śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 16 marca 2005

Chrystus - Lekarz: Prawdziwe znaczenie spowiedzi i namaszczenia Świętym Olejem

Temat naszego dzisiejszego spotkania to: „Chrystus, Dobry Lekarz”. Będę mówił głównie o spowiedzi, ale będę ją postrzegał jako sakrament uzdrowienia. W książce The Way of Ascetics (Droga ascetów) jej autor, Tito Colliander, zapisał rozmowę mnicha z laikiem.

0 czytelników poleca

Brak zdjęć

Temat naszego dzisiejszego spotkania to: „Chrystus, Dobry Lekarz”. Będę mówił głównie o spowiedzi, ale będę ją postrzegał jako sakrament uzdrowienia.

W książce The Way of Ascetics (Droga ascetów) jej autor, Tito Colliander, zapisał rozmowę mnicha z laikiem. Laik zwraca się do mnicha z pytaniem: „Czym zajmujecie się w monasterze?” Mnich odpowiada: „Upadamy i podnosimy się, padamy i powstajemy, padamy i znowu podnosimy się”. Dochodzi do tego nie tylko w monasterach. W upadłym i grzesznym świecie niezwykle ważnym przejawem naszej osobowości jest odczuwana przez nas potrzeba uzdrowienia, podniesienia się ze stanu upadku, potrzeba pokajania, przebaczania i uzyskania przebaczenia.

Rozpoczniemy nasze rozważania od znanego tekstu z piątego rozdziału listu św. Jakuba: „Cierpi kto wśród was? Niech się modli. Weseli się kto? Niech śpiewa psalmy. Choruje ktoś pośród was? Niech wzywa prezbiterów Kościoła i niech się modlą nad nim, namaszczając go olejem w imię Pana! A modlitwa wiary zbawi dotkniętego słabością i Pan mu ulży, a jeśliby popełnił grzechy, będą mu odpuszczone. Wyznawajcie więc jedni drugim grzechy i módlcie się wzajemnie za siebie, abyście zostali uzdrowieni” (Jkb 5,13-17).

Ten fragment to klucz, który otwiera bardzo ważne drzwi, to istotna wskazówka – namaszczenie chorych i spowiedź są ze sobą zasadniczo połączone jako nierozłączne przejawy jednego misterium uzdrowienia i przebaczenia. Każde z nich ma swą określoną rolę – jedno drugiego nie zastępuje, lecz wspólnie tworzą prawdziwą jedność. Tak więc być może najbardziej pomocnym sposobem rozpatrywania sakramentu spowiedzi jest postrzeganie go jako sakramentu uzdrowienia.

Sakramentalna spowiedź jaką znamy obecnie w Kościele prawosławnym stanowi połączenie dwóch elementów, które pierwotnie były zapewne odrębne. Przede wszystkim jest to udzielenie przebaczenia. Wiąże się to szczególnie z tekstem Ewangelii według św. Jana, w którym mowa o tym, jak zmartwychwstały Chrystus tchnął na Swych uczniów, udzielając im daru Ducha Świętego i powiedział: „Komu grzechy odpuścicie, temu są odpuszczone, a komu zatrzymacie, temu są zatrzymane” (J 20,22-23).

Zmartwychwstały Chrystus udzielił Swym uczniom mocy wiązania i odpuszczania grzechów – mocy prawnej. Ten obowiązek wiązania i odpuszczania został przez apostołów przekazany ich następcom, biskupom. W Kościele pierwszych wieków pokajanie i udzielanie rozgrzeszenia odbywało się publicznie; nie obejmowało wówczas indywidualnego udzielania rady czy porady. To było coś bardzo wyjątkowego. Miało się nadzieję, że z Bożego miłosierdzia nie trzeba będzie oddawać się pokucie. Wedle naszych współczesnych kryteriów nakładana wówczas na grzeszników pokuta była niezwykle sroga. Często trzeba bardzo wytężyć wyobraźnie, aby uświadomić sobie jak wyglądało życie w Kościele pierwszych wieków. Dla przykładu, za cudzołóstwo – mam na myśli seks pozamałżeński – św. Grzegorz z Nyssy naznacza pokutę 9 lat odłączenia od Komunii Świętej. Św. Bazyli jest nieco bardziej miłosierny i mówi o siedmiu latach bez Komunii Świętej. Ostatecznie, w VI i VII w. w prawie kanonicznym św. Jana Postnika, została ona ograniczona do dwóch lat. Wedle naszych kryteriów nawet ta może wydawać się niezwykle sroga. Czy gdziekolwiek w Kościele prawosławnym tego rodzaju pokuta jest dzisiaj zalecana?

Inny przykład to nieumyślne zabójstwo – weźmy przypadek spowodowania czyjejś śmierci w wypadku samochodowym. W Kościele pierwszych wieków nieumyślne odebranie komuś życia oznaczało dziesięć lat bez Komunii Świętej. Jeśli winowajca przestrzegał reguł ścisłego postu, św. Jan Postnik dopuszczał skrócenie tego okresu do lat trzech. Rodzice, których dziecko umarło nie ochrzczone, musieli żyć trzy lata bez Komunii Świętej. Przykłady tego rodzaju można mnożyć.

System publicznej pokuty, który istniał w Kościele pierwszych wieków to jedno ze źródeł naszej wiedzy o spowiedzi. Jest on jednak postrzegany jako coś wyjątkowego – nie była to stała część chrześcijańskiego życia wiernych, stosowana była jedynie w przypadkach naruszenia norm życia. Początkowo nie było to zagadnienie przewodnictwa duchowego.

Drugie źródło pochodzenia sakramentu spowiedzi w znanej nam dzisiaj postaci to praktyka porady duchowej. Po raz pierwszy stykamy się z nią w ruchu monastycznym w Egipcie, w IV wieku, jednak nie ma wątpliwości co do tego, że praktyka udzielania porady duchowej sięga aż do czasów apostolskich. Problem w tym, że z okresu przed pojawieniem się monastycyzmu bardzo niewiele o niej wiemy.

Na pustyni Egiptu, jak dowiadujemy się z Gerontikonu i Apoftegmatów (zwanych też Sentencjami Ojców Pustyni) ważną rolę odgrywało ujawnianie myśli. Uczeń zapewne codziennie udawał się do swego duchowego opiekuna, swego starca i otwierał przed nim swe serce. Mamy tu do czynienia z czymś zupełnie odmiennym od systemu publicznej pokuty. Przede wszystkim dochodzi do tego regularnie, a nie od czasu do czasu, w drodze wyjątku. W wielu ośrodkach monastycznych dochodzi do tego codziennie. Po drugie, jest to przedsięwzięcie prywatne, a nie publiczne. Przeprowadzane jest w warunkach poufności i nie angażuje ono bezpośrednio kościelnej hierarchii.

Duchowy ojciec – w kontekście monastycznym starzec – w rzeczywistości może być laikiem, a nie kapłanem. Św. Antoni Wielki nigdy nie został kapłanem, ale to właśnie on pod wieloma względami uformował prototyp monastycznego ojca duchowego. Św. Atanazy Aleksandryjski nazywa go lekarzem danym przez Boga całemu Egiptowi. Kapłanem nie był św. Symeon Studyta, duchowy ojciec żyjącego w XI w. św. Symeona Nowego Teologa. Kapłanem nie był św. Sylwan z Athosu. Na Świętej Górze Athos jest dzisiaj wielu ojców duchowych, którzy nie są kapłanami. Choć zdarza się to bardzo rzadko, duchowej porady może z pewnością udzielić chrześcijanin laik – mężczyzna lub kobieta – człowiek bez żadnych święceń monastycznych.

Gdy studiowałem w Magdalen College w Oksfordzie, był tam budzący grozę kościelny, opiekun kaplicy, niewysoki człowiek zwany Tallboy. Pamiętam dzień, w którym przybył nowy dziekan Wydziału Teologii i Tallboy z pewną dozą surowości, objaśniał mu wszystkie tradycje i zwyczaje panujące w kaplicy tej uczelni. W końcu nowy dziekan powiedział nieco nerwowo: „Dziękuję panie Tallboy, wyprowadzi mnie pan z błędu, gdy zrobię coś nie tak”. „Sir – odpowiedział Tallboy – wyprowadzę pana z błędu, zanim go pan popełni”.

Tak więc pierwsze prawo pokuty wyprowadza cię z błędu po tym, jak już go popełniłeś, podczas gdy pierwsze prawo ujawniania myśli wyprowadza cię z błędu, zanim się go dopuściłeś.

Podstawowa zasada monastycznego ujawniania myśli jest bardzo prosta. W taki oto sposób opisana jest w Gerontikonie, zbiorze sentencji Ojców Pustyni: Jeśli niepokoją cię nieczyste myśli, nie ukrywaj ich, lecz natychmiast powiedz o nich swemu duchowemu ojcu i potępiaj je. Im bardziej ktoś próbuje ukrywać swe myśli, tym bardziej się mnożą i nabierają mocy. Zła myśl ginie natychmiast, gdy jest ujawniana. Gdy ukrywasz jakieś rzeczy, zyskują nad tobą wielką moc, ale gdybyś tylko mógł w czyjejś obecności powiedzieć o nich przed Bogiem, wówczas słabną i tracą swą moc.

Proces ujawniania tego, co ukryte, zdecydowanie wspiera duchowa poradę. Oczywiście jest to również zasada współczesnej psychoterapii, jednak Ojcowie Pustyni stosowali ją na długo przed Freudem i Jungiem.

O ile przykład z publiczną pokutą jest przede wszystkim jurydyczny, przykład duchowej porady jest bardziej terapeutyczny, leczniczy. Spowiedź w znanej nam współcześnie postaci stanowi połączenie obydwu tych tendencji. Od IV w., wraz z pojawieniem się znacznie większej liczby chrześcijan, metoda publicznej spowiedzi była stosowana coraz rzadziej. W znacznie większych chrześcijańskich wspólnotach parafialnych osłabło zaufanie, które charakteryzowało je w pierwszych wiekach Kościoła. Wyjawianie grzechów poszczególnych członków publicznie, w obecności całej wspólnoty, zaczęło być skandalem. Od IV w. w coraz to większym stopniu spowiedź przestaje być publiczna i staje się indywidualnym spotkaniem biskupa z tym, który zgrzeszył. Co więcej, wraz ze wzrostem liczby chrześcijan, biskup nie był w stanie samodzielnie wymierzać praktyk pokutnych, więc przekazał ten obowiązek określonym kapłanom.

W Kościele prawosławnym w Grecji aż do dzisiaj tylko niewielka grupa kapłanów może wysłuchiwać spowiedzi wiernych. Nie uzyskuje jej każdy kapłan, niejako automatycznie, podczas przyjmowania święceń kapłańskich. W Epilogionie – księdze posług modlitewnych – znajduje się specjalny obrzęd mianowania kapłana na spowiednika i duchowego ojca. W greckiej tradycji duchowni zwykle nie wysłuchują spowiedzi wiernych dopóki nie otrzymają od biskupa specjalnego błogosławieństwa.

Zaraz po tym jak spowiedź i praktyki pokutne zaczęły być sprawowane indywidualnie, duchowny wyznaczony do zajmowania się tymi sprawami nie ograniczał się już jedynie do nakładania pokuty, ale zaczął udzielać swego rodzaju porady, pewnych leczniczych wskazówek. Tak więc od IV w. nakładanie pokuty w coraz to większym stopniu wchłania elementy omawianej wcześniej tradycji przewodnictwa duchowego.

Nigdy jednak nie doszło do ich całkowitego połączenia. Jak już powiedziałem, praktyka zwracania się do mnicha, który nie jest kapłanem, z prośbą o poradę i Boże przebaczenie, wcale nie zanikła.

Gdzie kładziemy podstawowy nacisk w naszym obecnym postrzeganiu spowiedzi? Czy umieszczamy go na przejawach pokuty, czy też duchowej porady? Czy rozpatrujemy spowiedź w kategoriach głównie jurydycznych i postrzegamy w niej Chrystusa jako Sędziego? Czy, z drugiej strony, odnosimy się do niej raczej w kategoriach terapeutycznych, zwracamy się do Chrystusa jako Dobrego Lekarza, Doktora? Czy pojmujemy grzech w kategoriach średniowiecznych, przede wszystkim jako naruszenie Prawa, czy też raczej postrzegamy grzech jako przejaw wewnętrznej choroby? Akcentujemy bardziej wiązanie i odpuszczanie, czy raczej uzdrowienie? Czy przystępowanie do spowiedzi kojarzymy z rozprawą w sądzie, czy raczej z pójściem do szpitala? Naszą odpowiedzią na te pytanie powinno być z pewnością stwierdzenie, iż prawda zawiera się w obu podejściach. One bynajmniej wzajemnie się nie wykluczają.

Pamiętam jak po raz pierwszy udałem się do Ameryki i jako wygłodzony student podróżowałem statkiem. W owych czasach – były to lata 1950. – podróżowanie samolotem było niezwykle drogie. Tylko bogacze mogli sobie na to pozwolić. Ci, którzy nie byli wystarczająco dobrze sytuowani, udawali się w pięciodniową wyprawę jednym z wielkich transatlantyckich liniowców. Pamiętam, że podróżowałem statkiem Queen Elizabeth. Opłata za pięciodniowe wyżywienie zawierała się w cenie biletu. Byłem zachwycony, gdy w dniu moich urodzin okazało się, że jadłospis zawierał długą listę potraw i wcale nie trzeba było ograniczać się do tylko jednej pozycji. Można było zamówić dowolną ilość dań. Na śniadanie nie trzeba było wybierać pomiędzy sokiem owocowym, płatkami zbożowymi albo owsianką – można było pozwolić sobie na wszystkie trzy. Jeśli na wzburzonych wodach Atlantyku ktoś miał jeszcze na to ochotę, można było delektować się jajecznicą oraz gotowanym łupaczem. Podczas obiadu ludzie przy moim stoliku wydali mi się bardzo małostkowi. Ograniczyli się jedynie do zupy, głównego dania i puddingu na deser. Ja zdecydowałem zawczasu, że po przystawkach i melonie przejdę do zupy, ryby i mięsa, a po deserze pozwolę sobie jeszcze na owoce, a później sery. Nie była to kwestia wyboru albo/albo, lecz raczej jedno i drugie/oraz.

Proponuję zatem abyśmy pod względem duchowym postępowali za przykładem luksusowego liniowca! Nie powinniśmy poddawać się odczuciu, że musimy rozważać na temat spowiedzi w kategoriach jurydycznych lub też jako uzdrowieniu, lecz powinniśmy łączyć oba te podejścia w jedną całość. Mimo to, muszę przyznać, że model terapeutyczny – postrzeganie spowiedzi jako przede wszystkim sakramentu uzdrowienia, przystępowanie do niego z myślą o przychodzenia do Chrystusa Lekarza – osobiście uważam za o wiele bardziej pomocny. Kapłan nie jest lekarzem, ale pomocą medyczną. Jeśli zadawana jest jakaś pokuta, nie jest to kara, a środek, który ma pomagać w powrocie do zdrowia, do polepszenia naszego stanu.

Podchodzenie do spowiedzi z jej terapeutycznym pojmowaniem oznacza oczywiście, że trzeba poświęcić jej nieco więcej czasu i nie wystarczą dwie czy trzy minuty. Moje własne doświadczenie wskazuje, że choć nasza parafia należy do raczej niewielkich, każda spowiedź wymaga średnio 15 minut, a w okresie Wielkiego Postu poświęcamy jej znacznie więcej czasu i może trwać nawet całą godzinę. Gdy kładziemy nacisk na element uzdrowienia, spowiedź jest mniej odpychająca. Staje się czasem prawdziwego otwierania serca.

Tym, co przynosimy Chrystusowi nie jest spis brudnych grzechów, ale my sami. Przynosimy nie tylko nasze grzechy, lecz naszą grzeszność, bowiem często to właśnie grzeszność jest o wiele głębsza niż określone uczynki, o których mówimy. Ale i tutaj nie izolujemy naszej grzeszności od całej naszej osobowości. Tym, co przynosimy Chrystusowi w spowiedzi jesteśmy my sami, a to może wymagać nieco dłuższego czasu.

Jeśli postrzegamy spowiedź jako uzdrowienie, musimy pamiętać, że wymaga czasu. Zwykle nie następuje ono natychmiast. Nie powinniśmy zatem przystępować do spowiedzi za każdym razem oddzielnie, bez odniesienia do wszystkich pozostałych podejść. Powinniśmy uświadomić sobie, że spowiedź jest zarówno wydarzeniem, jak też całym procesem. Przystępując do spowiedzi kilka razy z rzędu, w miarę możliwości do tego samego duchownego, stopniowo zmieniamy się, nawet jeśli wyraźnie nie odczuwamy, że podczas spowiadania się nastąpiło coś nadzwyczajnego. Z upływem czasu zauważamy jednak, że zostaliśmy uzdrowieni.

Jakże wiele ewangelicznych przypowieści Chrystusa mówi o powolnym, łagodnym, sekretnym wzroście niedostrzeganym przez nas, ale widocznym dla Boga? Pomyślmy na przykład o Mk 4,26-29. To jeden z bardzo niewielu fragmentów, które pojawiają się tylko u Marka i nie znajdziemy ich w żadnej innej księdze Ewangelii. Marek, mówiąc o żniwach, stwierdza, że najpierw pojawia się źdźbło, delikatna łodyga, a potem kłos. Później w kłosie pojawia się ziarno, strąk napełnia się zbożem, ale dochodzi do tego bardzo powoli i nie dostrzegamy, jak to się dzieje, choć z czasem zauważamy różnicę. Czyż nie sprawdza się to, bardzo często, w naszym własnym życiu duchowym? Z pewnością było tak w przypadku samego Marka, który zaczynał bardzo niepewnie. Paweł nie był z niego zadowolony i nie zabrał go ze sobą w drugą podróż misyjną. Jednak pod koniec swego życia Paweł informuje nas, że „tylko Marek jest ze mną”, a więc Marek poczynił postępy.

Sam Chrystus zauważa jak czasochłonny i wydłużony może być proces przebaczania. Powinniśmy wybaczać innym ludziom „siedemdziesiąt razy siedem”. Tak właśnie Chrystus często musi postępować z nami. Nie powinniśmy odczuwać zniechęcenia z powodu konieczności nazywania tego samego grzechu kilka razy z rzędu, za każdym razem gdy przystępujemy do spowiedzi. Czy oznacza to, że spowiedź okazuje się bezużyteczna? Czy oznacza to, że marnujemy swój czas i marnotrawimy czas duchownego? Niekoniecznie. Gdy wydaje nam się, że „chyba nie mogę pójść do spowiedzi, bo znów będę musiał(a) wyznawać tylko te same grzechy” – to z pewnością diabelska pokusa. Musimy zawrócić. Musimy wymieniać te grzechy za każdym razem. Zmiany następują powoli.

Podsumowując to, co powiedziałem o spowiedzi, chciałbym postawić pytanie: „Po co w ogóle chodzić do spowiedzi? Gdy zgrzeszyłem i zwracam się do Boga tego samego dnia w swej wieczornej modlitwie i z całkowicie szczerym sercem proszę Go o wybaczenie, czy od razu nie wybaczy mi moich grzechów? Po cóż zatem mam przystępować do spowiedzi?”

Moja odpowiedź jest potwierdzeniem tego przypuszczenia – Bóg rzeczywiście niezwłocznie wybacza nam nasze grzechy z chwilą gdy z pełną szczerością je wyznajemy, ale mimo to musimy przystąpić do sakramentu spowiedzi, i to z kilku powodów. Zasadniczo w spowiedzi uczestniczy nas troje: to ja, spowiadający się; kapłan, który jej wysłuchuje jako świadek; i Bóg – Chrystus Lekarz – który wybacza i uzdrawia.

Spróbujmy przyjrzeć się temu, co robi każda z tych osób.

Zacznijmy od spowiadającego się. Wcześniej cytowałem Apoftegmaty Ojców Pustyni – jeśli jakaś myśl pozostaje ukryta, stłumiona, przyczajona w nas, dysponuje wielką mocą. Jeśli jednak ją ujawniamy, traci swą moc nad nami. To pierwszy powód, dla którego powinniśmy chodzić do spowiedzi. Rzeczywiście, mogę wyznać swoje grzechy samodzielnie w swej wieczornej modlitwie, ale w wypowiedzianym słowie jest wielka siła. Gdy je uzewnętrzniam, gdy ujawniam to, co dotychczas pozostawało ukryte wewnątrz, być może tylko na wpół świadomie, wówczas zaczyna to istnieć obiektywnie i wtedy mogę się z tym uporać. Nie szacujmy zbyt nisko wpływu, jaki ma na nas mówienie o naszych sekretnych myślach i grzechach.

Misterium spowiedzi w obecności innego człowieka pogłębia się jako część naszego cerkiewnego nabożeństwa. Często czujemy się zaskoczeni, bowiem podczas spowiedzi mówimy o sprawach, których nazwanie po imieniu wydawało nam się ponad nasze siły. Niekiedy to właśnie podczas spowiedzi, gdy mówimy o sobie, wyjaśnia się całe nasze położenie. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy, co mamy do powiedzenia aż do chwili, kiedy w końcu o tym powiedzieliśmy. W ten sposób proces wypowiadania się może mieć twórczy wpływ.

Do spowiedzi powinniśmy się oczywiście przygotowywać. Ludzie, którzy obawiają się, że z powodu zawodnego charakteru naszej pamięci, czy też ze zdenerwowania, mogliby o czymś zapomnieć, mogą dla pewności zapisać niektóre rzeczy na karteczce. Zawsze jednak zniechęcam do wcześniejszego spisywania tekstu całej spowiedzi i odczytywania wszystkiego z kartki. Twórczy wysiłek dobierania słów powinien następować podczas samej spowiedzi. To samo, zwróćmy uwagę, odnosi się do wygłaszania homilii. Oczywiście powinniśmy się przygotować – to nie wskazane, aby po prostu wychodzić i mówić o tym, co przychodzi na myśl. Ogólnie rzecz biorąc, słuchający nie będą mieli z tego pożytku. Przed rozpoczęciem homilii trzeba mieć klarowne pojęcie o jej treści, o tym jak ma być rozwinięta jej główna myśl i można nawet poczynić jakieś notatki. Nie powinno się jednak odczytywać przygotowanego zawczasu tekstu słowo w słowo. W takich przypadkach twórcze działania następuje przy biurku, być może nawet kilka dni wcześniej – zgromadzeniu przekazywane są wówczas już tylko wypalone popioły. To nieco ostre stwierdzenie, ale to nie ja jestem jego autorem. Myślę, że pochodzi od św. Ignacego Brianczaninowa. To samo odnosi się do spowiedzi – jeśli chcesz, zrób kilka notatek, ale zawsze poszukuj słów już po przystąpieniu do sakramentu. W ten sposób w spowiedzi następuje twórcze działanie.

Tu dochodzimy do końca pierwszej kwestii – mocy wypowiadanego słowa, którą dysponuje spowiadający się. Przejdźmy teraz do roli duchownego. Pojawiają się tutaj dwa zagadnienia – jedno z nich bardziej oczywiste, drugie być może nieco mniej. Oczywiste jest to, że duchowny może udzielić nam porady. Wielu ludzi uważa, że właśnie to jest głównym powodem przystępowania do spowiedzi. W rzeczywistości powiedziałbym, że ważniejsze od udzielanej przez duchownego porady jest to, co czyni spowiadający się. Niemniej jednak porada kapłana może mieć decydujące znaczenie.

To niezwykłe, że stwierdzenia, które znajdujemy w odczytywanym tekście książki, często w żaden sposób nie zwracają naszej uwagi jako nadzwyczajne. Zareagowalibyśmy stwierdzeniem: „Przecież to oczywiste!” Jednak gdy te same słowa kierowane są do nas przez wysłuchującego naszej spowiedzi przed Bogiem duchownego, mogą nagle okazać się słowami palącymi ogniem. Słowa, które traktujemy abstrakcyjnie, wydają się zwyczajne i pospolite, podczas spowiedzi mogą nagle okazać się żywe. Jeśli jesteśmy na nie otwarci, mogą odmienić nasze życie.

Pamiętam pewien szczególny przypadek. W rosyjskim żeńskim monasterze w Londynie, który jako laik często odwiedzałem, był w podeszłym wieku duchowny, o. Jan, który nie lubił głosić kazań i wysłuchiwać spowiedzi. Zawsze był niezmiernie lakoniczny. Ograniczał się jedynie do kilku słów duchowej porady. Pewnego dnia kobieta, która często przychodziła do niego do spowiedzi, opowiadała mu jak zwykle drobiazgowo o swych sprzeczkach z mężem. „On powiedział to, a ja powiedziałam tamto, a wtedy on powiedział to, a ja odpowiedziałam mu, że całkowicie nie ma racji i powiedziałam to, to i to...” W końcu tej długiej relacji o. Jan spojrzał na nią i zapytał: „A czy to pomogło?” Po czym udzielił jej rozgrzeszenia. Te cztery słowa zmieniły jej życie? Nagle zauważyła, jak bardzo daremne było jej ciągłe sprzeczanie się o wszystko, ciągłe pyskowanie, nieodłączna chęć postawienia na swoim, wypowiedzenia ostatniego słowa. Nagle uświadomiła sobie, że „To wcale nie musi tak wyglądać”. Przestała tak postępować i zmieniła się. Te bardzo proste słowa porady wypowiedziane przez duchownego w formie pytania, całkowicie odmieniły jej życie.

Pamiętam też o przyjaciółce, która udała się do spowiedzi do jednego z greckich duchownych w londyńskiej katedrze. Była nieco zaskoczona, a początkowo nawet lekko urażona, ponieważ udzielona jej porada ograniczała się jedynie do pięciu słów. Duchowny stwierdził: „Nie poważne, ale zbyt wiele”, po czym udzielił jej rozgrzeszenia. W tym przypadku również doszło do dużej zmiany. Te słowa zmieniły jej stosunek do siebie samej.

Gdy przystępujemy do spowiedzi, słuchajmy bardzo uważnie, co mówi duchowny. Nie udziela nam wówczas jakiejś ogólnej porady, nie dzieli się z nami swymi spostrzeżeniami w odniesieniu do ludzkich problemów. On zwraca się do nas, przywołując Duch Świętego, aby nami kierował. Które z wypowiadanych wówczas słów kapłana są kierowanymi do nas słowami Ducha? Dowiemy się, jeśli będziemy naprawdę słuchać.

Pamiętam też, jak pewnego dnia, będąc jeszcze laikiem, udałem się do rosyjskiej cerkwi i chcąc przystąpić do spowiedzi zapytałem: „Który z duchownych mówi po angielsku?” Powiedziano mi: „Zwróć się do tamtego”. Tak też uczyniłem. Gdy wyznałem swoje grzechy, zaczął coś do mnie mówić, ale nic a nic z tego nie byłem w stanie zrozumieć. Zapytałem: „Czy moglibyście mówić po angielsku?” W odpowiedzi usłyszałem jego rozdrażnione stwierdzenie: „Przecież mówię po angielsku!” Nie był to obiecujący początek wzajemnej współpracy!

Tak więc nawet jeśli rola spowiadającego się jest ważniejsza od roli duchownego, jego duchowa porada często może wpłynąć na zmianę naszego życia, jeśli tylko jej na to pozwolimy. Nie wolno nam oczekiwać, że wszystkim zajmie się, wszystkiego dokona duchowny. Gdy Chrystus pojawił się pośród ludzi pozbawionych wiary, nie mógł dokonać tam żadnego cudu. Zawsze mamy tu do czynienia z relacją dwustronną. Jeśli ja, jako spowiadający się lub uczeń, nie jestem otwarty, wówczas duchowy ojciec nie będzie miał dla mnie uzdrawiającego słowa.

Rola duchownego w sakramencie spowiedzi jest ważna z jeszcze jednego powodu, o którym przeważnie chyba zapominamy. Kapłan jest przedstawicielem całej wspólnoty kościelnej. Pokajanie, jak zauważyliśmy wcześniej, było pierwotnie wydarzeniem publicznym. Wszystko odbywało się przed całą lokalną wspólnotą. Obecnie jest to przedsięwzięcie osobiste i przebiega na osobności, niemniej jednak duchowny dalej jest przedstawicielem całej wspólnoty. Nie istnieją grzechy całkowicie osobiste. Wszystkie grzechy są grzechami popełnionymi wobec naszych bliźnich, jak również przeciwko Bogu i przeciwko nam samym. W rzeczywistości są nimi moje najskrytsze nawet myśli, bowiem tym, którzy mnie otaczają, utrudniają podążanie za Chrystusem.

Wszystkie nasze osobiste grzechy mają negatywny wpływ na innych ludzi, choć oni sami mogą nie być tego wpływu świadomi. Tak więc, gdy przystępujmy do spowiedzi, przychodzimy prosić o przebaczenie nie tylko Boga, ale również wszystkie nasze siostry i braci, całą wspólnotę. Duchownego, który jest obecny jako świadek spowiedzi, postrzegamy zatem jako jej przedstawiciela.

Posłużę się przykładem. Słyszałem tę opowieść dwukrotnie, opowiadali ją dwaj zupełnie inni ludzie. Być może wydarzyło się to dwa razy. W tej opowieści pojawia się ktoś, kogo miałem zaszczyt spotkać i poznać osobiście, święty Kościoła prawosławnego, św. Jan Maksymowicz, który był biskupem Szanghaju, później przebywał we Francji, a w końcu w San Francisco.

Pewnego razu arcybiskup wysłuchiwał spowiedzi człowieka, który zwrócił się do niego z następującym stwierdzeniem: „Tak, wiem, że zgrzeszyłem. Zdaję sobie sprawę, że to, czego się dopuściłem jest złem, ale moje serce jest jak kamień – wcale nie odczuwam żalu, ani też nie mam żadnych wyrzutów sumienia”. Ta spowiedź odbywała się tuż przed Boską Liturgią i w cerkwi było już wielu ludzi. Arcybiskup Jan polecił temu człowiekowi: „Pójdź teraz na środek cerkwi, uklęknij przed wszystkimi, poproś ich o przebaczenie i przyjdź tutaj z powrotem”. Mężczyzna wykonał polecenie. Gdy uklęknął i poprosił wszystkich zebranych o przebaczenie, nastąpiła w nim nieoczekiwana zmiana. Skamieniałość jego serca nagle znikła. Coś, co powstrzymywało łzy skruchy, nagle ustąpiło, zaczął opłakiwać swoje grzechy, po czym otrzymał rozgrzeszenie. To przykład wielkiego znaczenia duchownego jako przedstawiciela wspólnoty. Musimy prosić o przebaczenie nasze siostry i braci w Chrystusie.

W tym miejscu przyłączam się do słów ostrzeżenia wypowiedzianych przez o. Aleksandra Mienia. W nadmiernym akcentowaniu roli ojca duchowego kryje się, moim zdaniem, ogromne niebezpieczeństwo. Ludzie czytają doprawdy cudowny fragment literatury pięknej, jakim jest opowieść Dostojewskiego o starcu Zosimie i zaraz zaczyna im się wydawać: „Tak też pewnie będzie i ze mną. Znajdę sobie duchowego ojca, który będzie znał moje myśli, zanim jeszcze mu o nich powiem. On zmieni całe moje życie jednym uzdrawiającym słowem”. Cóż, w przypadku wielu z nas do czegoś takiego nigdy nie dochodzi.

Duchowni, którzy sprawują duszpasterską posługę w parafii i wysłuchują spowiedzi ludzi pozostających w związkach małżeńskich, muszą bardzo uważać na to, aby nie wymagać od laików posłuszeństwa stosownego jedynie w monasterze. Niebezpieczeństwo może stanowić parafialny duchowny, który poddaje się myśli: „Muszę być jak św. Serafim z Sarowa, muszę być starcem Zosimą”. Tego rodzaju duchowi ojcowie są bardzo rzadkimi wyjątkami nawet w monasterach. Jako kapłani nie powinniśmy zbyt pośpiesznie przypisywać sobie autorytetu obdarzonego charyzmatem starca. Być może jestem św. Serafimem z Sarowa, a może wcale nim nie jestem.

Tak więc podstawowym zadaniem duchowego ojca – szczególnie pośród laików, ale odnosi się to również do monasterów – jest pomoc innym w odkrywaniu swej wolności. Nie chodzi o to, aby mówili im, co powinni robić, ale pomagali im, przy użyciu ich własnej wolności, w stawaniu przed Bogiem w pełni ich własnej świadomości i w podejmowaniu uzasadnionej decyzji.

Bardzo często ludzie przychodząc do duchowego ojca, oczekują, że to on zadecyduje za nich, a być może odpowiedzią na ich oczekiwanie jest stwierdzenie, iż to oni sami muszą podjąć decyzję. Ojciec duchowy może pomóc im dostrzec, co jest ich problemem.

Pamiętam jak o. Sofroniusz opowiadał o tym, jak do przychodzących odnosił się św. Sylwan z Athosu. Stwierdził, że starzec Sylwan prawie nigdy nie mówił nikomu dokładnie, co ma zrobić, prawie nigdy nie wydawał poleceń. O wiele częściej zadawał pytania – bardzo starannie dobrane pytania – ale nigdy nie rozkazywał. Chciał aby ludzie myśleli sami o sobie. O. Sofroniusz powiedział, że jeśli starzec Sylwan udzielał jakiejś bardziej dokładnej porady, często rozpoczynał zdanie od słowa: „Jeśli”. Innymi słowy, próbował pomóc ludziom dostrzec związki, chciał aby zauważyli, że skoro coś uczynili, doprowadziło to do czegoś innego i w naszym duchowym życiu pojawił się łańcuch przyczyn i skutków. Próbował pomóc ludziom dostrzec, jak wszystko jest ze sobą powiązane, jak jedno prowadzi do drugiego. Ciągle jednak decyzję pozostawiał właśnie tym, którzy do niego przychodzili.

Jeśli ktoś przychodzi do mnie i mówi: „Powiedz mi co powinienem zrobić”, moją odpowiedzią jest stwierdzenie: „To nie jest prawdziwe pytanie. O tym co powinieneś zrobić możesz dowiedzieć się jedynie wówczas, gdy o wiele dokładniej przyjrzysz się istniejącym możliwościom i sprawdzisz jakie są alternatywy. Wówczas będziesz w stanie zacząć dokonywać wyboru. Ktoś, kto zadaje całkiem abstrakcyjne pytanie «Co mam zrobić?» nie jest gotowy do uzyskania odpowiedzi”. Ojciec duchowy nie wydaje rozkazów, nie jest prawodawcą. Ciągle czytamy o tym w Apoftegmatach Ojców Pustyni. Czasem może on jednak pomóc ludziom w ustaleniu jakie jest ich pytanie.

Celem spowiedzi jest szkoła uzdrowienia. Powiedziałem już o roli spowiadającego się i o roli duchownego w spowiedzi. Trzecią i zdecydowanie najważniejszą ze wszystkich, uczestniczących w niej osób, jest Bóg.

Spowiedź jest sakramentem, misterium. Działa w niej łaska Boża. Podobnie jak wszystkie inne sakramenty, spowiedź jest Bożym działaniem, do uczestnictwa w którym zapraszani są, zarówno spowiadający się, jak i duchowny.

Do spowiedzi odnosi się również to, co św. Jan Chryzostom nauczał o Boskiej Liturgii: „Kapłan jedynie użycza swych rąk i języka. Wszystko dokonywane jest przez Ojca, Syna i Ducha Świętego”. Gdy na zakończenie spowiedzi kapłan nakłada swój epitrachelion i swą dłoń na głowie spowiadającego się, jest to dłoń samego Chrystusa, który nakłada tę dłoń na głowę przystępującego do spowiedzi. Uwidacznia się to bardzo wyraźnie w napomnieniu pojawiającym się na początku rosyjskiego rytu sakramentu spowiedzi: „Chrystus niewidzialnie stoi tu przed nami i przyjmuje twą spowiedź [...] ja jestem tylko świadkiem, składającym Mu świadectwo o wszystkim, co masz mi do powiedzenia”.

Oto powody, które według mnie wyjaśniają, dlaczego powinniśmy przystępować do spowiedzi.

Pozwólcie, że zakończę cytatem, zapożyczonym nie od prawosławnego, lecz od protestanckiego autora, protestanta, luteranina, Dietricha Bonhoeffera. Mówiąc o spowiedzi, stwierdza: „Któż, nie poddając się cierpieniu utraty, może odrzucić pomoc, którą Bóg uznał za niezbędne nam okazać?”

[Niniejszy tekst to jeden z 6 rozdziałów najnowszej książki biskupa Kallistosa Ware p.t. „Misteria uzdrowienia”. Jej wydawcą jest Prawosławna Diecezja Lubelsko-Chełmska. Więcej informacji i całą książkę znajdziesz w sklepiku www.cerkiew.pl]

— bp Kallistos (Ware), tłum. o. Włodzimierz Misijuk

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze z Polski

wszystkie →