Z informacji zawartych na stronie internetowej Prawosławnego Seminarium Duchownego w Warszawie (https://psd.edu.pl/rekrutacja/) wynika, że matura jest niezbędna do przystąpienia do procesu rekrutacji. Przed rekrutacją (życzę Bożej pomocy w zdawaniu matury) proszę porozmawiać z proboszczem swojej parafii, żeby rozwiać wątpliwości i uzyskać niezbędną opinię.
Instytucja rodziców chrzestnych była wspomniana już w II wieku przez Tertuliana. Sobór w Kartaginie w IV wieku dopuszczał do chrztu osoby chore, pod warunkiem że posiadają świadków (chrzestnych), którzy na własną odpowiedzialność będą za nie świadczyć.
Ze względu na coraz bardziej popularne chrzty dzieci (niemowląt), rola chrzestnych stawała się nie tylko bardziej powszechna, ale także niezbędna. Do V-VIII wieku jako chrzestnych dopuszczano rodziców dziecka, jednak później zostało to kanonicznie zakazane. Spowodowane było to określeniem pokrewieństwa duchowego i konsekwencji rodzinnych.
Od VIII wieku (na Zachodzie) do XV wieku (na Rusi) wymagano tylko jednego świadka chrztu; później, analogicznie do narodzin cielesnych, przyjęto dwoje chrzestnych.
Jeśli chodzi o chrzest dorosłych, zależy to od lokalnej praktyki Cerkwi. Ze źródeł, do których dotarłem, w Cerkwi rosyjskiej wymóg posiadania chrzestnych obowiązuje dzieci do 7. roku życia.
Chrzestny powinien być przewodnikiem w życiu duchowym, dlatego, moim zdaniem, warto mieć chrzestnego (lub chrzestnych) nawet w przypadku osób dorosłych.
To miłe, że „nosisz w sobie szacunek” dla wschodniej tradycji chrześcijańskiej, ale mam wrażenie, że traktujesz ją nieco „wybiórczo”. Spowiedź rzeczywiście bywa połączona z przejawem przewodnictwa duchowego jakim jest „rozmowa i spotkanie”, ale najważniejszym jej elementem ciągle pozostaje wyznanie grzechów, okazanie skruchy i wyrażenie żalu za ich popełnienie. Misterium spowiedzi nazywamy „lecznicą” (cs. wraczebnica), ale, jak to bywa podczas wizyt u lekarza, nazwanie choroby/grzechu po imieniu czy postawienie diagnozy nie oznacza natychmiastowego wyleczenia. To raczej początek „procesu leczenia duszy”…
Na wstępie powołujesz się na fragment Ewangelii Jana (J 8,14–19) i odczytujesz w nim podkreślenie wagi OSOBISTEJ prawdy, sumienia, ale Jezus stwierdza tam wyraźnie: „sąd mój jest prawdziwy, bo NIE JESTEM SAM, lecz JESTEM JA I TEN, KTÓRY MNIE POSŁAŁ […] Ojciec, który mnie posłał, świadczy o mnie” (J 8,16.18)…
Próbę odpowiedzi na pytanie „dotyczące sytuacji osoby żyjącej w trwałej relacji jednopłciowej” rozpocznę od wskazania na kilkakrotnie cytowane już na tym forum kluczowe rozróżnienie/rozgraniczenie ujęte w książce „Święty dar życia. Prawosławne chrześcijaństwo i bioetyka”. Jej Autor, o. John Breck, dobitnie stwierdza, że „kwestią najwyższej wagi pozostaje ciągłe podtrzymywanie wyraźnego rozróżnienia pomiędzy orientacją [homoseksualną] i zachowaniami. Bez względu na to, jakie są jej przyczyny (fizjologiczne, genetyczne, psychologiczne i społeczne czy najprawdopodobniej połączenie ich wszystkich), orientacja homoseksualna nie jest ani grzeszna, ani zła (z zastrzeżeniem, że w tym upadłym świecie o każdej ułomności można powiedzieć, iż jest następstwem grzechu). Osoby z taką orientacją są w najpełniejszym znaczeniu <osobami>, nosicielami obrazu Bożego i wraz ze wszystkimi innymi powołane są do wzrastania ku osiąganiu Bożego podobieństwa. Gdy usiłują zmienić orientację na heteroseksualną lub gdy codziennie zmagają się o pozostawanie w cnocie czystości, potrzebują szczególnego wsparcia, zachęty i miłości Cerkwi – jej biskupów, kapłanów i laikatu”.
Jeśli zatem opisując „trwałą relację jednopłciową, opartą na wzajemnej zgodzie, odpowiedzialności, wierności i trosce”, stwierdzając, że „w swoim sumieniu osoba ta nie doświadcza destrukcji, krzywdy ani oddalenia od dobra, wskazując na „bardzo konkretne owoce” tego „życia w prawdzie, bez ukrywania się i wewnętrznego kłamstwa” i wymieniając: „większą zdolność do miłości, stabilność emocjonalną, odpowiedzialność za siebie i innych oraz poprawę zdrowia psychicznego”, masz na myśli jedynie samą orientację, jej ujawnienie i towarzyszące mu „codziennie zmaganie się o pozostawanie w cnocie czystości”, Twoja opowieść brzmi wielce przekonywająco. Gotów byłbym zawołać: „tak trzymać”. Jeśli jednak w całym tym opisie zawarte/przemilczane/ukryte są homoseksualne zachowania, pojawiają się poważne wątpliwości… i jeszcze większe duszpasterskie trudności.
Aby to wyjaśnić, przytoczę wypowiedź jednego ze współczesnych prawosławnych teologów, autorytetów i duchowych ojców. Wysłuchując spowiedzi homoseksualistów zauważył, że zdecydowanie trudniej przychodzi rozmawiać i udzielać rozgrzeszenia tym, którzy żyją w trwałych związkach. Dlaczego? Ci, którzy nie są w stałych jednopłciowych związkach, próbują zachować cnotę czystości, ale w jakichś „nie/sprzyjających” okolicznościach ulegają wzmożonej pokusie, dochodzi do „przypadkowego” jednorazowego homoseksualnego zachowania. Przystępują niezwłocznie do spowiedzi, wyrażają żal, skruchę, obiecują (sobie i Bogu) poprawę, proszą o przebaczenie, które jest im wówczas udzielane. Po jakimś czasie przybywają ponownie z tym samym problemem. Znowu „się zdarzyło” i znowu to samo. W stałych związkach nie zdarzają się podobne „jednorazowe wpadki”, związek jest stabilny, więc pojawia się przeświadczenie, że wielokrotne, „uporządkowane” w tym stałym związku zachowania stają się dopuszczalne albo „usprawiedliwione”. W tym przypadkach przy spowiedzi brakuje też poczucia skruchy, pokajania – „głębokiego zrozumienia” i żalu za grzech, który nie jest postrzegany jako grzech…
Próbując ustosunkować się do wypunktowanych pytań, wskażę jedynie na możliwości ich rozpatrywania z mojej duszpasterskiej perspektywy. Nie będą to jednoznaczne odpowiedzi na postawione pytania, ale mogą, mam nadzieję, przynajmniej częściowo wyjaśnić prawosławne chrześcijańskie postrzeganie tych zagadnień i „dać do myślenia”.
1.Czy w prawosławnym rozumieniu grzechu jako „choroby duszy” koniecznym kryterium diagnozy nie powinny być realne owoce w życiu człowieka?
Czy nie oznacza to, że rozmiary/głębokość choroby duszy/grzechu powinniśmy „mierzyć” skalą „dobrych uczynków”? Jeżeli choruję, ale ciągle udaje mi się (z)robić coś dobrego, to choroba okazuje się, albo powinna być uznana za mniej dolegliwą czy groźną? Parafrazując Twoje słowa, zapytałbym: „Jeśli życie chorego nie prowadzi go do destrukcji, rozpaczy ani krzywdy innych, lecz do większej integracji, odpowiedzialności i woli życia, to pacjent przestaje być chory i nie wymaga „leczenia”?
2. Jaką rolę w takim rozeznaniu odgrywa sumienie osoby wierzącej?
Sumienie każdej osoby to głos samego Boga w jej sercu. Jako osoby wierzące powinniśmy się pilnie i uważnie wsłuchiwać w jego brzmienie. Jednak z własnego doświadczenia wiem, jak bardzo skutecznie nauczyliśmy się zagłuszać ten głos sumienia i dalej postępować „po swojemu”… Zarówno w dalszej, jak i w bliższej historii i współcześnie można wskazać wielu ludzi – uczonych, wysoko postawionych, władców, przywódców czy dyktatorów – którzy nawet po głębszej refleksji, modlitwie i uczciwym(?) spojrzeniu na owoce swego życia – nie dostrzegali zła moralnego. Czy MOJE WŁASNE sumienie jest na pewno wystarczająco obiektywne? Wspomnieć tu wypada, jak ważną rolę w misterium spowiedzi „odgrywa” jej świadek – obecnie to duchowny/spowiednik, ale w pierwszych wiekach chrześcijaństwa była to cała wspólnota wiernych, spowiedź była wówczas publiczna. Postrzegałbym to jako „poszerzoną gwarancję” obiektywizmu/bezstronności/prawdy.
3. Jak w tej kwestii rozumieć relację między nauczaniem Chrystusa w Ewangeliach a fragmentami listów św. Pawła?
Tego pytania nie rozumiem – nie wiem, o które fragmenty listów chodzi i o jakie elementy nauczania? Czy to sugestia, że Paweł nauczał inaczej? W odpowiedzi na pytanie: „Czy kontekst kulturowy, historyczny oraz fakt, że św. Paweł nie znał współczesnego pojęcia orientacji seksualnej ani trwałych, równych relacji jednopłciowych – jest brany pod uwagę w praktyce duszpasterskiej, czy też teksty te funkcjonują jako normatywne w oderwaniu od tego kontekstu?” sparafrazuję nieco część wcześniejszej wypowiedzi: „Gdyby św. Paweł wiedział, że w stałych związkach jednopłciowych nie zdarzają się <jednorazowe wpadki> bo związek jest stabilny, to zwielokrotnione, „uporządkowane” w tych stałych związkach homoseksualne zachowania uznałby za „usprawiedliwione” albo dopuszczalne?” Inaczej to ujmując: skoro św. Paweł w swoim braku wiedzy o późniejszych zmianach nie zgadzał się z czymś w swoim starożytnym „kontekście kulturowym”, to współczesne pojmowanie tej kwestii, inny „kontekst kulturowy” upoważnia do „zmiany praktyki duszpasterskiej?” Albo jeszcze inaczej: Skoro „pojęcie orientacji seksualnej i trwałe relacje jednopłciowe nie były wówczas znane”, to stają się dopuszczalne/normatywne tylko przez to, że się pojawiły i jest ich coraz więcej? W ostatnich dekadach gwałtownie wzrasta ilość rozwodów – w Polsce to niemal 30%, w innych krajach to nawet ponad 80% albo 90%. Czy ilościowy wzrost upoważnia do stwierdzenia, że są „dobre”? W odróżnieniu od niektórych wyznań chrześcijańskich, które „podążają” za kulturowymi zmianami i „dopasowują”(?) swoje (bo nie Chrystusowe i Pawłowe) nauczanie do ciągle postępujących zmian, prawosławne chrześcijaństwo na wszelkie zmiany i nowości reaguje ciągle tak samo – „mierzy ciągle tą samą miarą”, którą jest nauczanie Chrystusa, przekazane nam przez św. Pawła i innych apostołów. Inny przykład: skoro czas „płynie” ostatnio coraz szybciej, czy słusznym rozwiązaniem byłaby formalna zmiana ustalonej długości sekundy i jej „wydłużenie”?
4. Czy epitymia, rozumiana jako terapia duchowa, może być stosowana w sytuacji, gdy osoba nie doświadcza swojej relacji jako choroby, lecz jako przestrzeni dobra, wzajemnego wsparcia i odpowiedzialności?
W odpowiedzi na to pytanie zacytuję ewangeliczną opowieść o uzdrowieniu paralityka przy sadzawce Betesda (J 5-1-16). Gdy Jezus ujrzał człowieka, który od lat trzydziestu ośmiu leżał tam, zmagał się ze swoją chorobę i ciągle czekał na poruszenie wody przez anioła, zapytał go: „Czy chcesz wyzdrowieć?” Komentatorzy podkreślają, że nie było to pytanie retoryczne! Aby wyzdrowieć, trzeba pragnąć wyzdrowienia! Trzeba też nad nim pracować. Pewien święty zbłądził i „otarł się” o herezję. Zauważył swój błąd, ale ciągle pociągały go niektóre przejawy tego zbłądzenia, przez co na zakończenie kierowanego do Boga modlitewnego błagania o wyrwanie go z tej pułapki stwierdził: „Ale może jeszcze nie teraz…” Praktyka duszpasterska wskazuje, że „rozeznanie sytuacji konkretnego człowieka i jego życia w świetle Ewangelii”, jest brane pod uwagę. Kanony soborów i świętych ojców zalecają konkretne terapie lecznicze na poszczególne choroby duszy. Np. św. Bazyli Wielki grzech cudzołóstwa/nierządu zaleca traktować dwunastoletnią ekskomuniką, odłączeniem od przyjmowania „lekarstwa i pokarmu nieśmiertelności”. Było to w czasach (IV w.) gdy chrześcijanie przystępowali do Eucharystii często (niemal codziennie) i regularnie. Obecnie terapia tego rodzaju nie jest stosowana, ale nie dlatego, że cudzołóstwo przestało być grzechem. Chrześcijanie nie przestępują do komunii równie często i regularnie, przez co terapia „nie działa” równie skutecznie, jak niegdyś. Stosowane są zatem uwspółcześnione, „skontekstualizowane” „zamienniki”…
Wiele wskazuje na to, aby studia teologiczne i ewentualne przyjęcie święceń kapłańskich nie następowało niezwłocznie po przyjęciu prawosławia. Będąc prawosławnym duchownym trzeba będzie objaśniać, uprzystępniać prawdy wiary prawosławnej zarówno kolejnym katechumenom/konwertytom (których jest coraz więcej), jak i samym prawosławnym. Aby nauczanie było poprawne, efektywne (nie mylić z efektownym) i skuteczne, trzeba poznać prawosławne chrześcijaństwo „od podszewki”. Trzy lata studiów w seminarium, ewentualny ciąg dalszy studiów teologicznych w ChAT nie zapewniają pełnego, wszechstronnego doświadczenia życia jako prawosławnego chrześcijanina we współczesnym świecie. Kanony z pierwszych wieków chrześcijaństwa dopuszczają udzielanie święceń kapłańskich jedynie kandydatom, którzy ukończyli 30 lat życia. Niezbędne było nie tylko odpowiednie wykształcenie i przygotowanie, ale również wystarczające „życiowe doświadczenie”. Myślę, że to właśnie jest odpowiedź na Twoje pytanie: „czym zajmę się w międzyczasie”, pomiędzy konwersją a studiami i święceniami. Ponadto, kandydat na duchownego musi być przygotowany również na to, że nie będzie w stanie utrzymać siebie i rodziny z parafialnej posługi kapłańskiej. Niektóre parafie naszej Cerkwi są na tyle małe, że duchowni zmuszeni są podejmować jakąś dodatkowa „świecką” pracę. To również może być sposób na zdobycie głębszego „życiowego doświadczenia”. Znam duchownych, którzy przed studiami teologicznymi „z premedytacją” podejmowali inne studia, zdobywali jakieś umiejętności i doświadczenie, które chcieli ofiarować Cerkwi, aby mogły być pomocne zarówno w ich kapłańskiej posłudze, jak i w szerszym zaangażowaniu w różne sfery życia Cerkwi.
Próbując odpowiedzieć na pytanie o definicję utraty dziewictwa, wskazałbym na Jezusowe, ewangeliczne „uściślenie” dotyczące cudzołóstwa. W Ewangelii według Mateusza 5,27-28 czytamy: „Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa”. Cudzołóstwo to zdrada małżeńska, „utrata dziewictwa” przed wejściem w wiązek małżeński to inaczej „nierząd”. Napiętnowanie obu tych grzechów przez Cerkiew (np. kanon św. Bazylego Wielkiego zaleca nawet 12 lat ekskomuniki) wynika z Jej głębokiego przeświadczenia, że współżycie płciowe, seks zarezerwowany jest dla łoża małżeńskiego. Odpowiedź na pytanie czy opisany „akt stanowi już utratę dziewictwa czy nie” pozostawiam sumieniu pytającego. Biorąc pod uwagę słowa Jezusa Chrystusa trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie „co musi zajść, aby dziewictwo utracić”. Granica jest „płynna” i dużo może zależeć od okoliczności. Jak nie każde „wydłużone” spojrzenie na kobietę jest pożądliwie cudzołożne, tak nie każdy przejaw damsko-męskiego czułego zbliżenia musi być „kwalifikowany” jako nierządny… W obu przypadkach zalecana jest daleko posunięta ostrożność. O tym, czy w kontekście „utraty dziewictwa przed ślubem” święcenia kapłańskie będą udzielone, zdecyduje duchowny wysłuchujący spowiedzi kandydata do przyjęcia święceń…
Wszystko jedno kiedy. To nie ma to najmniejszego znaczenia. Dekoracje świąteczne nie są obowiązkowe.
Rozwijając: Podane daty mogą być związane z obserwacjami liturgicznymi (np. zmianą wystroju świątyń). To samo dzieje się w przypadku zachowywania kolorystyki ubraniowej przez wiernych (np. chustki, krawaty, koszule) w zależności od rodzaju święta lub okresu liturgicznego. Jest to bardzo indywidualny i lokalny temat, w żaden sposób nie warunkowany przez wskazania reguł liturgicznych czy monastycznych.
Wszystko, co odbywa się w miłości nie może być obligatoryjne, bo staje się przymusem, a nie przejawem wolnej woli. Post jest jednym ze sposób pokazania, że relacja z Bogiem jest dla nas ważna. Na przestrzeni wieków zostały wypracowane (szczególnie w środowiskach monastycznych) ogólne reguły postu, ale zawsze było obecne także indywidualne podejście. Proszę uzgodnić swój post z doświadczoną osobą duchowną i swoim lekarzem.
- W PAKP nie ma sformalizowanego okresu katechumenatu. Tę sprawę należy rozpatrywać indywidualnie z duchownym, który nas prowadzi.
- Z opisu wynika, że był to błogosławiony olej (z litii) lub olej z łampady zapalonej przed ikoną (świętego lub święta). Nie ma przeszkód, żeby w takim pomazaniu uczestniczyły osoby nieprawosławne, które są obecne na Boskiej Liturgii, i które przyjmują to jako znak błogosławieństwa.
- Historycznie antydor był rozdawany tylko wiernym, którzy nie przyjęli podczas Boskiej Liturgii Świętych Darów. Obecnie, w zależności od lokalnej tradycji, antydor rozdawany jest np.: wszystkim obecnym na Boskiej Liturgii; tylko tym, którzy są na czczo; tylko tym, którzy przyjęli Eucharystię. Istnieją też praktyki rozdawania antydoru osobom nieprawosławnym na znak chrześcijańskiej gościnności, braterstwa i miłości.
Nie spotkałem się z opisanymi sytuacjami. Wydaje mi się, że jeżeli nie przekracza to granic gry i nie wiąże się z chęcią profanacji, to nie jest to znieważenie. Budowanie modeli świątyń w komputerze może być częścią edukacji religijnej. Dużo zależy od intencji i pobożności graczy.
Rzeczywiście dokładną liczbę ludności prawosławnej w Polsce jest dość trudno określić. Wydawało by si, że dane ze Powszechnego Spisu Ludności powinny być najbardziej wiarygodne. Wydaje mi się jednak, że wielu prawosławnych niekoniecznie wypełniło rubrykę o przynależności religijnej/konfesyjnej. Trzeba pamiętać, że wielu z nas ciągle boi się ujawniania swojej tożsamości prawosławnej. Zaszłości historyczne powodują, że lepiej jest na ten temat nie mówić i nie ujawniać się. Pozostaje też obawa, że dokument z powszechnego spisu może być kiedyś użyty przeciwko nam. Zdeponowany on jest przecież w archiwach. Być może niektórzy też nie zauważyli tej rubryki w spisie. Tak więc pozostaje przypuszczenie, że jest nas w Polsce miedzy 156-500 tys.