śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 15 marca 2005

Prawosławne rozumienie pokajanija

Jeden z 12 rozdziałów pierwszego tomu dzieł zebranych bp. Kallistosa "Królestwo wnętrza" opisujący prawosławne pojęcie sensu pokajanija

0 czytelników poleca

Brak zdjęć

To życie zostało nam dane po to, by się kajać.
Nie marnuj go na nic innego.
Św. Izaak Syryjczyk

Pokajanie jest głębokim zrozumieniem
"Pasterz" Hermasa

Początek Dobrej Nowiny

Zarówno św. Jan Chrzciciel jak i Pan nasz Jezus Chrystus rozpoczynają swoje nauczanie dokładnie tymi samymi słowami: „Nawróćcie się, albowiem przybliżyło się Królestwo Niebios” (Mt 3,2; 4,17). Taki w właśnie jest początek Dobrej Nowiny - pokajanie. Bez pokajania nie można dostąpić nowego życia, zbawienia, ani wejść do Królestwa.

Przechodząc od Pisma Świętego do Ojców, znajdujemy tę samą prawdę niezwykle silnie podkreśloną. Zapytany o to, co robi na pustyni, abba Milesios odpowiada; „Przyszedłem tu, żeby opłakiwać moje grzechy”. Tego rodzaju pokajanie nie jest tylko stanem przygotowawczym, wstępem, lecz trwa całe życie. Gdy abba Sisoes leżał na łożu śmierci, otaczający go uczniowie widzieli, jak z kimś rozmawia. Starcy zapytali go: „Z kim rozmawiasz, ojcze?” On zaś odpowiedział: „Oto aniołowie przyszli, aby mnie zabrać, a ja proszę ich o trochę więcej czasu na po¬kajanie”. „Nie potrzebujesz kajać się” - powiedzieli zebrani. „Zaprawdę - odpowiedział starzec - nie mam świadomości, żebym chociaż uczynił początek”. Św. Marek Mnich podkreśla: Nikt nie jest tak dobry i miłosierny jak Bóg, ale nawet On nie przebacza tym, którzy odrzucają pokajanie. [...] Wszystkie przykazania Boże można sprowadzić do jednej zasady pokajania. [...] Nie jesteśmy potępieni za ilość naszych wykroczeń przeciwko przykazaniom, lecz za naszą odmowę pokajania [...]. Dlatego, czy to wielkie, czy małe, pokajanie pozostaje nie dokończone aż do chwili śmierci.

„Pan nasz Jezus Chrystus - mówi abba Izajasz ze Sketis -nakazał nam nieustannie kajać się, aż do ostatniego naszego tchnienia. Gdyby nie było pokajania, nikt nie zostałby zbawiony”. Św. Izaak Syryjczyk uczy natomiast: „W każdej chwili dwudziestu czterech godzin dnia stoimy w obliczu potrzeby pokajania”.

Przewodnicy duchowi bliższych nam czasów również przypisują pokajaniu decydującą rolę. Gdy wiek XIX zbliżał się ku końcowi, św. Jan z Kronsztadu w swym duchowym pamiętniku Moje życie w Chrystusie zapisał: „Nasza modlitwa składa się głównie ze skruchy i żalu”. Ojciec Serafim Papakostas, przywódca greckiego ruchu Zoe w latach 1927-1954, najbardziej znaną z wielu swych prac rozpoczyna tymi słowami: W każdym stuleciu, a szczególnie w obecnym, bardzo nie¬pewnym i niespokojnym wieku nic nie jest bardziej istotne niż pokajanie. Często nie ma niczego, za czym człowiek tęskni jeszcze bardziej; lecz nie jest w pełni świadom tego, czego naprawdę chce.

Godne uwagi jest to, że modlitwa Jezusowa - używana dzisiaj bez porównania szerzej niż pięćdziesiąt lat temu - jest szczególną (aczkolwiek nie wyłącznie) modlitwą kajalną, szczególnie w swej rozwiniętej formie: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznym”.

Pamiętając o ciągłej konieczności pokajania, powinniśmy głęboko zastanowić się nad sposobem, w jaki przedstawiamy prawosławie na współczesnym Zachodzie. Istnieje bowiem skłonność do skupiania uwagi tylko na jednym z jego aspektów. Mówimy o chwale Bożej światłości w czasie Przemienienia Pańskiego, o znaczeniu tryumfu Zmartwychwstania w noc Paschalną; mówimy o radości Królestwa, o duchowym pięknie ikon, o Boskiej Liturgii jako inauguracji Wieku, który ma nadejść. Słusznie wszystko to podkreślamy. Uważajmy jednak, abyśmy nie byli jednostronni. Przemienienie i Zmartwychwstanie są nierozerwalnie połączone z Ukrzyżowaniem. Jako chrześcijanie jesteśmy naprawdę świadkami „niezmiernie wielkiej radości” (Mt 2,10) Ewangelii, ale nie wolno nam zapominać o tym, że to „przez Krzyż radość zajaśniała całemu światu” (Jutrznia Niedzieli). Kosmiczne przemienienie może być zrealizowane jedynie przez samowyrzeczenie i ascetyczny post.

Głębokie zrozumienie

Ale co właściwie rozumiemy przez pokajanie? Zwykle jest ono pojmowane jako żal za grzech, poczucie winy, uczucie smutku i przerażenia na skutek ran, jakie zadaliśmy innym i sobie. Taki pogląd jest jednak niebezpiecznie wręcz niepełny. Smutek i przerażenie rzeczywiście są istotnymi elementami pokajania, lecz nie oddają wszystkiego ani też nie stanowią najważniejszej jego części. Do sedna sprawy zbliża nas refleksja nad dosłownym znaczeniem greckiego terminu metanoia, oddawanego w niniejszym tłumaczeniu jako pokajanie. Oznacza on „zmianę sposobu myślenia” - nie tylko żal za przeszłość, ale gruntowną zmianę naszego postrzegania świata, nowy sposób patrzenia na siebie samych, na innych ludzi i na Boga. Według słów „Pasterza” Hermasa - jest to „głębokie zrozumienie”. Głębokie zrozumienie, ale nie koniecznie kryzys uczuciowy. Pokajanie nie jest napadem wyrzutów sumienia, czy użalania się nad sobą, lecz nawróceniem, ponownym skupieniem naszego życia na Trójcy Świętej.

Jako „nowy rozum”, nawrócenie, ponowne skupienie się na Bogu, pokajanie ma charakter pozytywny, a nie negatywny. Jak mówi św. Jan Klimak: „Pokajanie jest córką nadziei i odrzuceniem rozpaczy”. Nie jest ono zwątpieniem, lecz żarliwym oczekiwaniem; nie jest ono uczuciem znajdowania się w sytuacji bez wyjścia, lecz oznacza wychodzenie z niej. Nie jest to nienawiść do siebie, ale afirmacja - potwierdzenie mego prawdziwego „ja” stworzonego na obraz Boga. Kajać się znaczy patrzeć w górę, na miłość Bożą, a nie w dół, na swe wady i przewinienia; nie wstecz, z wyrzutami do samego siebie, ale do przodu, z ufnością. Czynić pokutę, to widzieć nie to, kim się nie stałem, ale kim przez łaskę Chrystusa ciągle jeszcze mogę się stać.

Rozumiane w tak pozytywny sposób pokajanie nie sprowadza się do pojedynczego czynu, lecz oznacza ciągłą postawę. W osobistym doświadczeniu każdego człowieka bywają decydujące chwile nawrócenia i opamiętania, jednak w obecnym życiu dzieło pokajania zawsze pozostaje niepełne. Owo zwracanie się ku Bogu, czy też ponowne skupianie się na Nim musi być ciągle ponawiane. Jak uświadomił to sobie abba Sisoes, „zmiana sposobu myślenia” aż do chwili śmierci musi być coraz bardziej stanowcza, a „głębokie zrozumienie” - coraz bardziej wyczerpujące. Jak ujął to św. Teofan Zatwornik: „Pokajanie jest punktem zwrotnym i podwaliną naszego nowego życia w Chrystusie; musi nam towarzyszyć nie tylko na początku, ale przez cały czas naszego wzrastania w tym życiu, pogłębiając się w trakcie naszej drogi”.

Pozytywny charakter pokajania staje się wyraźnie widoczny, kiedy zastanowimy się nad tym, co poprzedza cytowane wyżej słowa Chrystusa: „Nawróćcie się, albowiem przybliżyło się Królestwo Niebios”. W poprzedzającym te słowa wersecie, ewangelista cytuje św. proroka Izajasza: „Lud, który chodził w ciemności ujrzał światłość wielką; i tym, którzy siedzieli w krainie cienia śmierci, rozbłysła światłość” (Iz 9,2). Taki właśnie jest bezpośredni kontekst przykazania Pana naszego o pokajaniu. Poprzedza je nawiązanie do „wielkiej światłości” jaśniejącej nad tymi, którzy znajdują się w ciemności; zaraz po nim następuje wzmianka o bliskości Królestwa. Pokajanie jest zatem oświeceniem, przejściem z ciemności w światłość. Kajać się - to otwierać oczy na duchowy blask Bożej światłości, to nie przesiadywanie w mroku przygnębienia, ale powitanie brzasku poranka. Pokajanie ma również wymiar eschatologiczny - jest otwarciem na Rzeczy Ostateczne, które nie odnoszą się jedynie do przyszłości, ale są obecne już teraz. Pokajać się to zdać sobie sprawę z tego, że Królestwo Niebios jest w nas, działa pośród nas i jeśli tylko zaakceptujemy jego nadejście, wszystko stanie się dla nas odnowione.

Ten związek pomiędzy pokajaniem, a nadejściem wielkiej światłości jest szczególnie ważny. Dopóki nie ujrzymy światłości Chrystusa, nie jesteśmy w stanie dostrzec swych grzechów. Dopóki pokój pogrążony jest w ciemności, mówi św. Teofan Zatwornik, nie widać żadnego brudu, ale gdy wnosimy tam silne światło - to jest, gdy w głębi serca stajemy przed Bogiem - zauważalny staje się każdy pyłek kurzu. Podobnie dzieje się z komnatą naszej duszy. Kolejność nie jest taka, że najpierw powinniśmy kajać się, a dopiero później stajemy się świadomi Chrystusa; dopiero po tym, jak światłość Chrystusa w pewnym stopniu wkroczyła już w nasze życie, zaczynamy prawdziwie pojmować naszą grzeszność. Kajać się, mówi św. Jan z Kronsztadu, znaczy wiedzieć, że w naszym sercu tkwi kłamstwo. Jak jednak można dostrzec obecność kłamstwa zanim nie posiadło się zdolności poczucia prawdy? Jak twierdzi E. I. Watkin: „Grzech [...] jest cieniem, brakiem światła Bożego przesłoniętego przez najmniejszą nawet ingerencję naszej woli, która uniemożliwia mu oświecenie duszy. W ten sposób poznanie Boga wywołuje poczucie grzeszności, a nie na odwrót”. Jak zauważają Ojcowie Pustyni: „Im bardziej człowiek zbliża się do Boga, tym lepiej, wyraźniej dostrzega swoja grzeszność”. Jako przykład cytują św. proroka Izajasza - najpierw widzi on Pana na Jego tronie i słyszy Serafy śpiewające „Święty, Święty, Święty”, a dopiero po tym widzeniu woła: "Biada mi! Zginąłem, bo jestem człowiekiem nieczystych warg" (Iz 6,1-5).

Taki właśnie jest początek pokajania - obraz piękna, a nie brzydoty; świadomość Bożej chwały, a nie mego własnego brudu. „Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni” (Mt 5,4) - pokajanie nie oznacza jedynie opłakiwania naszych grzechów, lecz także „ukojenie” czy „pocieszenie” (gr. paraklesis), które wypływa z niezachwianej wiary w Boże przebaczenie. Owe „głębokie zrozumienie” albo „opamiętanie”, o których mówi pokajanie, polega na uświadomieniu sobie, że światłość jaśnieje w ciemności i ciemność nie pochłania jej (J 1,5). Innymi słowy, kajać się znaczy zdawać sobie sprawę z tego, że istnieje zarówno dobro, jak i zło, zarówno miłość, jak i nienawiść oraz przyznać, że dobro jest silniejsze, wierzyć w ostateczne zwycięstwo miłości. Człowiek, który się kaja, przyznaje, że Bóg naprawdę posiada cudowną moc wybaczania grzechów. Wraz z przyjęciem tego cudu przeszłość nie stanowi dłużej ciężaru nie do uniesienia, bowiem przestaje być postrzegana jako nieodwracalna. Boże przebaczenie przerywa łańcuch przyczyn i skutków, i wyzwala nas od zasupłanych w ludzkim sercu węzłów, których sami nie jesteśmy w stanie rozluźnić. Wielu odczuwa żal za swoje przeszłe czyny, lecz w beznadziejnej rozpaczy stwierdza: „Nie mogę wybaczyć sobie tego, co zrobiłem”. Niezdolni, by wybaczyć samym sobie, nie są również w stanie uwierzyć, że Bóg im wybacza, tak jak robią to również inni ludzie. Pomimo natężenia ich bólu i udręki, nie zaczęli oni jeszcze kajać się. Nie osiągnęli jeszcze owego <„głębokiego zrozumienia”, przez które człowiek wie, że w ostateczności zwycięża miłość. Nie przeszli jeszcze stadium opamiętania, które zawiera się w stwierdzeniu: Bóg mnie przyjmuje; tym zaś, o co jestem proszony jest uznanie faktu, że jestem przyjęty. Właśnie to jest istotą pokajania.

Postna wiosna

Prawdziwa natura pokajania stanie się bardziej zrozumiała, kiedy weźmiemy pod rozwagę jego trzy charakterystyczne przejawy w życiu Kościoła prawosławnego - najpierw rozważymy pobieżnie liturgiczne przejawy pokajania w okresie Wielkiego Postu, po czym nieco dokładniej jego sakramentalne wyrażenie w misterium spowiedzi, a w końcu jego personalny przejaw w darze łez. We wszystkich trzech wypadkach wyraźnie widoczna jest pozytywna, oświecająca natura pokajania.

W odniesieniu do Wielkiego Postu, zważmy na porę roku, na którą przypada: nie jesienią pośród mgieł i opadających liści; nie zimą, gdy ziemia jest martwa i zamarznięta; ale na wiosnę, kiedy mrozy dobiegają końca, dni stają się dłuższe, a cała przyroda wraca do życia. Słowami Triodionu:

Zajśniaia wiosna postu - kwiat pokajania zaczął się rozwijać.
Bracia, oczyśćmy się zatem od wszelkiej nieprawości,
A Dawcy Światła zaśpiewajmy, wołając:
Chwalą Tobie, Jedyny miłujący ludzi.

Wielkopostny okres pokajania to czas radości, a nie przygnębienia i zniechęcenia. Post jest duchową wiosną, pokajanie - otwierającym się kwiatem, a Chrystusa poznajemy w Wielkim Poście jako „Dawcę światła”. Smutek, który odczuwany w czasie Wielkiego Postu to, zgodnie ze słowami św. Jana Klimaka, „radosny smutek”.

Sakrament pokajania

Doświadczenie pokajania odczuwamy ze szczególną siłą w sakramencie Spowiedzi. Podsumowanie znaczenie tego „misterium” możemy odnaleźć w krótkim pouczeniu, kierowanym przez duchownego do przystępującego do spowiedzi w rosyjskim rycie przygotowania do tego sakramentu [podkreślenia pochodzą od autora - przyp. tłum.]:

Dziecię, oto Chrystus niewidzialnie stoi tutaj i przyjmuje twoją spowiedź. Nie wstydź się i niczego się nie obawiaj, i niczego przede mną nie ukrywaj, ale wyznaj mi bez wahania wszystko, co zrobiłeś, a w ten sposób otrzymasz przebaczenie od Pana naszego Jezusa Chrystusa. Oto Jego święta ikona przed nami, a ja jestem tylko świadkiem składającym Mu świadectwo o wszystkim, co masz mi do powiedzenia. Jeśli cokolwiek przede mną ukryjesz, będziesz miał jeszcze większy grzech. Uważaj zatem, abyś przyszedłszy do lecznicy, nie odszedł nie uleczonym.

Parafrazując te słowa, św. Tichon Zadoński pisze: Udzielając pouczeń o sakramencie Pokajania duchowny powinien zwracać się do pokutującego w ten oto sposób: Moje dziecko, spowiadasz się przed Bogiem, któremu nie podoba się żaden grzech, a ja, Jego sługa, jestem niegodnym świadkiem twego pokajania. Nie ukrywaj niczego, nie wstydź się i nie obawiaj, dlatego, że jest nas tu tylko trzech - ty, ja i Bóg, przed którym zgrzeszyłeś, który zna wszystkie twoje grzechy i sposób, w jaki zostały popełnione. Bóg jest wszędzie i cokolwiek złego zrobiłeś, powiedziałeś czy pomyślałeś, On był tam i wszystko o tym wie. Teraz jest tutaj z nami i czeka na twoje słowa pokajania i spowiedzi. Ty też znasz wszystkie swoje grzechy. Nie wstydź się mówić o wszystkim, co uczyniłeś. A ja, który tu z tobą stoję, jestem takim samym jak ty grzesznikiem. Zatem nie wstydź się wyznać swoje grzechy w mojej obecności.

Duchowny mówi: „przyszedłszy do lecznicy”; równie dobrze moglibyśmy użyć innego przekładu tego tekstu i powiedzieć: „przyszedłszy do jedynego Lekarza”. Oznacza to, iż w misterium spowiedzi powinniśmy dostrzegać Chrystusa jako Sędziego, który zdejmuje z nas wyrok potępienia; co więcej, po¬winniśmy zarazem widzieć w Chrystusie Lekarza uzdra¬wiającego to, co chore i odnawiającego życie. Sakrament ten powinien być rozpatrywany głównie nie w kategoriach prawnych, ale leczniczych, terapeutycznych. Przede wszystkim jest to sakrament uzdrowienia. Znaczącym jest, że w niektórych komentarzach liturgicznych sakramenty spowiedzi i namaszczenia chorych traktowane są nie jako dwa oddzielne sakramenty, lecz jako uzupełniające się przejawy tego samego „misterium” leczenia. Tym, do czego dążymy w spowiedzi jest coś więcej niż tylko zewnętrzne, formalne rozgrzeszenie. Przede wszystkim pragniemy uzdrowienia naszych głębokich duchowych ran. Tym, co ujawniamy przed Chrystusem nie są tylko poszczególne grzechy, ale także fakt naszej dogłębnej wewnętrznej grzeszności - dogłębnego zepsucia, którego nie da się w pełni wyrazić słowami i które zdaje się wymykać naszej świadomości i woli. Nade wszystko prosimy o uleczenie tej słabości. Jako sakrament uzdrowienia, Spowiedź nie jest bynajmniej narzuconą nam przez sakralny autorytet bolesną koniecznością, ale działaniem pełnym radości i zbawczej łaski. Poprzez Spowiedź dowiadujemy się, że Bóg w rzeczywistości jest „nadzieją pozbawionych nadziei” (Liturgia św. Bazylego Wielkiego).

„Jest nas tu tylko trzech” - duchowny, pokutujący i Chrystus - Lekarz. Co czyni każdy z nich i czyje działanie jest najważniejsze? Wielu z nas skłonnych jest kłaść największy nacisk na to, co robi duchowny, na jego porady i słowa otuchy. Jeśli nie mówi niczego elokwentnego czy zaskakującego, skłonni jesteśmy przypuszczać, że osiągnęliśmy niewiele, lub w ogóle nic. Inni wyolbrzymiają drugi aspekt - swoją własną rolę. Wyobrażają sobie, że muszą być do głębi poruszeni emocjonalnie, chociaż, jak już powiedzieliśmy, pokajanie nie jest przede wszystkim sprawą uczuć. Ze względu na to, że kładą oni główny nacisk na własne wysiłki, postrzegają spowiedź w ponurych, zimnych i zniechęcających barwach, jako coś, przez co trzeba przejść i mieć to za sobą, coś koniecznego, ale przykrego i nieprzyjemnego jak zimna kąpiel. W rzeczywistości ani duchowny, ani też pokutujący, lecz Bóg podejmuje tu najważniejsze działanie. Choć od pokutnika wymagane jest polegające na samoocenie przygotowanie i wnikliwe przebadanie własnego sumienia, ostatecznie i tak przychodzi on do spowiedzi z niczym, z pustymi rękoma, całkowicie bezradny, świadom tego, że nie jest w sianie wyleczyć się samodzielnie; z prośbą o uzdrowienie zwraca się do kogoś innego. Tym, którego błaga o pomoc nie jest duchowny, lecz Bóg. Duchowny jest tylko świadkiem, który składa przed Bogiem świadectwo tego, z czym przychodzimy. Używając nieco innej analogii, duchowny to tylko „odźwierny Boga”, wprowadzający nas w Bożą obecność; można porównać go do pracownika szpitalnej recepcji lub asystenta na sali operacyjnej, gdzie chirurgiem jest Sam Chrystus. Spowiadamy się przed Chrystusem, a nie przed duchownym („Chrystus stoi tu niewidzialnie i przyjmuje twoją spowiedź”) i to właśnie od Chrystusa, a nie od duchownego przychodzi przebaczenie („otrzymasz przebaczenie od Pana naszego Jezusa Chrystusa”).

Gdy tylko uznamy spowiedź za działanie Chrystusa, a nie nasze własne, zaczniemy pojmować sakrament pokajania w o wiele bardziej pozytywny sposób. Stanowi on doznanie uzdrawiającej miłości Bożej i przebaczenia, a nie wyłącznie naszego własnego rozpadu i słabości. Powinniśmy widzieć nie tylko syna marnotrawnego, który w bólu i trudzie pokonuje swą długą drogę do domu, lecz również ojca, który dostrzega go, gdy ten ciągle jest jeszcze bardzo daleko i wybiega mu na spotkanie (Łk. 15.20). Jak ujmuje to Tito Colliander: „Kiedy stawiamy jeden krok ku Panu, On robi dziesięć w naszą stronę”. Właśnie tego doświadczamy podczas spowiedzi. Podobnie jak wszystkie sakramenty, spowiedź jest połączonym Bożym i ludzkim działaniem, w którym dochodzi do zjednoczenia i „współpracy” (gr. synergeia) miedzy łaską Boga i naszą wolną wolą. Obie są niezbędne, ale to, czego dokonuje Bóg ma nieporównywalnie większe znaczenie.

Pokajanie i Spowiedź nie są zatem czymś, czego dokonujemy sami lub z pomocą duchownego, lecz działaniem Boga w nas i z nami - tj. spowiednikiem i spowiadającym się. Jak mówi św. Jan Złotousty: "Zastosujmy wobec siebie to zbawcze lekarstwo (gr. pharmakon) pokajania, przyjmijmy od Boga uzdrawiające nas pokajanie. Albowiem to nie my przynosimy je Mu w ofierze, ale On obdarza nim nas". Trzeba pamiętać, że greckie stówo exomologesis oznacza zarówno wyznanie grzechów, jak i dziękczynienie za otrzymane dary.

Jaki zatem jest udział duchownego w tym wspólnym działaniu? Z jednej strony, jego władza ma bardzo szeroki zasięg. Wielkie znaczenie roli duchownego potwierdzi każdy, kto doznał błogosławieństwa łączności ze spowiednikiem obdarzonym łaską prawdziwego duchowego ojcostwa (starczeswo). Jego rola nie sprowadza się jedynie do udzielania rad. Udzielane przez niego rozgrzeszenie nie działa automatycznie. Może on zarówno wiązać jak i rozwiązywać. Jest w stanie powstrzymać się od udzielenia rozgrzeszenia - chociaż zdarza się to niezwykle rzadko - albo nałożyć pokutę (gr. epitimion) zabraniając pokutnikowi przez pewien czas przystępować do Komunii Świętej lub zalecając wykonanie jakiegoś zadania. Nie jest to tak bardzo rozpowszechnione we współczesnej prawosławnej praktyce, ale trzeba jednak pamiętać, że duchowny posiada takie prawo.

W Kościele pierwszych wieków pokuty często były srogie. Za nierząd (gr. porneia, tj. stosunki płciowe pomiędzy osobami, które nie pozostają w związku małżeńskim) św. Bazyli Wielki nakazuje odłączenie od Komunii Świętej na siedem lat, a św. Grzegorz z Nyssy na lat dziewięć. W późniejszych, przypisywanych św. Janowi Postnikowi, ustaleniach prawa kanonicznego okres ten skrócono do dwóch lat, ale w połączeniu ze ścisłym postem. Cudzołóstwo (gr. moicheia) pociąga za sobą jeszcze bardziej srogą pokutę. Za niezamierzone zabójstwo - na przykład (weźmy współczesny przypadek) zabicie kogoś w wypadku samochodowym - św. Bazyli zaleca dziesięć albo jedenaście lat odłączenia od Komunii, a św. Grzegorz z Nyssy dziewięć; jeśli pokutnik oddaje się ścisłemu postowi, św. Jan Postnik dopuszcza skrócenie tego okresu do trzech lat. Rodzice, którzy pozwalają swemu dziecku umrzeć bez przyjęcia Chrztu Świętego nie powinni przystępować do Komunii Świętej przez trzy lata.

Nawet we wczesnych wiekach biskup lub duchowny - spowiednik miał możliwość złagodzenia pokuty kierując się zasadami „ekonomii” (gr. oikonumia) czy też pasterskim wyczuciem w odniesieniu do specyficznej sytuacji każdej osoby. Rygorystyczne przestrzeganie kanonów byłoby dzisiaj czymś zupełnie wyjątkowym. Stosowanie „ekonomii” w szerokim zakresie jest zjawiskiem powszechnym. Jednak w zasadzie duchowny - spowiednik ciągle zachowuje możność decydowania o tym, jak postępować - ciągle odpowiada przed Bogiem za sposób sprawowania tego sakramentu; wedle swego własnego uznania może nałożyć pokutę, którą w razie potrzeby może być długi okres odłączenia od Komunii Świętej.

Nie oznacza to jednak, że pokuta powinna być traktowana jako kara; tym bardziej nie powinna być postrzegana jako sposób na odkupienie winy. Zbawienie jest wolnym darem łaski. Własnym wysiłkiem nigdy nie zdołamy zetrzeć naszych win - Chrystus, jedyny pośrednik, jest naszym jedynym odkupieniem i albo dobrowolnie udziela nam przebaczenia, albo w ogóle go nie uzyskujemy. Wraz z wypełnieniem pokuty nie zdobywamy żadnych „zasług”, bowiem w odniesieniu do Boga człowiek nigdy nie może ich sobie przypisywać. Jak zwykle, powinniśmy myśleć tutaj przede wszystkim w kategoriach leczniczych, a nie prawnych. Pokuta nie jest ani karą, ani też sposobem odkupienia, lecz środkiem leczniczym. Jest to pharmakon - lekarstwo. Jeśli samą spowiedź porównamy do operacji, pokuta będzie środkiem, który pomaga choremu powrócić do zdrowia w czasie rekonwalescencji. Dlatego też wraz z całym aktem Spowiedzi ma ona w swej istocie pozytywny cel - nie wznosi bariery pomiędzy grzesznikiem a Bogiem, ale buduje między nimi most. „Zważaj więc na dobroć i surowość Boga” (Rz 11,22) - pokuta jest wyrazem nie tylko Bożej surowości, ale w równym stopni Bożej miłości.

Obdarzony władzą wiązania i rozwiązywania, udzielania lub nie udzielania rozgrzeszenia, posiadając szeroką swobodę co do udzielanej porady i wyboru leczniczej pokuty, spowiednik bierze na siebie poważną odpowiedzialność. Niemniej jednak jego rola jest również ograniczona. Wyznanie grzechów, jak to już podkreślaliśmy, kierowane jest ku Bogu, a nie ku duchownemu i to właśnie Bóg udziela przebaczenia. „Jestem tylko świadkiem” - mówi duchowny, a św. Tychon jeszcze dobitniej podkreśla te słowa stwierdzeniem: „Jestem takim jak ty grzesznikiem”. Chociaż w momencie udzielania rozgrzeszenia, kładąc swą dłoń na głowie spowiadającego się, duchowny w pewnym stopniu stoi na miejscu Boga, jednak we wcześniejszej części sakramentu sam znajduje się po stronie spowiadającego się jako współpokutnik, „grzesznik taki jak ty”, który również potrzebuje Bożego przebaczenia. Następuje tu doprawdy dwukierunkowa relacja pomiędzy duchownym, a spowiadającym się – jak ojciec pomaga swym duchowym dzieciom, tak one pomagają swemu duchowemu ojcu. Duchowny-spowiednik również musi w swoim czasie przystępować do sakramentu spowiedzi i czyniąc to zwykle zdejmuje z szyi swój kapłański krzyż.

Rola duchownego jako świadka i współpokutnika wyraźnie uwidacznia się w zewnętrznej oprawie tego sakramentu. W niektórych częściach Kościoła prawosławnego, podobnie jak w rzymsko-katolickiej czy anglikańskiej praktyce, duchowny siedzi, podczas gdy spowiadający się klęczy. Większość prawosławnych ojców-spowiedników unika jednak tego rodzaju układu ponieważ mógłby sugerować, że duchowny jest raczej sędzią niż świadkiem. W czasie modlitw wprowadzających do spowiedzi spowiadający się stoi zwykle przed ikoną Chrystusa lub Ewangelią, a duchowny stoi obok. Później, podczas wyznania grzechów, obaj mogą siedzieć (praktyka grecka) lub stać (praktyka słowiańska) - w obu wypadkach obaj czynią to samo i obaj są niejako na równym poziomie. Nawet jeśli niekiedy zdarza się, że spowiadający się klęczy, a duchowny pozostaje w pozycji stojącej, musi jednak pochylić się, aby słyszeć słowa spowiedzi. Ten gest również ma swoje znaczenie. Przy udzielaniu końcowego rozgrzeszenia pokutujący skłania swoją głowę - jednakże nie w stronę duchownego, ale przed ikoną lub Ewangelią, co symbolizuje niewidzialną obecność Chrystusa, który jako jedyny ma moc odpuszczania grzechów. Modlitwa rozgrzeszenia wskazuje ponad wszelką wątpliwość, że to właśnie Chrystus, a nie duchowny udziela przebaczenia. W starszej, ciągle używanej przez Greków formule duchowny nie mówi: „Ja ci wybaczam”, lecz: „Niech Bóg ci wybaczy.” W siedemnastym wieku, pod wpływem rzymskiego katolicyzmu, ta bezosobowa formuła została w księgach słowiańskich zamieniona na wypowiedź w pierwszej osobie: „Ja, niegodny Jego kapłan, władzą, którą od Niego otrzymałem, przebaczam...”; zniekształcenie to powinno być jednak postrzegane jako niefortunne, bowiem przy sprawowaniu wszystkich innych sakramentów duchowny Kościoła prawosławnego nie używa zaimka „ja”. Starsza tradycja znajduje wciąż swoje odbicie w zwyczaju wzajemnego przebaczania zachowanego i przestrzeganego przez Rosjan i innych prawosławnych przed przystąpieniem do Komunii. Zarówno świeccy, jak i duchowni zwracają się do siebie ze słowami: „Przebacz mi”, słysząc w odpowiedzi: „Bóg wybaczy”.

Uzdrowienie jakiego doznajemy w sakramencie spowiedzi przybiera bardziej wyraźną formę pojednania. W szczególny sposób podkreślają to niektóre modlitwy rozgrzeszenia: „Nie odłącz go (jej) od Twego Świętego, Soborowego i Apostolskiego Kościoła, ale przyłącz do czystego stada Twojej owczarni” (wersja grecka); „Pojednaj i zjednocz go (ją) z Twym Świętym Kościołem” (wersja rosyjska). Grzech, jak dowiadujemy się z przypowieści o synu marnotrawnym, jest wygnaniem, wyobcowaniem, wykluczeniem - dokładniej, samowykluczeniem się z rodziny. Jak pisał Aleksy Chomiakow: „Gdy ktokolwiek z nas pada, pada samotnie”.
Pokajanie to powrót do domu, powrót z osamotnienia do wspólnoty, ponowne połączenie się z rodziną, ponowne uczestnictwo w życiu społeczności.

Dar łez

Dar łez, eksponowany we współczesnych ruchach charyzmatycznych zajmuje ważne miejsce również w ducho¬wej tradycji chrześcijańskiego Wschodu. „Teologia łez” odgrywa szczególnie znaczącą rolę w nauce św. Jana Klimaka, św. Izaaka Syryjczyka i św. Symeona Nowego Teologa. Dla św. Jana Klimaka łzy stanowią odnowienie łaski Chrztu: Źródło łez po Chrzcie jest obfitsze niż sam Chrzest, chociaż słowa te mogą brzmieć nieco zuchwale. [...] Pierwszy Chrzest otrzymaliśmy jako dzieci, ale wszyscy skaziliśmy go; poprzez łzy odtwarzamy czystość pierwszego Chrztu.

Św. Izaak uważa łzy za rozstrzygającą granicę pomiędzy „stanem cielesnym” a „duchowym”, za punkt przejścia pomiędzy wiekiem obecnym, a Wiekiem, który ma nadejść i wejście do którego możemy antycypować już nawet w tym życiu. Nowonarodzone dziecko płacze, gdy przychodzi na świat. Podobnie chrześcijanin płacze, gdy odradza się do życia przyszłego wieku. Św. Symeon twierdzi, że nigdy nie powinniśmy przystępować do Komunii Świętej nie wylewając łez. Według Nicetasa Stethatosa, ucznia św. Symeona łzy są w stanie przywrócić nawet utracone dziewictwo.
Czego ów dar łez uczy nas o znaczeniu pokajania? Istnieje wiele rodzajów łez i nieodzowne jest ich rozróżnianie. Podstawowa różnica istnieje pomiędzy łzami zmysłowymi czy też naturalnymi a duchowymi (istnieje także trzecia możliwość - łzy mogą być również demoniczne). Łzy zmysłowe wypływają z uczuć, łzy duchowe są ascetyczne. W przypadku łez zmysłowych twarz bywa często wykrzywiona i rozpalona, a całe ciało może drgać w niekontrolowanym szlochu, podczas gdy w przypadku płaczu duchowego łzy płyną delikatnie i spokojnie, nie zniekształcają twarzy ani też nie towarzyszą im drgania ciała. Zmysłowe łzy wiążą się zwykle z namiętnościami - często są owocem gniewu, złości, frustracji, zawiedzionych nadziei, zawiści, użalania się nad sobą, czy też nerwowego podniecenia. Łzy duchowe, jak sama nazwa wskazuje, są darem łaski Boga Ducha Świętego, a nie skutkiem naszych własnych wysiłków; ściśle wiążą się one z naszą modlitwą. Łzy zmysłowe wyrażają nasz przyziemny smutek, który, tak jak i my sami, tkwi w upadłym świecie, nieuchronnie zmierzającym do śmierci. Duchowe łzy wprowadzają nas do no¬wego życia Zmartwychwstania.

Błędem byłoby jednak czynić zdecydowane i wyraźne rozróżnienie pomiędzy tymi dwoma rodzajami łez. Łzy naturalne i zmysłowe mogą niekiedy mieć pozytywny i oczyszczający skutek - weźmy na przykład pełny miłosiernego współczucia płacz nad cierpieniem innych ludzi lub opłakiwanie zmarłego. Łaska współpracuje z naturą i na niej się opiera - łzy naturalne, gdy zostaną oczyszczone z grzesznego skupienia na sobie i nieuporządkowanej gry uczuć mogą prowadzić na próg płaczu duchowego. Co więcej, nie zawsze możemy zdawać sobie sprawą z tego, czy nasze łzy są naturalne czy duchowe, bowiem łaska często działa w nas w tajemniczy i niedostrzegalny sposób. Aby utrzymać nas w prostocie serca, Bóg może skrywać przed nami nasze duchowe postępy i nie do nas należy ich ocena. Niemniej jednak w zasadzie powinniśmy dokonywać ważnego rozróżnienia pomiędzy płaczem zmysłowym a tym obdarzonym łaską, nawet jeśli w praktyce zdarza się, że oba niekiedy wzajemnie się przenikają.

Jak uczą święci Ojcowie, istnieją dwa podstawowe rodzaje łez duchowych. Na niższym poziomie są one gorzkie, na wyższym - słodkie. Na niższym poziomie stanowią one formę oczyszczenia, na wyższym zaś - oświecenia. Na niższym poziomie wyrażają skruchę, żal za grzech, smutek z powodu naszego oderwania się od Boga - przypominają o Adamie płaczącym u wrót Raju. Te na wyższym poziomie wyrażają radość z Bożej miłości, dziękczynienie za nasze niezasłużone ponowne usynowienie. Niższy poziom odpowiada sytuacji syna marnotrawnego tułającego się jeszcze na wygnaniu, opłakującego utraconą ojczyznę. Poziom wyższy to łzy syna marnotrawnego płaczącego z radości na uczcie w domu swego ojca. Na niższym poziomie łzy są „niby krew płynąca z ran duszy”, jak określił je św. Grzegorza z Nyssy. Na wyższym poziomie oznaczają one uduchowienie naszych zmysłów i stanowią przejaw całkowitego przemienienia naszej ludzkiej osobowości przez uświęcającą łaskę Boga.

Jednak podobnie jak w przypadku rozróżnienia pomiędzy płaczem naturalnym i duchowym, owe dwa poziomy duchowych łez nie powinny być sobie nazbyt zdecydowanie przeciwstawiane. Jeden poziom duchowych łez prowadzi ku drugiemu. Łzy żalu za grzechy zmieniają się stopniowo w łzy wdzięczności i radości. Tak więc w owym darze łez jawi się nam raz jeszcze kwestia, którą niejednokrotnie podkreślaliśmy - pokajanie nie jest negatywne, lecz pozytywne; nie jest niszczące, lecz dające życie, nie przepojone zwątpieniem, ale pełne nadziei.

Pogrążeni w smutku, ale zawsze radośni

Takie oto jest nasze doświadczenie "głębokiego zrozumienia" czy też "zmiany sposobu myślenia", wyrażonego słowem pokajanie. Przepełnione smutkiem, a jednocześnie pełne jednak radości pokajanie wyraża twórcze napięcie zawsze obecne w życiu chrześcijanina w tym świecie i opisane tak wyraźnie przez św. Pawła: „[...] zawsze nosimy w sobie umieranie Jezusa, aby i życie Jezusa okazało się w nas [...] wyglądamy na umierających, a oto żyjemy [...] na smutnych, a zawsze jesteśmy radośni” (2 Kor 4,10; 6,9-10). Jako życie w ciągłym pokajaniu, nasza chrześcijańska droga to jednoczesny udział w Getsemanii i w Przemienieniu, w Krzyżu i Zmartwychwstaniu. Św. Jan Klimak podsumowuje to wszystko mówiąc: „Kto przyodzieje się w błogosławiony i pełen łaski płacz, jak w ślubną szatę, ten pozna duchowy śmiech duszy”.

[Niniejszy tekst to uproszczona wersja (bez przypisów) jednego z 12 rozdziałów pierwszego tomu dzieł zebranych biskupa Kallistosa p.t. „Królestwo wnętrza”. Wydawcą polskiego tłumaczenia tej książki jest Prawosławna Diecezja Lubelsko-Chełmska. Więcej informacji i całą książkę znajdziesz w sklepiku www.cerkiew.pl]

— bp Kallistos (Ware), tłum. o. Włodzimierz Misijuk

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Polecane przez czytelników

z ostatniego kwartału
wszystkie →

Najnowsze z Polski

wszystkie →