Szanowna Pani, częstotliwość i przygotowanie do św. Komunii należy uzgodnić ze swoim spowiednikiem. W przypadku, gdy przystępujemy do Pryczastija rzadko, moim zdaniem, należy każdorazowo podejść do spowiedzi. Zaobserwowana przez Panią praktyka „nie jest nowa, to stara praktyka Cerkwi, która pozwala żyć autentycznym życiem eucharystycznym i była stosowana w wielu lokalnych Cerkwiach.” (o. Andrzej Kuźma, https://cerkiew.pl/zapytaj/?p=3928)
Pani opowieść wywołała moje niemal natychmiastowe skojarzenie z wypowiedzią apostoła Pawła na temat małżeństw chrześcijan z poganami. W swym Liście do Koryntian św. Paweł stwierdza: „Albowiem mąż poganin uświęcony jest przez żonę, a żona poganka uświęcona jest przez wierzącego męża; inaczej dzieci wasze byłyby nieczyste, a tak są święte” (1 Kor 7,14). Pani liturgiczne i sakramentalne życie, które pomaga na co dzień żyć dobrym, przykładnym chrześcijańskim życiem jest dla męża dobrym przykładem do naśladowania. Jeśli sam wcześniej nie był zaangażowany w życie Cerkwi, ma jakieś zaległości, wypadałoby je teraz „nadrobić”. Sugerowałbym, aby Pani porozmawiał z mężem o swych rozterkach, wyjaśniła, jak bardzo to dla Pani (dla Was) ważne i spróbowała dowiedzieć się więcej o przyczynach jego postępowania/nastawienia. Jeśli spowodowane jest brakiem wychowania religijnego w domu rodzinnym i „obojętność religijna” w jego dorosłym życiu, można zaproponować pomoc w uzupełnieniu wiedzy o prawosławnym chrześcijaństwie i bogactwie jego liturgicznej Tradycji. Dostępna jest obszerna literatura, która może okazać się pomocna. Ta sama literatura może też pomóc, jeśli powodem jego zachowań jest kryzys wiary. W tym jednak przypadku niezbędna też będzie usilna modlitwa o jego nawrócenie. Aby ziarenko wiary, które Bóg zasiewa w ogrodzie sercu każdego człowieka, mogło zakiełkować, rosnąc i owocować, trzeba je należycie pielęgnować – podlewać i nawozić, pielić chwasty grzechów i pomnażać cnoty.
Skoro pyta Pani o możliwości rozwodu, wnioskuję, że sytuacja jest bardzo trudna, dlatego sugeruję, aby najpierw porozmawiać i „ponegocjować”. Skoro mąż nie uczestniczy w tym, co dla Pani jest aż tak bardzo ważne, że myśli Pani o zerwaniu tego związku, niech to będzie dla niego co najmniej „sygnał ostrzegawczy”. Jak „do tanga trzeba dwojga”, tak i w małżeństwie niezbędna jest synergia, współpraca, wspólna troska i działanie o wspólne życie. (Po)rozmawiajcie – spróbujcie najpierw ustalić przyczyny, a później szukajcie rozwiązań. Literatura może okazać się pomocna, ale warto też zgłosić się do duchownego (albo bardziej zorientowanego znajomego?), aby nie tylko podpowiedział, co czytać, ale pomógł w procesie ratowania/umacniania Waszego małżeństwa.
Proszę nie oczekiwać, że radykalna zmiana może nastąpić „z dnia na dzień” i niemal od razu zaczniecie wspólnie uczestniczyć w nabożeństwach i świętowaniu. To najpierw mogą/powinny być małe kroczki – wspólna modlitwa rano, wieczorem czy przed posiłkiem przy stole, wspólne pójście do cerkwi. Od czegoś trzeba zacząć…
Dopiero w sytuacji, kiedy rozmowy i wszelkie próby działania okażą się bezowocne, wypadałoby zastanowić się czy jest Pani w stanie dalej samodzielnie „uświęcać” męża i Wasze małżeństwo, czy to zadanie ponad siły…
Odpowiedź rozpocznę od pytania: „Co decyduje o przystąpieniu/przyjęciu do prawosławia?” Można tu wskazać „kanoniczne” wskazania rozróżniające pomiędzy przyjmowaniem heretyków i schizmatyków. W przypadku heretyków jest to ponowny chrzest; w przypadku schizmatyków to spowiedź i Eucharystia. Ale podkreślić tu trzeba, że w obu przypadkach wskazane misteria/sakramenty udzielane były dopiero po „nawróceniu się” zainteresowanych, porzuceniu, wyrzeczeniu się przez nich wcześniejszych błędnych twierdzeń/nauczania. Powrót do jedności wiary to „warunek konieczny” powrotu do jedności liturgicznej/sakramentalnej. Ani chrzest, ani Eucharystia nie mogą być udzielane „innowiercom”, którzy wyrazili chęć połączenia z Cerkwią, ale nie zrezygnowali z błędnych przekonań. Chrzest i Eucharystia to publiczne potwierdzenie zakończenia drogi powrotu heretyka/schizmatyka do „jednej prawdziwej wiary”.
Jeśli to wyjaśnienie nie wystarcza, przytoczę pewną opowieść, która powinna przekonać. Niestety nie pamiętam gdzie ją czytałem/słyszałem (mogły to być żywoty świętych) i nie jestem w stanie wskazać tekstu źródłowego. Pewien człowiek długo nie zgadzał się z przekazywanym mu nauczaniem Jezusa Chrystusa i Cerkwi. Jego przyjaciel nie poddawał się i wytrwale próbował go przekonać, dzielił się z nim swoją wiarą na wszelkie możliwe sposoby. Poważna choroba pobudziła tego człowieka do przemyśleń, pokajania – głębokiego zrozumienia, ziarenko wiary w jego sercu zakiełkowało. Prawdziwie zapragnął chrztu, poprosił przyjęcie do Cerkwi, ale zmarł zanim duchowny przybył, aby sprawować misterium chrztu. Mimo to, został przyjęty do Arki…
Wskazać tu też można na różne trudna okoliczności: gdy nie ma dostępu do wody, a jest pilna potrzeba, aby chrzest został udzielony, wodę mógłby „zastąpić” pustynny piasek. W okresach prześladowań chrześcijan pojawiał się „chrzest krwi” – „oddanie życia za wiarę w Jezusa Chrystusa przez męczennika, który nie zdążył przyjąć chrztu” (jak zwięźle objaśnia to Słownik Polskiej Terminologii Prawosławnej).Odpowiedź na Twoje pytania mogłaby zatem zabrzmieć następująco: nawet jeśli nie jesteś jeszcze w Arce, to płyniesz we właściwą stronę… „Tak trzymać!”, jak mówią żeglarze…
W Cerkwi prawosławnej Komunii Świętej mogą udzielać tylko osoby duchowne, po święceniach kapłańskich. W zależności od tradycji lokalnej: biskup, prezbiter (i diakon).W Cerkwi nie istnieje instytucja szafarzy nadzwyczajnych. Odnośnie akolitek – jest to sprawa Kościoła rzymskokatolickiego i nie spotkałem się z jakimkolwiek stanowiskiem Cerkwi w tej kwestii.
Małżeństwo oparte jest na miłości, której źródłem jest Bóg. Życie w małżeństwie jest swego rodzaju wysiłkiem (podwigiem) i wymaga kompromisów oraz współczucia. Każdy przypadek zmiany decyzji małżonków odnośnie dalszego wspólnego życia w miłości (czyli separacji bądź zdjęcia błogosławieństwa) musi być rozpatrzony indywidualnie i dlatego nie jestem w stanie odpowiedzieć jednoznacznie na postawione pytanie. W takich sytuacjach należy zgłosić się do duchownego i przedstawić swoją sytuację.
Naukę o istocie (gr. usija) Boga w szczególny sposób rozwinęli Ojcowie Kapadoccy. W ich nauczaniu chodziło przede wszystkim o rozróżnienie trzech Osób (lub Hipostaz) zjednoczonych jedną (Boską) istotą. Wskazywali taż często na niedostępność rozumowi ludzkiemu istoty Bożej. Tak więc istota Boża i energie Boże nie są synonimami. Energie Boże są objawieniem Boga ale nie są samym Bogiem. Tak jak promienie słońca nie są słońcem ale wyrażają naturę słońca.
Serdecznie współczuję, ale też podziwiam modlitewne zaangażowanie. W opisanych długotrwałych trudnych okolicznościach zachęcam zarówno do wytrwałej kontynuacji tej modlitwy, jak i do podejmowania dalszych/kolejnych starań o poprawę stanu zdrowia. Skoro o kilkuletniej terapii i przyjmowaniu leków pisze Pani w czasie przeszłym, domyślam się, że została przerwana, a to może być akurat to, czego w tej sytuacji potrzeba. Modlitwa jest bardzo ważna, niezbędna jest też wiara, ale do modlitewnych próśb i wiary trzeba też dołączyć działania, bo „wiara bez uczynków jest martwa”. Jeżeli sam sobie nie radzę z jakimś problemem, zwracam się do kogoś, kto może okazać mi pomoc. Stwierdza Pani, że prosi o pomoc Boga, Bogarodzicy i świętych, ale trzeba też pamiętać, że Bóg działa i pomaga za pośrednictwem innych ludzi. Ilustracją tego jest ewangeliczna opowieść o uzdrowieniu paralityka. Sam nie mógł przyjść, ale został do Jezusa przyniesiony. Widać tu wiarę w połączeniu z działaniem. Co warto też zauważyć i podkreślić – wskazane tutaj działanie jest wręcz „symboliczne” – paralityk został „tylko” przyniesiony. Podkreśliłem to „tylko” przez to, że to nie był jakiś niebywały, „rekordowy” wyczyn, nie było to coś, czego nie mógłby zrobić ktokolwiek inny. Było to (i chodzi tu) o działanie dostępne dla każdego. Inaczej mówiąc – „róbmy, co możemy; najlepiej, jak potrafimy”. Wracanie do zdrowia można by porównać do płynięcia łódką w górę (pod prąd) rzeki – aby osiągnąć upragniony cel, trzeba wytrwale wiosłować „tylko”(?) po to, żeby utrzymać się w tym samym miejscu…
Słusznie zauważa Pani, że „Bóg nie daje nam więcej, niż możemy unieść”. W cytowanej już na tym forum opowieści o śladach na piasku, w najtrudniejszych chwilach naszego życia Bóg nie opuszcza nas, ale niesie nas na Swych rękach…
W opisanym stanie bezsilności i zwątpienia niezbędna jest wytrwałość w modlitwie i działaniu, bo właśnie w takim stanie bolesnego cielesnego i duchowego osłabienia jesteśmy bardziej narażeni na demoniczne pokusy, o których w IV w. pisał Ewagriusz z Pontu w swoim traktacie „O ośmiu demonicznych myślach”. Opisywany przez niego demon południa/acedii/duchowej depresji wyolbrzymia problemy, z którymi się zmagamy, rozbudza pragnienia, aby nastąpiła natychmiastowa zmiana na lepsze (najlepiej samoczynnie), a do tego wznieca poczucie niemocy, niechęci do działania, a nawet całkowitej rezygnacji.
Zachęcam zatem, aby nie poddawała się Pani tym opisanym przez Panią pokusom. Bóg na pewno Panią widzi. Przejawem łaski Bożej (w odpowiedzi na Pani modlitwy) może być również to, że mimo zaniechania terapii i przyjmowania leków, Pani stan nie uległ drastycznemu pogorszeniu… Zauważmy co mamy, co osiągnęliśmy, cieszmy się z tego i dziękujmy, i próbujmy iść dalej! Jeśli proces powrotu do zdrowie wydłuża się, nie oznacza to, że nigdy nie nastąpi…
Życzę zatem cierpliwości i wytrwałości w wierze, modlitwie i działaniu.
Odpowiadałem już wcześniej na podobne pytanie, więc ponownie tę odpowiedź przytoczę:
„Rozeznaniu powołania” do monastycznej drogi życia służy ‚instytucja’ nowicjatu. Osoba nosząca się z zamiarem podążania monastyczną drogą chrześcijańskiego życia udaje się do monasteru i prosi przełożonego/przełożoną o przyjęcie do monasteru jako nowicjusza/nowicjuszkę – po cerkiewnosłowiańsku to posłusznik/posłusznica. Kandydat na mnicha zostaje powierzony opiece doświadczonego mnicha i pod jego opieką, w pełnym posłuszeństwie opiekunowi, zaczyna żyć zgodnie z monaastycznymi regułami życia. Choć nie jest jeszcze mnichem, żyje dokładnie tak samo, jak mnisi, zgodnie z ustalonym rytmem oddaje się modlitwie i pracy w monasterze. Rzec można, że ‚na własnej skórze’ doświadcza monastycznej drogi życia. Jeśli podoła tym trudom, jeśli nie zrazi się, nie ulegnie pokusom – będzie w stanie przekonać się, rozeznać czy myśl o monastycznej drodze życia wynikała z powołania czy też miała inne podłoże. O tym jak długo trwa ten ‚okres próby’ decyduje nowicjusz – może zrezygnować w każdej chwili i odejść z monasteru. Jednak o możliwości i czasie udzielenia nowicjuszowi postrzyżyn monastycznych decyduje przełożony monasteru po konsultacji z duchowym opiekunem/ojcem nowicjusza. W każdej ważnej kwestii „prawidłowe rozeznanie woli Bożej” rozpocząłbym od modlitewnej prośby o jej wskazanie, wytrwałe. Dalej niezbędne będzie równie modlitewne „wsłuchiwanie się” w udzielaną przez Boga odpowiedź. Mnisi odchodzili na pustynię albo w leśne ostępy aby ascezą, postem, modlitwą pracować nad osiągnięciem hezychii – stanu pełnego wewnętrznego wyciszenia/uspokojenia. Walczyli o to nie po to, „aby nic nie słyszeć, ale po to, żeby usłyszeć Boga”…
Życzę skutecznego wyciszenia i owocnego wsłuchiwania się
Wnioski Pani z lektury poprzednich odpowiedzi są właściwe. Małżeństwo, które było zawarte w Kościele rzymskokatolickim tam też powinno zostać unieważnione. Sugeruję porozmawiać na ten temat z duchownym w prawosławnej parafii gdzie obecnie Pani lub Państwo mieszkają.
Z informacji zawartych na stronie internetowej Prawosławnego Seminarium Duchownego w Warszawie (https://psd.edu.pl/rekrutacja/) wynika, że matura jest niezbędna do przystąpienia do procesu rekrutacji. Przed rekrutacją (życzę Bożej pomocy w zdawaniu matury) proszę porozmawiać z proboszczem swojej parafii, żeby rozwiać wątpliwości i uzyskać niezbędną opinię.