pt, 25(12) wrz piątek, 25(12) wrz 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 25 września 2026

Z głębokości wołam do Ciebie, Panie

Może najbardziej autentyczna jest ta rozmowa z Bogiem, która ani nie chwali, ani nie prosi, ani nie składa dziękczynienia, lecz jest wołaniem pośród trudności i zamętu? Ta, która jest wyrażeniem naszych uczuć, myśli, wątpliwości – nieuporządkowanych, niewygładzonych, brutalnie szczerych...

4 czytelników poleca

Gdy w Wielkim Poście, w niedzielę wspomnienia św. Grzegorza Palamasa, opublikowaliśmy refleksję abp. Jakuba „Siła modlitwy”, pod facebookowym postem z linkiem do niej rozgorzała dyskusja o wyższości modlitwy własnej (nazywanej też spontaniczną) nad tekstem napisanym przez kogoś innego i jedynie odczytywanym z modlitewnika. Jak zawsze w takich sytuacjach, pojawiły się głosy skrajne – tylko modlitewnik lub tylko własne słowa.

Jako raczej człowiek środka powiedziałbym – to zależy. Od okoliczności, nastroju, a także – i może nawet to jest najważniejsze – celu modlitwy.

Kluczowe z mojej perspektywy zdanie z tekstu władyki brzmi: Modlitwa to nasza rzeczywista rozmowa z Bogiem, rozmowa, która wymaga przemyśleń, wyciszenia, skupienia, pokory – i ogromnego wysiłku. Ono rzeczywiście wskazywałoby na pewną wyższość własnych słów, własnych rozważań czynionych przed Bogiem, gdyż trudno jest z kimś rozmawiać, posługując się jedynie cytatami, nieco ukrywającymi to, co człowiek naprawdę myśli.

Można jednak zapytać – po co w ogóle rozmawiać z Bogiem, skoro On i tak zna nasze myśli? Po co mówić Mu, co leży nam na sercu, skoro On i tak to wie? Może niekiedy nawet lepiej niż my sami…

Wychwalać Go w modlitwie? Wie, co Mu zawdzięczamy i jak do Niego podchodzimy. I przecież jeśli to szczere, to czuć to też w naszym sercu...

Prosić o coś? Wie Ojciec wasz, czego wam trzeba, zanim Go poprosicie (Mt 6,8)…

Może więc najbardziej autentyczna jest ta modlitwa, ta rozmowa z Bogiem, która ani nie chwali, ani nie prosi o jakiś konkret, ani nie składa dziękczynienia, lecz jest wołaniem pośród trudności i zamętu? Ta, która jest wyrażeniem naszych uczuć, myśli, wątpliwości – może i nieuporządkowanych, niewygładzonych, brutalnie szczerych. Może i wypowiedzianych czasem w gniewie, zapalczywości, bezdennej wydaje się rozpaczy... Takiej, o jakiej trafnie mówi Psalm 130 (129) w swych dwóch pierwszych zdaniach: Z głębokości wołam do Ciebie, Panie. Panie, wysłuchaj mego głosu (cs. Iz hłubiny wozzwach k Tiebie, Hospodi. Hospodi, usłyszi hłas moj)…

Z głębokości to po łacinie De profundis. Taki tytuł nosi wiele przejmujących utworów muzycznych, których nuty oddają też niekiedy wewnętrzny dramat człowieka – cierpiącego, wołającego o zrozumienie i przebaczenie, o odpowiedź, o Boską obecność czy ujawnienie się. Jeden z moim zdaniem najpiękniejszych i najbardziej poruszających to dzieło Antonia Salieriego (posłuchaj tutaj).

De profundis clamavi ad Te, Domine. Domine, exaudi vocem meam...

Taka modlitwa z głębokości bywa chropowata, chaotyczna, pełna przeskoków i emocji. A jednocześnie wydaje się niezwykle cenna – nie tylko bowiem jest bezgranicznie szczera, ale zwrócona ku Komuś, Kto jest dla człowieka ważny, w Kim widzi on Osobę, z którą łączy go głębsza, mocniejsza więź. W Kim upatruje może czasem i twórcy całego tego bałaganu zwanego życiem – ale i Kogoś, Kto jest Towarzyszem tego życia i Kto nadaje mu sens.

Bywa jednak, że człowiek czuje, że wyrzucił już z siebie wszystko, że nic już w nim więcej nie zostało, tylko pustka i ból – a odpowiedzi nadal nie ma.

Czy wtedy przestać nawiązywać kontakt, przestać szukać Boga? Odciąć się od Niego, odejść? Czy też trwać nadal, z uporem, nie ustawać w wysiłku, w wołaniu z głębokości…?

Przetłumaczyłem kilka lat temu tekst o. Michaela Gillisa „Pokłony i smutek”, który zresztą gorąco polecam. Nawiązuje on w treści do wypowiedzi św. Izaaka Syryjczyka o znaczeniu pokłonów, także wtedy, gdy myśli i serce wydają się martwe. Jest w nim uderzający fragment, który brzmi: „Czasami nie jestem w stanie odmawiać modlitwy. Mój umysł jest tak pogrążony w problemach lub przytępiony, że wydaje mi się, iż nie mogę zmusić się do wypowiedzenia słów jakiejkolwiek modlitwy. W takich chwilach sam pokłon staje się modlitwą”.

Znam to uczucie, ten stan. Zdarza mi się stanąć przed ikoną Chrystusa, patrzeć na Jego twarz, w Jego oczy - i nic nie mówić. Myślę, że w moim wzroku niekiedy może być wyrzut, że On też milczy. Że pozostaje bierny, że jest tylko obserwatorem tego, co w moim życiu się dzieje.

To stanie przed Nim może trwać. Ale zawsze zakończone jest pokłonem. Jednym. On oznacza, że Bóg jest nadal dla mnie ważny. Że mimo buntu, mimo wewnętrznego krzyku – wciąż jestem Jego i nie chcę w żadnej mierze rezygnować z więzi z Nim.

Temu podtrzymaniu relacji może też właśnie służyć modlitwa czytana lub wyuczona na pamięć. Ktoś powie – i tak było w owej facebookowej dyskusji – że to nie modlitwa, a mechanika. Bezmyślne klepanie słów, czasem nawet nie do końca zrozumiałych, jeśli to np. cerkiewnosłowiański, wyuczony, ale bez rozumienia tekstu. Trudno się nie zgodzić – ale funkcja takiej modlitwy jest wtedy inna. Ona przytrzymuje nas przy Bogu. Ukierunkowuje ku Niemu nasze rozbiegane myśli, naszą totalnie niespokojną duszę. Ogniskuje nas na Nim. I nawet jeśli człowiek się myli, zapomina tekstu, musi wracać do początku danego wezwania raz po raz - to nie ma to znaczenia. Celem nie jest piękna recytacja. Celem jest skupienie uwagi, umysłu i serca na Bogu. Odsunięcie tego, co nas rozprasza, co od Niego odrywa. Pozostanie przy Nim. Niepoddanie się gorączce myśli i uczuć, lecz podążanie do Źródła ukojenia, nawet jeśli to bardzo długa droga i wydaje się nam, że nie przesunęliśmy się na niej ani o milimetr.

Czasem rzeczywiście to trwa. Czasem to nie jest jednorazowe działanie, ale długotrwałe, uparte podejmowanie tego samego wysiłku. Tak jak pokłony opisywane przez o. Michaela jako jego „mechaniczna” modlitwa – jeden za drugim, raz za razem…

Może się nam wydawać (bo tak mówią Ojcowie, teologowie, kaznodzieje...), że przed Bogiem zawsze powinniśmy być pokorni, grzeczni i ułożeni. Przychodzić do Niego w odpowiednim stanie ducha, przygotowani do tego spotkania. Żadnej frustracji, wygrażania Mu czy wylewania żalu. Cóż bowiem my, malutkie robaczki, możemy robić innego - toż to Pan wszelkiego stworzenia, bytujący gdzieś wysoko na niebiosach, słuchający anielskich chórów Go wysławiających i oczekujący na dokonanie sądu nad nami…

Jednak zostało powiedziane od Pana, mówiącego przez proroka: Oto Dziewica pocznie i urodzi Syna, i nadadzą Mu imię Emmanuel, co się tłumaczy – Z nami Bóg (Mt 1, 23).

Z nami Bóg. Chrystus to w pełni Bóg i w pełni człowiek. On zna nasze życie od podszewki. To, co jako jedyne jest Mu obce, to nasz upadek, nasz grzech – w sensie jego popełniania, ale już nie skutku. Ten spotykał na swej drodze dostatecznie często.

Chrystus dorastał jak my. Wcale nie w pałacu, otoczony służbą i opiekunami. Zapewne uczył się rzemiosła, bo w Jego czasach każdy się go uczył, niezależnie od swego statusu (stąd późniejsze Pawłowe zarabianie na życie szyciem namiotów). Chodził z miasta do miasta, a nie - był noszony w lektyce. Znał głód – pościł.

Widział kupców w Świątyni, którzy zajęli przestrzeń przeznaczoną dla pogan szukających Boga Izraela – i doświadczył srogiego gniewu. Zapłakał, widząc grobowiec kryjący ciało Jego przyjaciela, Łazarza. Wzruszył się, dostrzegając kondukt pogrzebowy jedynego syna wdowy. Emocje nie były Mu więc obce.

Dotykał trędowatych i martwych. Nie odtrącił nieczystej kobiety z krwotokiem. Za nic miał obcość narodową i komplikacje życiowe Samarytanki. Ubrudził sobie ręce śliną i błotem, przywracając wzrok niewidomemu. Nie szukał więc i nie przebywał wyłącznie w towarzystwie czystych i nieskalanych.

Spożył ostatnią wieczerzę z jedenastoma i Judaszem, wiedząc, co ten za chwilę zrobi. Tak jak pozostałym, i jemu umył nogi – jak niewolnik, służący swemu panu. Te nogi też nie były czyste, one chodziły cały dzień, zbierając brud i kurz jerozolimskich ulic, pocąc się.

Doświadczył zdrady ze strony tego, kto Mu towarzyszył, słuchał Jego nauk, widział cuda przez Niego czynione.

Przeszedł przez bicie, opluwanie, ból przebijanych rąk i nóg, i głowy otaczanej cierniami. Wcześniej, w Getsemani, także strach przed tym, co ma się stać. A już na krzyżu – samotność człowieka, który woła de profundis: Boże Mój, Boże Mój, czemuś Mnie opuścił (Mt 27, 46).

Jeśli w takiego Chrystusa wierzysz, jeśli wierzysz w takiego Boga, Któremu nic, co przeżywamy, nie jest obce, to nie jest to Bóg, Którego nasza szczerość może urazić.

Nie dotknie Go nasze nieuporządkowanie, chaos myśli, lęk i niepewność. Nie przestraszą pytania i wątpliwości. Za dużo czasu sam spędził między ludźmi, za dużo widział i słyszał, by tego nie rozumieć. Nie jest Bogiem na niebiosach, odległym, niedostępnym i wyniosłym. Jest Bogiem, Który jest z nami. Jest Emmanuelem. I sam to wybrał. Sam chciał być pośród nas. Takich, jakimi jesteśmy, nawet z naszymi upadkami na drodze ku Niemu.

Ostatnie słowa Chrystusa zapisane przez św. Mateusza brzmią: Oto Ja z wami jestem przez wszystkie dni aż do skończenia wieku (Mt 28, 20). To nie jest tylko piękne, poetyckie zakończenie jednej z Ewangelii czy też przekaz wyłącznie dla apostołów. To słowa skierowane ku każdemu z nas, ku każdemu człowiekowi, kimkolwiek on jest i w jakiejkolwiek kondycji się znajduje.

Kiedy więc jest dobrze – idź, wychwalaj i dziękuj. Ale kiedy jest źle – nie odchodź, nie uciekaj, idź do Niego. On czeka, tak jak czekał na każdego przychodzącego do Niego po uzdrowienie, wskrzeszenie, nakarmienie. Tak jak czekał na ostatnie słowa dobrego łotra. Jest Emmanuelem, Bogiem z nami, Bogiem przy nas. Nic nie jest Mu obce. Więc nawet jeśli będzie to chropowate i pełne łez, wołaj nieustannie:

De profundis... Z głębokości wołam do Ciebie, Panie. Panie, wysłuchaj mego głosu!

Gabriel Szymczak

fotografia: alik /orthphoto.net/

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze ze świata

wszystkie →