śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 12 września 2015

„Zszokowała mnie świętość chrześcijan” - rozmowa z byłym buddystą Antonem Gotmanem

Przedstawiamy rozmowę z Antonem Gotmanem, który przez dłuższy czas praktykował buddyzm.

0 czytelników poleca

Przedstawiamy rozmowę z Antonem Gotmanem, który przez dłuższy czas praktykował buddyzm. Rozmowa dotyczy tego, czego szukał w buddyzmie, i czego w efekcie nie znalazł.

O. Jerzy Maksimow: Witajcie, przed wami program „Moja droga do Boga”. Dziś w naszym studiu Anton Gotman – człowiek, który w praktyce poznał buddyjskie tradycje. Pierwsze pytanie: Jaki był twój stosunek do Boga zanim wszedłeś do buddyzmu?

Anton Gotman: Prawdziwej wiary w Boga we mnie nie było. Zostałem ochrzczony w wieku 8 lat. Czasami chodziłem do cerkwi razem z rodzicami. Rodzice właściwie wierzyli, ale nie widziałem jakiegokolwiek sensu tej wiary. Od czasu do czasu wpadała mi w ręce jakaś literatura, i to wszystko… Nie doświadczyłem głębokiej wykładni chrześcijańskich tradycji. Zachodziłem do cerkwi, czasami spotykałem się z duchownym, który bardzo mi się podobał jako człowiek, ale chrześcijaństwo było dla mnie nie do przyjęcia. Potem zacząłem pasjonować się muzyką rockową, sztukami walki, i w rezultacie jeszcze bardziej oddalać się, aż do tego stopnia, że na pewnym etapie wręcz zacząłem myśleć, że chrześcijaństwo to zupełna głupota. Z czasem, już po rozpoczęciu studiów, zacząłem interesować się Wschodem. Próbowałem zapoznać się z nauczaniem Roericha, ale nie zrobiło ono na mnie zupełnie żadnego wrażenia, tak jak i najróżniejsze idee teozoficzne. Potem w moim życiu rozpoczął się trudny okres, popadłem w głęboką depresję. I wtedy wpadła mi w ręce pewna sowiecka książka z religioznawstwa, w której opisany był buddyzm, i to stało się dla mnie odkryciem. Przeczytałem „Cztery Szlachetne Prawdy”[1], i bardzo mnie to zainteresowało, zacząłem uczyć się z ludźmi, którzy coś tam prywatnie praktykowali. Stopniowo zrodziło się we mnie pragnienie by pobierać nauki u nauczyciela buddyjskich tradycji.

A co przyciągnęło w buddyzmie?

Nie wierzyłem w Boga. A człowiekowi, któremu brak wiary w Boga, ale który mimo to dąży do sprawiedliwego życia, do czegoś duchowego, buddyzm w zasadzie może wskazać konkretną drogę. Budda uczył wielu prawidłowych rzeczy. Na przykład: buddyzm uczy, by nie zabijać i chrześcijaństwo uczy, by nie zabijać. Z jednej strony, niby to jedno i to samo, ale jest pewna podstawowa różnica. Nie możemy powiedzieć, że buddysta wypełnia Boże przykazanie „Nie zabijaj” – dlatego, że dla niego nie jest to Boże przykazanie. Wypełnieniem woli Bożej staje się to dla człowieka wtedy, kiedy pojawia się w nim wiara w Boga.

Tak, ważna jest motywacja, jaką kieruje się człowiek.

Więc tak, choć nie ma tam wiary w Boga, to jest jakaś duchowa droga, jest system medytacji, co na pewnym etapie przyciąga i daje możliwość odzyskania spokoju, przeżycia pewnych pozytywnych stanów. W tybetańskim buddyzmie, gdzie już jako członek społeczności trafiłem do Namkhai Norbu Rinpocze – wszystko było o wiele bardziej ciekawe, więcej mistycznych przeżyć, możliwości uprawiania jogi itd… Staram się nie nadużywać buddyjskiej terminologii, a wyjaśniać tak, by było to zrozumiałe. Tak więc, zobaczyłem w buddyzmie ogromne możliwości dla samorealizacji, zdobycia pewnych cech – właściwie to właśnie to przyciągało. Również ogromny wpływ miało wcześniejsze zainteresowanie Wschodem, a w szczególności sztukami walki. Początkowo tylko to mnie zainteresowało, a potem rozpoczęły się dążenia w tym kierunku i na pewnym etapie byłem już bardzo zagorzałym buddystą.

Twój zwrot do tybetańskiego buddyzmu był związany z poszukiwaniem tradycyjnego buddyzmu, by nie pozostać na poziomie zwykłego, książkowego zainteresowania?

Tak, chciałem poznać właśnie tradycje.

I jak to wyglądało? Otrzymałeś tam schronienie?

Początkowo dali mi do poczytania książkę Namkhai Norbu Rinpocze. Przeczytałem ją, i bardzo mi się spodobało. Potem znalazłem grupę ludzi, którzy praktykowali ten kierunek w naszym mieście. Tam wtedy było dosłownie kilka osób, teraz jest ich więcej. I potem pojechałem już na retryt. I tam na retrycie przyjąłem schronienie[2].

Czym jest retryt?

To takie swego rodzaju seminarium. Tam gdzie nauczyciel uczy, dokonuje poświęcenia, daje wskazówki itd. I oczywiście, jako że przyjeżdża wielu ludzi, są również instruktorzy, którzy bardziej dokładnie uczą niewielkie grupy.

Zapewne nawiązałeś tam jakieś znajomości, zdobyłeś kolegów?

Oczywiście. I znajomości, i nowi przyjaciele, do tego w rezultacie tam też poznałem moją żonę. Faktycznie, do momentu, w którym wróciłem na łono chrześcijaństwa, wszyscy moi najlepsi przyjaciele byli buddystami.

Na ile mi wiadomo, ten etap buddyjski w rezultacie trwał około 10 lat twojego życia. To kawał czasu, tym bardziej, że miałeś nauczyciela bezpośrednio z buddyjskiej tradycji i cały krąg znajomości był dobrany analogicznie. Co takiego pobudziło cię do zwrócenia się ku Chrystusowi?

Krótko mówiąc: Bóg mnie przyprowadził. Po prostu wyrwał. I oto jak to się stało. U nas w Ługańsku w 2008 r. odbył się koncert zespołów „DDT” i „Bracia Karamazowie”, poświęcony 1020-leciu Chrztu Rusi. I na tych dwóch koncertach z kazaniem wystąpił diakon Andrej Kurajew. Oczywiście, kiedy posłuchałem jego kazań na koncercie, nie od razu się nawróciłem. Ale w mojej głowie zaświtała myśl: „To ten sam diakon Andrzej Kurajew, który – jak mi mówili – pisał jakieś tam obrzydliwości o buddyzmie. Trzeba by to poczytać”. Wziąłem, poczytałem. Powiem tak, nie zrobiło na mnie wrażenia to, co pisał o buddyzmie.

A dlaczego?

Kiedy buddyści mówią coś o chrześcijaństwie, często dla chrześcijanina wygląda to po prostu śmiesznie, dlatego że człowiek z zewnątrz wielu rzeczy nie rozumie tak głęboko, jak chrześcijanin, studiujący chrześcijaństwo. Identycznie często wygląda w oczach buddysty i chrześcijanin, mówiący o buddyzmie. Po prostu dlatego, że nie może on znać buddyzmu tak, jak człowiek który długo go poznawał i praktykował. Zasadniczo ojciec Andrej swoje spostrzeżenia opierał na twórczości Orientalistów. On sam powiedział, że nie zagłębiał się w buddyzmie. I ogólnie jego książka „Satanizm dla inteligencji” poświęcona została naukom teozofów i Roerichów i jest tam po prostu rozdział o buddyzmie. Z początku przeczytałem tylko ten rozdział. Rozdział nie zrobił na mnie większego wrażenia, ale poruszyło mnie to, co mówi on o chrześcijaństwie. Jeśli wcześniej uważałem chrześcijaństwo dobrą tradycją, ale jakąś taką nie zupełnie logiczną, to tu zrozumiałem, że spotykam się z tradycją, która daje więcej pożywienia dla rozumu i proponuje głębsze pojmowanie niektórych problemów, niż wcześniej przypuszczałem. Zacząłem czytać tą książkę od początku, ale zatrzymałem się, ponieważ skupiała się ona na teozofii, Roerichach, a to mnie zupełnie nie interesowało. Wtedy postanowiłem: wezmę jego książkę o chrześcijaństwie, poczytam. Pościągałem wszystko ze strony diakona Andreja Kurajewa, a także ściągnąłem książki innych prawosławnych autorów i zacząłem czytać. Przez około trzy tygodnie, praktycznie cały swój wolny czas poświęciłem czytaniu tych książek. Zdarzało się, że jedną książkę przeczytałem w jeden – dwa dni. I wtedy zaczęły się we mnie „przełomy”, czasami aż głowa bolała.

Jak możesz to wyjaśnić?

To nie było nic psychicznego, a po prostu silne napięcie, dlatego że zacząłem rozumieć to, że właśnie teraz stoję przed jakimiś drzwiami, stoję przed Chrystusem i w zasadzie mogę się odwrócić i iść dalej tą drogą, którą do tej pory szedłem. Ale wtedy stracę coś takiego, czego nigdy więcej w życiu nie znajdę, jeśli teraz odwrócę się od Chrystusa. To był naprawdę poważny przełom, ponieważ sami rozumiecie, 10 lat w buddyzmie, przyjaciele, żona – czyli praktycznie całe moje życie na pewnym etapie było temu podporządkowane. I tu pojawia się Chrystus, do Którego można się zwrócić, lub też pójść dalej dotychczasową drogą.

Jakie były ogólne wrażenia ze zapoznania się z literaturą chrześcijańską?

To, co zaczęło mnie zadziwiać we wszystkich tych książkach – to głębia chrześcijaństwa. Zaczęła zadziwiać mnie świętość ludzi, świętość chrześcijan, z którą nie spotkałem się będąc w buddyzmie. Nie chcę ubliżyć buddystom, ale zacząłem to wszystko porównywać – i zrozumiałem, że nie widziałem tego wokół siebie, nie widziałem tego w buddyzmie. I jeszcze jeden ciekawy moment: okazało się, że wiele buddyjskich praktyk i pożądane stany w buddyzmie (np. kontemplacja wewnętrznego światła, itd.) chrześcijańscy asceci opisują jako błędy, jako iluzję, jako złudzenie. Pomyślałem: „To ludzie, którzy przechodzili te stany, widzieli to, poznawali, ale mimo wszystko odwracali się od tego, mówili, że to fałszywa droga i szli jakąś inną”. To mnie poruszyło.

Tak więc, powróciłem do książki: „Satanizm dla inteligencji” i postanowiłem, że muszę to doczytać, skoro już zacząłem. I na samym jej końcu o. Andrej zastawił pułapkę – w dobrym tego słowa znaczeniu. I za to jestem mu bardzo wdzięczny. Napisał tam coś takiego: „Bóg daje człowiekowi swobodę, możecie pójść drogą okultyzmu, teozofii. I możecie zwrócić się ku Chrystusowi i pójść drogą chrześcijaństwa. Ale zanim podejmiecie ostateczną decyzję, już teraz, po przeczytaniu tej książki, weźcie i po prostu zwróćcie się do Chrystusa z modlitwą”. I tam została przytoczona modlitwa Jezusowa: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym” (cs: Hospodi Iisusie Chrystie, Synie Boży, pomiłuj mia hresznaho). Kiedy wypowiedziałem słowa tej modlitwy, zrozumiałem, że jestem chrześcijaninem. I to wszystko. Nie miałem żadnych wizji czy czegoś podobnego. Po prostu zrozumiałem, że Chrystus jest obecny, właśnie On, żywy, On jest przy mnie. Zawsze był przy mnie i zawsze był w moim życiu. A teraz On otworzył się, i ja jestem przy Nim. Trudno to opisać słowami, ale świadomość tego, że chrześcijaństwo może błyskawicznie wyprowadzić człowieka za granice sansary (którą on sam sobie długo obmyślał), przychodzi praktycznie natychmiast… Nie wiem, jak to opisać. Wcześniej dokładnie rozróżniałem: to takie przeżycie, to inne…. A w tym momencie wszystkiego tego nie było – żadnej błogości, żadnych obrazów itp. Po prostu pojawiło się uczucie, jakbym obudził się z wieloletniego letargu i zaczął żyć.

Tego dnia do mojego mieszkania mieli przyjść znajomi by praktykować. A ja zrozumiałem, że nie mam teraz najmniejszej ochoty by zajmować się buddyjskimi praktykami, nie chcę tego. Ale przecież nie będę ludzi wyganiał, przecież to moi przyjaciele! I powiedziałem kolegom: „Muszę załatwić kilka spraw, tak że wy dzisiaj beze mnie”. I następny raz odbył się beze mnie. A później już, kiedy opowiedziałem wszystko żonie, a ona powiedziała ludziom, to postanowili praktykować w innym miejscu. Zostaliśmy przyjaciółmi, żadnego problemu. Jestem im wszystkim bardzo wdzięczny, ale…

Zapewne zdziwili się.

Zdziwili się. Pytali: dlaczego? Tłumaczyłem na tyle, na ile mogłem.

Zrozumieli?

Nie wiem. Daj Boże, żeby wszyscy ci moi przyjaciele nawrócili się ku Chrystusowi. Ale oczywiście, swoboda człowieka zostaje. Plus każdy ma swoje przekonania, jakieś poglądy na życie. Wszystko to trudno zmienić.

Co twoim zdaniem, można nazwać podstawową różnicą między chrześcijaństwem a buddyzmem?

Buddyzm i chrześcijaństwo to w wielu aspektach diametralnie przeciwległe światopoglądy. Tak jak na początku rozmowy mówiliśmy, że buddyzm jest dobrą drogą dla ateisty. Ale jeśli by to bardziej uściślić, to jest to bardziej interesująca droga dla człowieka niewierzącego w Boga Stwórcę. Nie dla zupełnych ateistów – bo przecież w buddyzmie w wielu bogów można wierzyć, i ludzie w nich wierzą. Ale ci bogowie w buddyzmie postrzegani są jako pewne istoty sansary, które potrzebują oswobodzenia. A oprócz bogów są oświecone istoty, i już w tybetańskim buddyzmie, jak mówią, tysiące tysięcy buddów, czyli niezliczona liczba buddów i Bodhisattwów, do których zwracają się buddyści… Ale wiary w Boga Stwórcę zasadniczo nie ma.

I jeszcze jeden postulat buddysty: „Absolut jest bezosobowy”. Pytam: „Dlaczego? Dlaczego uważacie, że Absolut jest bezosobowy?” Odpowiadają: „Ponieważ to, co osobowe – ma ograniczoną jakość”. Mówię: „Spójrzmy prawdzie w oczy. Jeśli mam jakość osobowości, a Absolut jej nie ma – to oznacza, że on nie jest żadnym Absolutem – nie uznaje mojej osobowości jako części siebie. To oznacza, że jestem bardziej doskonały niż Absolut”. Przecież wychodzi na to, że Absolut upodabnia się do kamienia lub prądu - każdej bezosobowej rzeczy! Na przykład, przed nami stół, herbata w filiżankach – wszystko to jest bezosobowe. A co w rzeczywistości jest dla nas najciekawsze w życiu? Czego szukamy? Tak np.: teraz my rozmawiamy, dlatego, że interesuje nas osobowość. Nie rozmawiamy z herbatą, czy też ze stołem. Albo właśnie program telewizyjny. Ludzie oglądają go, dlatego że widzą w nim kontakt pomiędzy osobowościami. To samo dotyczy filmów. Nakręćcie 10-cio odcinkowy serial bez osobowości, np.: o tym jak stoją dwie brzozy i leży kamień. No i co? No i spadł deszcz, i to wszystko (Śmiech).

Poruszenia taki serial nie wywoła. (Śmiech)

Myślę, że nikt nie będzie tego oglądać. Weźmy dziecięce kreskówki. Rysują bajkę o parowozie. To bezosobowy przedmiot, ale dorysowują mu oczy, uśmiech, albo pokazują, jak się smuci… w ten sposób napełniają parowóz osobowymi cechami, przybliżają do człowieka – po to, by ciekawie się to oglądało. Dlatego, że nas ciekawi osobowość. Szukamy prawdziwych relacji z osobowościami. W dzieciństwie rośniemy, pojawiają się u nas relacje z rodzicami, z przyjaciółmi. Potem wchodzimy w mniej lub bardziej dorosły wiek. Pragniemy znaleźć prawdziwą miłość. Człowiek mówi: „Chcę znaleźć miłość całego swojego życia”. To znaczy nawiązać głębsze stosunki z drugim człowiekiem. I wszyscy ludzie szukają coraz to bardziej zażyłych relacji. Pobrali się. Jeśli to normalne małżeństwo (mąż i żona); to oni rozszerzają miłość w małżeństwie coraz bardziej i bardziej. Dlaczego? Dlatego, że wszyscy my szukamy idealnych relacji z idealną osobowością. A jest Bóg, Który jest właśnie taką idealną Osobowością i z Którym nawiązują się absolutne, niekończące się relacje.

I Chrystus odkrywa jeszcze więcej. We wszystkich monoteistycznych religiach mówi się: Bóg jest jeden - to jedna osobowość. A Chrystus odkrywa prawdę, że Bóg – to Trójca, która z jednej strony włada tymi cechami osobowymi, o których mówiliśmy, a z drugiej – jest otwarta w miłości, odkryta dla świata. Wychodzi na to, że pod względem tej kwestii, chrześcijaństwo to bardziej głębokie objawienie, niż nauczanie wszystkich innych religii monoteistycznych. A w buddyzmie zakłada się, że Absolut jest bezosobowy. To sprawia, że uświadamiamy sobie obecność w nas cierpienia i konieczność uwolnienia się od tego, jak od bezsensownych męczarni, a także, konieczność pomocy w osiągnięciu tego celu i innym istotom. Taka jest motywacja buddyzmu – ziarno, z którego wyrasta cała reszta.

Ale jeśli wyjdziemy z założenia, że przy nas jest Bóg – Osoba, kochający Ojciec, który stworzył świat i wszystkich ludzi z miłości, wtedy wchodząc w relacje z Bogiem, a raczej – odbudowując poprawne relacje z Bogiem, czym dla nas staje się cierpienie? Nasze cierpienia i wszystkie nieprzyjemności, które nas dotykają, postrzegamy jako karę. A kara – to drogowskaz, wskazujący właściwą drogę, którą powinieneś podążać. To znaczy, że dobry, kochający Ojciec poprzez takie wydarzenia pokazuje: tu nie idź, a o tu powinieneś pójść. I pokazuje nam coś dobrego. W taki sposób cierpienie nabiera sensu.

Faktycznie, kiedy wierzymy w osobowość Boga, z Którym możliwe są relacje, to nie tylko cierpienie, ale wszystko w naszym życiu nabiera sensu. Całe nasze życie wypełnia rozmowa z Bogiem. I nie posiadamy żadnego balastu, żadnych niepotrzebnych wydarzeń w życiu. Każde wydarzenie w naszym życiu jest sensowne. Za ich pomocą Bóg chce nam coś przekazać. I cierpienia nabierają znaczenia – przez nie Bóg nam coś mówi, pomaga nam i oczyszcza. I to bardzo różni się od tego, co widzisz kiedy zwracasz się ku buddyzmowi, który tak jak i inne indyjskie religie powstał w odpowiedzi na przerażanie przed bezsensownością cierpień, od których należy za wszelką cenę uciec. Nawet jeśli tą ceną jest…

…utrata własnej osobowości. Tak! Weźmy za przykład, księgę Hioba. Hiob traci wszystko – i to, czym władał, i dzieci, i zdrowie. Cierpienia nieprawdopodobne. I oto jego słowa: „Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!” (Hi 1:21). To człowiek, który przyjmuje Prawdę na jakimś wyższym poziomie, niż proponuje Budda. Hiob rozumie, że Bóg w rzeczy samej zabrał mu wszystko dla jego dobra. I koniec końców, tak też się dzieje. Mówi: „Dotąd Cię znałem ze słyszenia, obecnie ujrzałem Cię wzrokiem” (Hi 42:5). To znaczy, że wszedł on na wyższy poziom poznania Boga.

Kiedy mówimy o cierpieniach na świecie, często pytają nas: „Dlaczego wasz dobry Bóg pozwala na to?” Ale skąd możecie wiedzieć, co w rzeczy samej jest najlepsze dla tego człowieka? Czy powinien cierpieć czy nie? I kiedy powinien umrzeć – teraz czy za 5 lat? Być może, w ciągu tych 5 lat on zmieni się w potwora. Albo się spije, brzydko mówiąc. Przecież my tego nie wiemy. A Bóg wie o wiele lepiej niż my. Po prostu spójrzmy na świat. Każda komórka naszego ciała jest o wiele bardziej złożona niż wszystko inne, co może stworzyć człowiek. A ciało – to ogromny zbiór komórek, i każda z nich działa inaczej. A Ziemia? A Kosmos? Wszystko jest zaprogramowane tak, by podtrzymywać życie i pomagać człowiekowi żyć na tym świecie. Ale oprócz niewiarygodnej złożoności możemy tez zauważyć niesamowite piękno Kosmosu, nawet kiedy patrzymy w gwiaździste niebo. Bóg ochrania Swoim Rozumem to, do czego my nawet nie możemy się przybliżyć. I dlatego wszelkie pretensje do Boga typu: „dlaczego Ty, Boże, zrobiłeś tak, a nie tak jak my byśmy chcieli?” są śmieszne i bezsensowne.

A z jakimi trudnościami tobie przyszło się zmierzyć? Kiedy przeszedłeś od wewnętrznego zrozumienia prawdziwości chrześcijaństwa bezpośrednio do praktyki chrześcijańskiego życia, co było dla ciebie trudniejsze? Być może w pewnych kwestiach musiałeś walczyć ze sobą?

Nie wiem, czy powinienem opowiadać o wewnętrznych przeżyciach, z tym związanych. Mówiąc krótko: były problemy. Dlatego ludziom, którzy teraz stoją przed wyborem: w te, czy we w te, chcę poradzić: lepiej się nie pchać. Jest wiele rzecz, których lepiej po prostu nie zaczepiać. Nigdy. Nie wiedzieć i nie próbować.

Czy to dotyczy także buddyzmu?

Wielu buddyjskich praktyk. Trudno mówić o całym buddyzmie. Budda już 500 lat przed Chrystusem udzielał konkretnych nauk. Być może dla ateisty, który nie wierzy w nic i nie chce przyjmować żadnych wartości moralnych, wejście do buddyzmu będzie krokiem naprzód. Zacznie on bynajmniej przestrzegać jakiekolwiek zasady moralne i rozumieć, że życie nie kończy się śmiercią, że istnieje pewna odpowiedzialność w życiu pozagrobowym. O tym właśnie mówi buddyzm, że po śmierci, odpowiesz za wszystko co uczyniłeś w życiu. Dla mnie, przypuśćmy, to był taki krok. Oczywiście, lepiej byłoby gdybym poszedł ku Chrystusowi i nie robił tego dodatkowego, niepotrzebnego kroku. Niepotrzebne kroki zawsze stwarzają duże niebezpieczeństwo, że człowiek utknie i nie zechce pójść dalej. Oto w czym tkwi problem. Bóg – Osoba, i relacje z Nim są najważniejsze w życiu, a oczywiście buddyzm tego nie umożliwia. Buddyzm może dać człowiekowi pewne wartości moralne, ale przy tym też może spowodować wiele efektów ubocznych. Początkowe nauki Buddy – to jedno, ale to, w jakim kierunku buddyzm zaczął się rozwijać w całej swojej historii w różnych regionach – to drugie. Zaczął on rozwijać się o bóstwa, opiekunów, a nawet w jakieś demony… Buddyzm był przynoszony do tego lub innego regionu i nawet demony z ich punktu widzenia – nie z naszego chrześcijańskiego punktu widzenia, a z punktu widzenia miejscowej ludności – on zawierał w sobie, w swoim kulcie, kiedy demoniczne formy zostały nazwane jako oświecone istoty, obrońcami nauki, itd. I w pewnych praktykach buddyści zaczynają zwracać się ku nim i darzyć szacunkiem.

Tak, Begtse[3] itd… wszystkie te obrazki ze stworzeniami, które znajdują się we krwi, z bronią, „ozdobione” ludzkimi czaszkami…

Do tego buddyści wyjaśnią, że jest to w rzeczy samej oświecona istota – to oświecony, który objawił się między demonami, by wykładać im naukę i wyprowadzać z demonicznego stanu. Ale nawet z tego punktu widzenia pojawia się pytanie: „jeżeli pojawia się on wśród demonów, to niech się dla nich pokazuje. Dlaczego my mamy się zwracać do niego w tej demonicznej formie?” Zwracajcie się przynajmniej do tych, którzy objawili się w ludzkiej formie. Ale nie, zwracają się ku demonom. A potem to wszystko zaczyna przynosić efekty. Praktyki, związane ze zwrotem ku nim, potem powodują problemy, które mogą zaprowadzić bardzo daleko.

Widziałem, że w Internecie rozmawiałeś z ludźmi, którzy nazywają siebie rosyjskimi buddystami. Co myślisz o takich rozmowach - na ile adekwatne jest ich wyobrażenie buddyzmu, z tym który ty się zapoznałeś?

Cóż, jesteśmy ludźmi, których wychowano w określonej kulturze. To kultura, która kiedyś uformowała się na fundamencie Prawosławia, a potem długo niszczona była ateizmem. Większość buddystów w moim wieku i nieco starszych – to ludzie, którzy urodzili się w Związku Radzieckim, a potem przyszła moda na Wschód, która swego czasu była bardzo silna. Na takim tle rozrysowało się zainteresowanie wielu osób buddyzmem. Ale w rezultacie u wiele osób stworzyło swoje własne wyobrażenie na ten temat. Są oczywiście tradycyjne szkoły, są ludzie, którzy poważnie próbują zrozumieć, studiują język tybetański i sanskryt, zaczynają grzebać w literaturze, ale mimo wszystko oni pozostają ludźmi naszej kultury. O tym mówił nawet Dalajlama w jednym wywiadzie. Czytałem go już dawno, będąc jeszcze buddystą, i dziwiłem się: „Dlaczego on tak dziwnie mówi?”. A mówił on, że człowiekowi, który wychował się w chrześcijańskim otoczeniu, lepiej pozostać w chrześcijaństwie i nie pchać się w buddyzm, ponieważ on buddyzmu za bardzo nie zrozumie, a może przestać być chrześcijaninem. Tak też, w gruncie rzeczy, często się zdarza, że człowiek zaczyna dostosowywać buddyzm do swoich prywatnych wyobrażeń.

U nas człowiek, który pragnie poznać kulturę chrześcijańską, ma możliwość wejść w żywą tradycję. A człowiek, który mieszkając na terenie centralnej Rosji, Ukrainy lub Białorusi pragnie poznać kulturę buddyjską, ma trudności by wejść w żywą tradycję. Oczywiście można pojechać do Kałmucji, Buriacji, Tuwy – ale i tam komunizm nie przeszedł bez śladu. Pytanie, na ile zachowała się tam niezmieniona tradycja buddyjska. Co wiec rzeczywiście się dzieje? Pasjonujący się buddyzmem u nas, z reguły czerpią informację z opisów dostosowanych do ludzi z kultury chrześcijańskiej, a potem dodatkowo jeszcze dopasowują to do swoich własnych wyobrażeń. I w rezultacie, wychodzi tak, że każdy „rosyjski buddysta” ma swój własny buddyzm, i do tego jest przekonany, że jest to „najbardziej prawidłowy buddyzm”.

Jest coś jeszcze: niektórzy wasi buddyści początkowo studiują buddyzm w Rosji, potem jadą na tereny północnych Indii, gdzie wiele jest tybetańskich monasterów, by tam zagłębić się w żywą tradycję. I dokonując tego „rosyjscy buddyści” mówią: „To zupełnie co innego, niż to, co sobie wyobrażaliśmy! I czym właściwie różni się to od rzeczy, które nie odpowiadały nam w Prawosławiu, np. jakiejś obrzędowości? Tu, u tradycyjnych buddystów jest to samo”. U nas tym, którzy próbują wejść do buddyzmu, często właściwe jest prezentowanie Wschodu w pewnej romantycznej aureoli. Ale ta aureola może rozproszyć się po wyjeździe do Indii lub do innych tradycyjnie buddyjskich państw – i często się rozprasza.

Problem każdej religii tradycyjnej dla danego terytorium polega na tym, że jest wiele ludzi, którzy należą do niej tylko formalnie. Nie interesują się jej nauką, ważne jest dla nich tylko rozwiązanie pewnych ziemskich problemów. W Rosji przychodzą oni do prawosławnej świątyni, żeby poświęcić samochód, ochrzcić dziecko, żeby nie chorowało – i to wszystko. A buddyści w Rosji – to ludzie, którzy świadomie dokonali wyboru, którzy szukają, studiują, praktykują. I kiedy niektórzy zaczynają porównywać prawosławnych z nazwy ze świadomymi buddystami, to pojawia się wrażenie, że ci ostatni wyglądają bardziej korzystnie. Ale jeśli pojedziecie do buddyjskiego kraju lub regionu, to zobaczycie, że tam też większość wierzących ogranicza swoje życie religijne do tego, by za pomocą obrzędów wygonić demony z domu, samochodu, zrobić coś z dzieckiem, żeby nie chorowało – i to wszystko. Żadne „Szlachetne Prawdy” buddyzmu ich najzwyczajniej nie interesują. A wspólnoty prawosławne w takim niechrześcijańskim środowisku, na odwrót, często składają się z głęboko wierzących chrześcijan, ludzi świadomego wyboru. Tego nie rozumie większość naszego społeczeństwa, pasjonująca się buddyzmem. Ale, kiedy ktoś trafi w prawdziwe towarzystwo, w którym większość wiąże się z tradycyjnym buddyzmem, doświadcza zaskoczenia i rozczarowania.

Należy zauważyć, że i sami nasi neofici nierzadko robią bardzo szczególne wrażenie na mieszkańcach tradycyjnych buddyjskich krajów. Kilka lat temu jakiś czas mieszkałem w Tajlandii, tam jeden z rosyjskojęzycznych kanałów telewizyjnych prowadzi rosyjski biznesmen, który postrzega się jako buddystę. I prowadził on na swoim kanale program, gdzie z bardzo poważnymi zamiarami wykładał buddyzm rosyjskim widzom. Do tego, co bardzo ciekawe, Tajlandczycy znający język rosyjski, oglądali ten program jak kabaret: śmieszyło ich to, co słyszeli od tego cudzoziemca o religii, w której wychowują się od dziecka. Do tego problemu odnoszą się między innymi przytoczone przez ciebie słowa Dalajlamy.

Anton, dziękuję bardzo za opowieść. Daj Boże, by każdy człowiek znalazł swoja drogę do Boga.

Z Antonem Gotmanem rozmawiał o. Jerzy Maksimow

[1]Cztery Szlachetne Prawdy” – nazwa tradycyjnej formy zbioru głównych buddyjskich zasad. [2]Przyjęciem schronienia” nazywana jest buddyjska inicjacja, po której przejściu zainteresowany staje się członkiem Sanghi (buddyjskiej wspólnoty). [3] Begtse – jeden z tak zwanych „obrońców wiary”, czczonych w tybetańskim buddyzmie. Sprawowane są przed nim nabożeństwa, prowadzone są również specjalne medytacje na jego podobieństwo.

pravoslavie.ru

— tłum. Justyna Pikutin

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze ze świata

wszystkie →