcza swojej relacji jako choroby, lecz jako przestrzeni dobra, wzajemnego wsparcia i odpowiedzialności?

W odpowiedzi na to pytanie zacytuję ewangeliczną opowieść o uzdrowieniu paralityka przy sadzawce Betesda (J 5-1-16). Gdy Jezus ujrzał człowieka, który od lat trzydziestu ośmiu leżał tam, zmagał się ze swoją chorobę i ciągle czekał na poruszenie wody przez anioła, zapytał go: „Czy chcesz wyzdrowieć?” Komentatorzy podkreślają, że nie było to pytanie retoryczne! Aby wyzdrowieć, trzeba pragnąć wyzdrowienia! Trzeba też nad nim pracować. Pewien święty zbłądził i „otarł się” o herezję. Zauważył swój błąd, ale ciągle pociągały go niektóre przejawy tego zbłądzenia, przez co na zakończenie kierowanego do Boga modlitewnego błagania o wyrwanie go z tej pułapki stwierdził: „Ale może jeszcze nie teraz…” Praktyka duszpasterska wskazuje, że „rozeznanie sytuacji konkretnego człowieka i jego życia w świetle Ewangelii”, jest brane pod uwagę. Kanony soborów i świętych ojców zalecają konkretne terapie lecznicze na poszczególne choroby duszy. Np. św. Bazyli Wielki grzech cudzołóstwa/nierządu zaleca traktować dwunastoletnią ekskomuniką, odłączeniem od przyjmowania „lekarstwa i pokarmu nieśmiertelności”. Było to w czasach (IV w.) gdy chrześcijanie przystępowali do Eucharystii często (niemal codziennie) i regularnie. Obecnie terapia tego rodzaju nie jest stosowana, ale nie dlatego, że cudzołóstwo przestało być grzechem. Chrześcijanie nie przestępują do komunii równie często i regularnie, przez co terapia „nie działa” równie skutecznie, jak niegdyś. Stosowane są zatem uwspółcześnione, „skontekstualizowane” „zamienniki”…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, życie duchowe



Jestem młodym człowiekiem, który jest na drodze do przyjęcia prawosławia. Od wielu lat odczuwam powołanie do życia kapłańskiego, bez małżeństwa. Aktualnie stoję tak naprawdę na granicy mojego życiowego wyboru jeśli chodzi o to czym będę zajmował się jako osoba dorosła (jak pisałem wyżej chcę być kapłanem). Pytanie brzmi następująco: Czy od razu po przyjęciu prawosławia mogę iść do seminarium? Zastanawiam się: jeśli ten proces mojej konwersji się przedłuży to czym zajmę się w międzyczasie? Zależy mi niesamowicie na tym aby od razu wysłać papiery do seminarium. Oczywiście staram się podlegać Bożym planom, i nie spieszyć się, nie myśleć nadmiernie. Niech Bóg się nad nami zmiłuje. Szymon

Wiele wskazuje na to, aby studia teologiczne i ewentualne przyjęcie święceń kapłańskich nie następowało niezwłocznie po przyjęciu prawosławia. Będąc prawosławnym duchownym trzeba będzie objaśniać, uprzystępniać prawdy wiary prawosławnej zarówno kolejnym katechumenom/konwertytom (których jest coraz więcej), jak i samym prawosławnym. Aby nauczanie było poprawne, efektywne (nie mylić z efektownym) i skuteczne, trzeba poznać prawosławne chrześcijaństwo „od podszewki”. Trzy lata studiów w seminarium, ewentualny ciąg dalszy studiów teologicznych w ChAT nie zapewniają pełnego, wszechstronnego doświadczenia życia jako prawosławnego chrześcijanina we współczesnym świecie. Kanony z pierwszych wieków chrześcijaństwa dopuszczają udzielanie święceń kapłańskich jedynie kandydatom, którzy ukończyli 30 lat życia. Niezbędne było nie tylko odpowiednie wykształcenie i przygotowanie, ale również wystarczające „życiowe doświadczenie”. Myślę, że to właśnie jest odpowiedź na Twoje pytanie: „czym zajmę się w międzyczasie”, pomiędzy konwersją a studiami i święceniami. Ponadto, kandydat na duchownego musi być przygotowany również na to, że nie będzie w stanie utrzymać siebie i rodziny z parafialnej posługi kapłańskiej. Niektóre parafie naszej Cerkwi są na tyle małe, że duchowni zmuszeni są podejmować jakąś dodatkowa „świecką” pracę. To również może być sposób na zdobycie głębszego „życiowego doświadczenia”. Znam duchownych, którzy przed studiami teologicznymi „z premedytacją” podejmowali inne studia, zdobywali jakieś umiejętności i doświadczenie, które chcieli ofiarować Cerkwi, aby mogły być pomocne zarówno w ich kapłańskiej posłudze, jak i w szerszym zaangażowaniu w różne sfery życia Cerkwi.

Kategorie: konwersja, Ks. Włodzimierz Misijuk, życie duchowe



Jak Kościół w swojej nauce, tradycji i ojców kościoła definiuje utratę dziewictwa? Jakiś czas temu namiętnie całowałem kobietę i dotykałem jej stref erogennych przez ubrania, na szczęście, na więcej nie pozwoliła. Pytanie, więc, czy tego rodzaju akt stanowi już utratę dziewictwa, czy nie oraz co musi zajść, aby dziewictwo utracić? Jeszcze drugie pytanie w tym kontekście. Słyszałem kiedyś, że strata dziewictwa przed ślubem stanowi przesłanka dla nie udzielenia święceń, czy to prawda? Przepraszam, jeżeli pytanie ujdzie za wulgarne, ale zależało mi na precyzji. Anonim

Próbując odpowiedzieć na pytanie o definicję utraty dziewictwa, wskazałbym na Jezusowe, ewangeliczne „uściślenie” dotyczące cudzołóstwa.  W Ewangelii według Mateusza 5,27-28 czytamy: „Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa”. Cudzołóstwo to zdrada małżeńska, „utrata dziewictwa” przed wejściem w wiązek małżeński to inaczej „nierząd”. Napiętnowanie obu tych grzechów przez Cerkiew (np. kanon św. Bazylego Wielkiego zaleca nawet 12 lat ekskomuniki) wynika z Jej głębokiego przeświadczenia, że współżycie płciowe, seks zarezerwowany jest dla łoża małżeńskiego.  Odpowiedź na pytanie czy opisany „akt stanowi już utratę dziewictwa czy nie” pozostawiam sumieniu pytającego. Biorąc pod uwagę słowa Jezusa Chrystusa  trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie „co musi zajść, aby dziewictwo utracić”. Granica jest „płynna” i dużo może zależeć od okoliczności. Jak nie każde „wydłużone” spojrzenie na kobietę jest pożądliwie cudzołożne, tak nie każdy przejaw damsko-męskiego czułego zbliżenia musi być „kwalifikowany” jako nierządny… W obu przypadkach zalecana jest daleko posunięta ostrożność. O tym, czy w kontekście „utraty dziewictwa przed ślubem” święcenia kapłańskie będą udzielone, zdecyduje duchowny wysłuchujący spowiedzi kandydata do przyjęcia święceń…

Kategorie: Ks. Włodzimierz Misijuk, moralność i etyka, życie duchowe



Strona 1 z 3612345...102030...Ostatnia »