Gościem ostatniej audycji z cyklu „Pytanie do specjalisty” w Radiu Orthodoxia był dr n med.
Gościem ostatniej audycji z cyklu „Pytanie do specjalisty” w Radiu Orthodoxia był dr n med. Paweł Grabowski, prezes Zarządu Fundacji Podlaskie Hospicjum Onkologiczne, kierownik hospicjum domowego pod wezwaniem Św. Proroka Eliasza w Nowej Woli koło Michałowa, specjalista medycyny paliatywnej. Rozmawiał doc. Jan Kochanowicz.
Czym zajmuje się medycyna paliatywna? Sama nazwa pochodzi od greckiego słowa „pallium”, czyli płaszcz – czyli chodzi o to, aby kogoś otulić, otoczyć opieką. To dziedzina zajmująca się chorym na nieuleczalną chorobę, u kresu jego życia. Obejmujemy opieką chorego, kiedy nie da się już nic zrobić, wyleczyć z choroby nowotworowej, uwolnić od niej. Ale zajmujemy się też rodziną osoby chorej, ona też cierpi, gdy ma chorego w swoim domu, spotyka się z problemami. W tę sytuację zaangażowani są członkowie rodziny, często też sąsiedzi, przyjaciele. Chcą pomóc. Naszą rolą jest nie tylko trzymanie za rękę, ale udzielenie profesjonalnej lekarskiej i pielęgniarskiej pomocy osobie cierpiącej i jej bliskim. W naszym zespole jest też psycholog, fizjoterapeuta, osoba duchowna. Idea hospicjum domowego jest taka, że ostatnie dni życia chory spędza w domu, wśród swoich mebli, bliskich. Lekarz czy pielęgniarka jest u niego kilka razy w tygodniu czy miesiącu, pozostałą część czasu opiekują się nim jego bliscy, których uczymy, jak to zrobić. Mamy też wypożyczalnię sprzętu pomocnego przy opiece nad takim chorym w domu. Można wypożyczyć np. specjalistyczne łóżko, przy którym nie trzeba będzie ciągle schylać, można dojść do chorego z każdej strony, odpowiednio go ułożyć. Nasz terapeuta pokaże rodzinie, jak to zrobić, jak podnieść, przekładać itp. Jak znalazł się pan w Nowej Woli? Ukończył pan studia w Krakowie, na Uniwersytecie Jagiellońskim, pracował w Warszawie. Co skierowało pana na Ziemię Podlaską? W Warszawie robiłem specjalizację. Ale i tak większość wolnych dni spędzałem na Podlasiu. Gdy robiłem specjalizację z medycyny paliatywnej, poznałem wiele pięknych, mądrych, dobrych osób, poświęcających się osobom umierającym. Pomyślałem, sobie, że trzeba zostawić duże miasto, gdzie można zarobić na utrzymanie dużej rodziny, a ja jestem sam. Pomyślałem, że mogę założyć hospicjum w miejscu, gdzie nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby go otwierać. Bo wszędzie będzie daleko, nie będzie to żaden biznes, będą to ubogie tereny. Spotkałem się kiedyś z bp. Jakubem, zobaczył mnie pierwszy raz w życiu, wyjął notes, i powiedział, że jest taka miejscowość, Nowa Wola, i tam może powstać hospicjum. Pojechałem tam, poznałem ks. Jarka Szczerbacza, proboszcza parafii w Nowej Woli, który potem przyznał mi się, że był przekonany, że już tu nie wrócę. Wyjeżdżając pomyślałem zresztą „Panie Boże, chciałem, żeby było daleko, ale nie aż tak”. Ale wróciłem. I zacząłem najpiękniejszą przygodę mojego życia. Powstało hospicjum domowe, chociaż myśleliśmy najpierw o hospicjum stacjonarnym. Do dyspozycji mamy budynek po byłej szkole. Ale bez kontraktu z NFZ, którego ciągle nie mamy, nie dałoby się tego utrzymać. Działamy społecznie, tylko dzięki ofiarności ludzi czy datkom z 1 proc. podatku. Dlatego powstało hospicjum domowe, a w szkole warsztat terapii zajęciowej opiekujący 30 osobami niepełnosprawnymi umysłowo z okolicy. Ci ludzie uczą się tu życia, Co rano dwoma samochodami są zwożeni z okolicznych wsi i po południu odwożeni do domu. To dla nich wielka rzecz, te osoby wracają do domu, mają o czym opowiadać, są w stanie np. pomóc w kuchni. Kogo obejmuje opieką hospicjum domowe? Pod opieką mamy stale kilkunastu chorych, staramy się, aby nie było kolejki. To mieszkańcy gminy Michałowo i Gródek, mamy w planach Narew i Narewkę, ale to na razie trudne ze względów finansowych. Wszędzie trzeba dojechać, a to bardzo kosztowne. Mamy jednak przekonanie, że to dzieło Pana Boga, i pieniędzy na działanie nam nie zabraknie. Są firmy, które pro bono nam pomagają, np. robią księgowość. Nasi podopieczni, ich rodziny, dzielą się z nami swoją biedą. Potrafią wpłacać nam 50 zł co miesiąc, gdy mają 600 zł miesięcznie dochodu. Bardzo chcą abyśmy funkcjonowali. Hospicjum byłoby w stanie objąć opieką większą ilość chorych, gdyby było finansowanie? Pieniądze to nie wszystko. Potrzebna jest też odpowiednia ilość lekarzy i pielęgniarek, a tych brakuje. Do tej pracy nie każdy się nadaje, trzeba mieć odpowiednie predyspozycje, przestawić myślenie. Są choroby, których nie da się wyleczyć. Dla nas sukcesem jest to, że człowiek dożyje swoje życie, podokańcza swoje sprawy, a dzięki nam nie będzie cierpiał, nie będzie go boleć, mieć różnych dolegliwości. Pracując w szpitalu klinicznym, często mam wrażenie, że rodzina czuje się źle, gdy osoba bliska umiera w domu i woli, by umierała w szpitalu. Być może po to powstało to hospicjum wiejskie, aby od tych często prostych, niewykształconych ludzi, zaczerpnąć niebywałej mądrości. Oni chcą umierać w swoim domu, łóżku, pośród bliskich, dostać swoje jedzenie. A bliscy usiłują im tę opiekę zapewnić. Pamiętam pacjenta w Jałówce, którym zajmowało się dwóch synów, pracujących i mieszkających w Białymstoku. Musieli włożyć ogromny wysiłek i czas, aby po pracy tam dojeżdżać, ale uszanowali wolę rodziców. Bardzo wiele osób chce umierać w domu. Także ich bliscy, gdy wiedzą, że mogą zadzwonić do lekarza czy pielęgniarki w razie potrzeby, spytać co robić, albo poprosić aby przyjechać. Medycyna paliatywna to nie tylko ulga w bólu, ale też duchowość? Była taka angielska pielęgniarka, Cecily Saunders, która zakochała w polskim lotniku umierającym na raka w Londynie. Założyła hospicjum i stworzyła pojęcie bólu wszechogarniającego. To nie tylko ból fizyczny, też jest cierpienie psychiczne i duchowe. Umierający człowiek się buntuje, nie zgadza na zmianę swego wyglądu, utratę sprawności. Zastanawia się, jak bez niego poradzi sobie np. żona. Pokazuje jej gdzie są zawory od gazu, prądu, jak się odczytuje liczniki. Są też dylematy duchowe – każdy je ma, czy wierzy czy nie, każdy u kresu życia zadaje sobie pytanie, czy coś jest potem. Czy czeka mnie raj czy piekło. Ludzie robią rachunki sumienia. Dlatego poza lekarzem w naszym zespole jest psycholog i duchowna osoba. Jak to się stało, że w Nowej Woli tak prężnie działają Warsztaty Terapii Zajęciowej? To zasługa ks. Jarka, który chodząc po kolędzie zauważył, że jest tyle osób niepełnosprawnych, którym można pomóc. Poszliśmy za jego intuicją, i okazało się, że są chętni. Zajęcia w WTZ bardzo dużo dają tym osobom, przynoszą owoce. Podopieczni spędzają tu aktywnie czas, uczą się żyć. Ktoś np. pierwszy raz w życiu zamawia pizzę w pizzerii albo kupuje pierwszy raz w życiu ubranie. To bardzo wzruszające chwile. A do tego 14 osób ma pracę: to kierowcy, terapeuci, wychowawcy. Prowadzicie wiele inicjatyw, nagłaśniających waszą działalność. 18 maja odbędzie się rajd rowerowy pod hasłem „ Dla hospicjum, dla życia”. To już trzecia taka impreza. Pojedziemy na bagna, do pustelni ojca Gabriela. To rajd rodzinny, nie więcej niż 25 km w sumie, z przerwą i odpoczynkiem. Będzie też festyn, konkursy. Szczegóły są na stronie www.hospicjum.podlasie.pl. W sierpniu ub. roku odbył się pierwszy charytatywny półmaraton podlaski na rzecz hospicjum, chcemy to powtarzać co roku. Są jeszcze Pola Nadziei w październiku. Chcemy w ten sposób promować ideę hospicjum mówić o tym, co robimy, jak ważne jest ludzkie życie. Chcemy też, aby słyszeli o nas sponsorzy, darczyńcy. Sporo ludzi nam pomaga, otrzymujemy np. za darmo potrzebny sprzęt. Wesprzeć naszą działalność może każdy, rozliczając się z podatku i ofiarowując nam swój 1 procent. Nasz nr KRS to 0000328837.
— Darek Sulima
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.