czw, 13 sie (31 lip) czwartek, 13 sie (31 lip) 2026 roku juliański
Kalendarz →
Publicystyka 2 marca 2023

Pokłony i smutek

Pokłony są potężnym narzędziem, dzięki któremu możemy zbliżyć się do Boga, kiedy jesteśmy przygnębieni, smutni lub w jakiś sposób przytłoczeni, i kiedy nie możemy zmusić się do modlitwy.

0 czytelników poleca

„W okresach ciemności pokłony są bardziej pomocne niż cokolwiek innego” - mówi św. Izaak Syryjczyk. „Jeśli nasze myśli są zimne i mętne”, kontynuuje, „powinniśmy trwać w pokłonach”. Posuwa się nawet do stwierdzenia: „I nawet gdyby nasze serca były martwe, choćbyśmy nawet nie modlili się ani nie wiedzieli, co powinniśmy mówić, ponieważ nie przychodzą nam na myśl żadne słowa błagania czy prośby, mimo to powinniśmy ciągle czynić pokłony, milcząc”.

Pokłony są potężnym narzędziem, dzięki któremu możemy zbliżyć się do Boga, kiedy jesteśmy przygnębieni, smutni lub w jakiś sposób przytłoczeni, i kiedy nie możemy zmusić się do modlitwy. Zwykle, kiedy wykonuję kilka pokłonów, odmawiam Modlitwę Jezusową i robię znak krzyża. Jednak czasami nie jestem w stanie odmawiać modlitwy. Mój umysł jest tak pogrążony w problemach lub przytępiony, że wydaje mi się, że nie mogę zmusić się do wypowiedzenia słów jakiejkolwiek modlitwy. W takich chwilach sam pokłon staje się modlitwą.

Istoty ludzkie to skomplikowane stworzenia. To, co dręczy nasz umysł, czasem nawet nie jest znane. Może być tak, jakby mój umysł był pusty, jakbym była maszyną wykonującą jakieś ruchy. A jednak mam przeczucie, głęboko zakopane w mojej świadomości, taką słabą nadzieję, że Bóg tam jest, chociaż nie czuję ani nie myślę o Nim. W takich chwilach, ponieważ moje doświadczenie tak bardzo przypomina maszynę, ofiarowuję Bogu moją „maszynową” modlitwę: pokłony.

Oto, co robię. Nie ma w tym magii ani uczucia. To tylko wołanie do Boga o pomoc poprzez jedyną część mnie, która - wydaje mi się - jest w stanie działać, czyli moje ciało. Stoję przed ikoną. Zapalam świecę lub łampadę, jeśli taką mam — choć często nawet ta czynność wydaje mi się zbyt trudna. Potem po prostu wykonuję kilka pokłonów, mechanicznie. Zwykle zaczynam od dziesięciu, bo mam dziesięć palców i potrafię liczyć do dziesięciu. Jeśli jestem w dobrej formie lub jeśli po dziesięciu zaczynam coś czuć w sercu (często jest to złość, smutek lub frustracja), robię jeszcze dziesięć. Wykorzystuję to narastające uczucie do podsycania pokłonów. Czasami to uczucie pomaga mi wypowiedzieć słowa: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”. Czasami nie pojawia się żadne uczucie, więc po prostu stoję tam, oddychając ciężko po wykonaniu pokłonów i nic nie mówię.

Niekiedy tak właśnie może wyglądać modlitwa. Nie tylko św. Izaak, ale także wielu świętych mówiło, że Bóg pozwala nam przeżywać chwile opuszczenia, abyśmy Go szukali. Jest to forma walki duchowej. Św. Izaak porównuje ją także do zmagań rodzącej kobiety. Ostrzega też innych mnichów pustelników, że w takich chwilach bardzo ważne jest, aby „nie opuszczać swojej celi”.

U tych z nas, którzy żyją w świecie, „cela” nie może być traktowana dosłownie. Nie żyjemy w celach, ale w rodzinach, mamy pracę, chodzimy do cerkwi i mamy obowiązki. Jednak także u nas nieopuszczanie naszych cel może być rozumiane i praktykowane na co najmniej dwa sposoby.

Pierwszym sposobem, w jaki ludzie mogą pozostać w swojej celi w chwilach smutku, depresji lub duchowej martwoty, jest niezmienianie rutyny. Cela to rutyna: to, co zwykle robisz, kiedy czas jest normalny. Ucieczka nie jest odpowiedzią.

Drugim sposobem pozostania w celi jest ciągłe bycie świadomym swojego serca — nawet jeśli jedyną rzeczą, której jesteś świadomy, jest to, że wydaje się ono martwe. Nasze serce jest również celą, w której musimy pozostać, a sposób, w jaki to robimy, to dokładanie wszelkich starań, aby zwracać uwagę na to, co w nim czujemy. Tak często wstydzimy się tego, co czujemy w sercu i chcemy udawać, że tego nie ma, ponieważ uważamy, że nie powinniśmy się tak czuć.

Ale uznanie brzydoty w naszym sercu jest jak wyniesienie śmieci. Kiedy udajemy, że jej nie ma, ona nie znika. Po prostu ropieje. A kiedy wyznajemy nasz grzech, uznając przed Bogiem brzydotę naszego serca, wpada tam promień światła i robimy krok w kierunku uzdrowienia. Nieopuszczanie naszej celi nie oznacza ignorowania brzydoty, którą widzimy w sobie, ale raczej ofiarowanie tej brzydoty Bogu. Możemy ofiarować Bogu tylko samych siebie, takich pomieszanych, jakimi jesteśmy. A wszystko, czego Bóg od nas wymaga, to właśnie my sami, wszystko w nas - i dobre, i złe rzeczy.

I czasami dla mnie tym właśnie są pokłony. Są bardzo fizycznym sposobem na upadek przed Bogiem i ofiarowanie się Jemu, nawet jeśli czuję się martwy w środku i nie mam nic, co mógłbym Mu dać. Potem, kiedy pojawiają się uczucia lub myśli, zwykle są one dość brzydkie. A brzydkie myśli i uczucia stają się dla mnie paliwem, treścią słowa „grzesznik”, kiedy w końcu zaczynam odmawiać Modlitwę Jezusową.

o. Michael Gillis (tłum. Gabriel Szymczak)

za: Praying in the Rain

fotografia: mar_strotova /orthphoto.net/

— o. Michael Gillis (tłum. Gabriel Szymczak)

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze ze świata

wszystkie →