śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 15 listopada 2025

«A co, jeśli Ja chcę widzieć cię takim?» - o chrześcijańskim stosunku do zdrowia i choroby

Należy pamiętać, że zdrowie jest darem Bożym i aby lekceważyć ten dar, muszą istnieć bardzo poważne powody. Bez nich takie lekceważenie byłoby całkowicie niewłaściwe, a nawet zuchwałe w stosunku do Boga.

0 czytelników poleca

W żywotach świętych możemy przeczytać, jak obojętnie asceci podchodzili do swych cielesnych niedomagań i chorób, a czasem nawet odmawiali leczenia. Znane są również takie słowa: chory człowiek, to szczęśliwy człowiek. Jak więc my, zwykli ludzie, powinniśmy podchodzić do naszego zdrowia? Czy należy o nie dbać i leczyć cielesne dolegliwości, które Bóg zesłał nam w jakimś celu? I jak powinniśmy zachowywać się po chrześcijańsku w czasie choroby?

Wycieńczać swoje ciało?

Wszyscy znamy słowa apostoła Pawła: „Bo chociaż nasz zewnętrzny człowiek niszczeje, to jednak ten wewnętrzny odnawia się z dnia na dzień” (2 Kor. 4,16). Czasami to zdanie staje się dla chrześcijanina okazją do zastanowienia: jakie powinno być podejście wierzącego człowieka do własnego zdrowia? Czytając żywoty świętych, widzimy, że wielu z nich nie tylko umartwiało swoje ciało wszelkiego rodzaju wysiłkami i trudami, ale także całkowicie ignorowali stan swego zdrowia. Wystarczy przypomnieć sobie przykład czcigodnego Serafina z Sarowa, który oddał swoje ciało w ręce bandytów, którzy go pobili i okaleczyli. Możemy przypomnieć sobie przykład czcigodnego Paisjusza Hagioryty, który cierpiał na szereg chorób i zupełnie nie dbał o ich wyleczenie. Wszystko to może skłonić chrześcijanina do myślenia, że poświęcanie uwagi swym chorobom i problemom organizmu jest czymś zbędnym, niepotrzebnym, a nawet sprzecznym z chrześcijańskim życiem.

Jednakże jednocześnie należy pamiętać, że zdrowie jest darem Bożym i aby lekceważyć ten dar, muszą istnieć bardzo poważne powody. Bez nich takie lekceważenie byłoby całkowicie niewłaściwe, a nawet zuchwałe w stosunku do Boga. Można tu przeprowadzić analogię do męczeństwa: znamy wiele przykładów męczenników, którzy mogli ukryć się przed prześladowaniami, ale publicznie deklarowali się jako chrześcijanie i oddawali się w ręce oprawców. Jednak nawet u zarania istnienia Kościoła nie znaczyło to, że wszyscy powinni tak postępować. U Świętych Ojców możemy spotkać się z myślą, że nie należy celowo szukać śmierci z rąk pogan i innowierców. Chociaż czasami ktoś podejmował tego rodzaju działania, nie zawsze były one aprobowane. Oznacza to, że działania człowieka wykraczające, powiedzmy, poza granice zdrowego rozsądku, muszą koniecznie opierać się na duchowym rozumowaniu i doświadczeniu.

Kiedy mówimy o świętych, którzy nie dbali o swoje zdrowie, należy zrozumieć, że ich asceza nie zaczynała się od tego. Do takiego stanu dochodzili stopniowo, i dla nich to umartwianie swego ciała było czymś zupełnie naturalnym na poziomie poświęcenia się Bogu, do którego dążyli. Stawali się oni naprawdę „ziemskimi aniołami i niebiańskimi ludźmi” i ta pełnia istnienia stopniowo wypierała fizjologię. Ale jeśli tak samo do swego zdrowia podchodzi człowiek, który nie osiągnął jeszcze takiego poziomu sukcesu, najczęściej kończy się to tym, że popada on w pokusy, których nie jest w stanie przeżyć w sposób godny i chrześcijański.

Jest jeszcze jedna ważna kwestia: jeśli uważnie przeczytamy żywoty świętych, którzy wykazywali się pewną nieżyczliwością wobec własnego zdrowia, zauważymy, że tak traktowali samych siebie, ale w żadnym wypadku nie innych. Ten sam czcigodny Serafin nikomu nie zabraniał leczyć się, a starzec Paisjusz nikomu nie radził żyć tak, jak on sam. Jedyny przykład innego rodzaju można znaleźć w relacjach czcigodnego Józefa Hezychasty i jego uczniów. Ten athoski asceta XX wieku nie tylko sam przez prawie całe życie nie przyjmował lekarstw ani pomocy medycznej, ale wymagał tego samego od swoich braci. Pewnego razu przyszedł do niego przyszły uczeń z jakąś przewlekłą chorobą i całym pudełkiem lekarstw. Starzec powiedział mu, że dopóki nie wyrzuci tego wszystkiego do morza, nie przyjmie go do swej wspólnoty. Trzeba jednak zaznaczyć, że ten brat rzeczywiście nie miał problemów ze zdrowiem, dopóki przebywał we wspólnocie czcigodnego Józefa, chociaż żył w surowych warunkach i żywił się fasolą, która wcześniej nie mógł jeść. Ale nie mniej znaczący jest inny moment: w podeszłym wieku czcigodny Józef w wyniku swych wysiłków popadł w taką niemoc, że był zmuszony znosić wszystko – zastrzyki, lekarzy – i gorzko żałował w listach swojej dawnej zarozumiałości. Nawet ten gigant ducha, który niejednokrotnie sprawdzał na sobie granice ludzkich możliwości, musiał przyznać, że zarówno lekarze, jak i leki są potrzebne. I wydaje się, że jeśli w jego poprzednich przekonaniach była choć odrobina dumy i próżności, Bóg i z tego go uzdrowił.

Ostrożnie, ale bez obaw

W normalnym życiu wierzący człowiek powinien dbać o swoje zdrowie, utrzymywać dobrą kondycję fizyczną, leczyć swoje choroby, zapobiegać im i dziękować Bogu za to, że dał mu choć trochę zdrowia. Jeśli chrześcijanin potrzebuje specjalnej diety, ponieważ ma, powiedzmy, wrzody żołądka, to powinien ją sobie zapewnić; jeśli ma, powiedzmy, problemy z układem nerwowym i musi koniecznie kłaść się spać o tej samej porze – to znaczy, że należy dołożyć wszelkich starań, aby tak właśnie było. A to, co robimy wbrew zaleceniom lekarzy i ze szkodą dla naszego stanu zdrowia, należy uznać za grzech.

Jednakże bardzo ważna jest jedna kwestia: do swego zdrowia należy podchodzić ostrożnie, ale nie z obawą. W nadmiernej ostrożności, ciągłych obawach przed przemęczeniem, przepracowaniem, choćby w niewielkim stopniu, również nie ma nic dobrego. Przykłady takiego dobrego podejścia – ostrożnego, ale nie pełnego obaw – możemy ponownie znaleźć w żywotach świętych. Wiemy na przykład, że święty Teofan Pustelnik i święty Ignacy (Brianczaninow) cierpieli na różne choroby przewlekłe i prowadząc ascetyczne życie, walczyli z nimi wszelkimi możliwymi sposobami i starali się osłabić ich wpływ na swój organizm. Co więcej, z biegiem lat zdobyli taką praktyczną wiedzę w tej dziedzinie, że mogli już udzielać porad swym duchowym dzieciom.

Jednak zdarza się również, że dbamy o swoje zdrowie, a Bóg mimo to daje nam chorować. Niektórym ciężko, innym lekko, ale mimo to w duszy pojawia się pytanie: jak odnosić się do tego Bożego pozwolenia? Oczywiście, w żadnym wypadku nie można uważać, że za naszą gorliwość w dbaniu o zdrowie Bóg powinien był uchronić nas przed wszelkimi chorobami. Jednocześnie nie należy poddawać się fatalizmowi: skoro tak się stało, to znaczy, że nie trzeba leczyć tej choroby, a jedynie ją znosić. Wymaga to dość subtelnego, serdecznego zrozumienia: trzeba walczyć, a jednocześnie pokornie się na to godzić. Na ten temat istnieje uderzający przykład w biografii kolejnego ascety z Góry Athos – Efrema z Katunaki. W jego życiu był okres, kiedy całe jego ciało pokryło się mokrą egzemą. Doświadczał ogromnych cierpień, ponieważ cała jego skóra przypominała jedno wielkie oparzenie. Oczywiście modlił się do Boga o ulgę i uzdrowienie, ale wszystko pozostawało bez zmian i żadne środki nie pomagały. W pewnym momencie gdy był już zupełnie wyczerpany usłyszał skierowany do niego głos Zbawiciela: „A jeśli Ja chcę cię widzieć takim?”. W jego sercu natychmiast zrodziła się wewnętrzna odpowiedź: „Jeśli, Panie, tego chcesz, to niech tak będzie!”. W tym momencie jego serce wypełniło się radością i przestał odczuwać cierpienie. A potem choroba ustąpiła – wyzdrowiał. I wydaje mi się, że w momencie, gdy choroba wyczerpała już wszystkie nasze siły, powinniśmy przypomnieć sobie te słowa. Przypomnieć sobie, aby znaleźć w sobie siłę, by odpowiedzieć Bogu w ten sam sposób, a jednocześnie znaleźć pocieszenie, a może nawet zacząć wracać do życia.

Czy człowiek chory to człowiek szczęśliwy?

W dzisiejszym świecie, gdzie bardzo wielu ludzi jest podatnych na rozleniwienie, nie ma chyba nic, co tak skutecznie doświadczałoby i trenowało człowieka w sensie duchowym, jak choroba. Wielu świętych mówiło, że chory człowiek to szczęśliwy człowiek: nie musi wynajdywać i podejmować wyzwań – otrzymuje gotowe zbawienie, wystarczy je tylko przyjąć i z niego skorzystać.

Mówiąc o tym, rozumiem, jak trudno jest osobie naprawdę chorej zaakceptować myśl, że nie jest ona niczego pozbawiona, a wręcz przeciwnie - z duchowego punktu widzenia - obdarowana. Ale rzecz w tym, że doświadczenie to nie zrodziło się w jakichś abstrakcyjnych okolicznościach – zostało sformułowane przez świętych, którzy sami przeżyli ciężkie i długotrwałe choroby. Na przykład, czcigodny Ambroży z Optiny nie uważał swego całkowicie zrujnowanego zdrowia ani za nieszczęście, ani za tragedię. A przecież nie tylko leżał chory, nie tylko był osłabiony – wystarczy przypomnieć sobie, że niemal nieustannie dręczyła go gorączka, którą wielu z nas trudno byłoby wytrzymać nawet przez kilka dni. A mimo to uważał, że Bóg dał mu warunki najbardziej sprzyjające jego zbawieniu i był człowiekiem dowcipnym, towarzyskim i... szczęśliwszym niż wielu całkowicie zdrowych ludzi. Takich ludzi można czasem spotkać również wśród dzisiejszych chrześcijan, którzy wiedzą, czym jest życie z Bogiem, a jednocześnie cierpią na poważne i długotrwałe choroby: gdy dolegliwości trwają tydzień, powodują znużenie; gdy trwają miesiąc, człowiek naprawdę się nimi męczy; gdy trwają rok, wydaje się, że to nieznośne cierpienie, ale gdy trwają lata i dziesięciolecia, człowiek już inaczej postrzega sens tego wszystkiego.

Jedną z przyczyn praktycznie wszystkich chorób lekarze nazywają stres. Można to ująć inaczej: stan psychiczny człowieka. Nawet osoby niewierzące czasami doskonale rozumieją: jeśli człowiek pozbędzie się lęków, zazdrości, niewybaczonych uraz, pomoże mu to zacząć wracać do zdrowia. Jednak u osoby niewierzącej zrozumienie to często ma charakter błędny, a dla osoby wierzącej jest oczywiste: jeśli przeżywamy coś do tego stopnia, że zachorowaliśmy, to przyczyną tak czy inaczej jest zbyt małe zaufanie do Boga. A kiedy człowiek uczy się ufać Bogu, w zadziwiający sposób dochodzi do świadomości, że niezależnie od problemów zdrowotnych często mimo wszystko żyje, a nie umiera. Umieranie jest procesem względnym: można powiedzieć, że człowiek żył 90 lat, a można powiedzieć, że przez 90 lat przybliżał się ku śmierci. Ale bardzo ważne jest, aby nie umierać przed śmiercią, ponieważ zarówno dla Boga, jak i dla nas samych ma znaczenie, czy nasze lata były naprawdę wypełnione życiem, czy też tego życia nie było.

Czasami mówią mi: „Ojcze, on do samego końca walczył z chorobą, tak bardzo nie chciał umierać, miał w sobie taką wolę życia!”. Ale wola życia nie jest pojęciem chrześcijańskim: ta wola wyraża pragnienie przedłużenia swego życia, a człowiek wierzący powinien dążyć do wewnętrznego, pełnowartościowego życia, nawet jeśli pozostało mu go niewiele. A ta pełnia nie zależy od możliwości pozostałych w stanie zdrowia – polega ona na wierze, wdzięczności, radości i robieniu dla Boga tego, na co jeszcze wystarcza sił.

igumen Nektariusz Morozow (tłum. Justyna Pikutin)

za: pravoslavie.ru

fotografia: levangabechava /orthphoto.net/ 

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Polecane przez czytelników

z ostatniego kwartału
wszystkie →

Najnowsze ze świata

wszystkie →