Nie w cudach i uzdrowieniach Chrystusa widzimy Jego miłość; ona jest w Jego śmierci i cierpieniach. Nie przyszedł na ten świat, aby zabrać nasz ból i smutek, ani nawet odebrać nam śmierć, ale aby samemu wkroczyć w te sprawy, choć zasługiwał na nie o wiele mniej niż ktokolwiek inny.
Pismo Święte, a zwłaszcza Ewangelie, pełne są historii podobnych do tych, które niedawno słyszeliśmy: historii o cudownej mocy oraz miłosierdziu i współczuciu naszego Boga. Jak powiedział Chrystus uczniom Poprzednika: „Idźcie, obwieśćcie Janowi to, co słyszycie i widzicie: niewidomi odzyskują wzrok, chromi chodzą, trędowaci są oczyszczani, głusi słyszą i umarli zmartwychwstają, a ubodzy zwiastują Dobrą Nowinę”. Pierwsze trzy księgi Ewangelii poświęcone są niemal wyłącznie opowiadaniu o cudach uzdrowień, których Zbawiciel dokonał dla niezliczonych rzesz, które do Niego przychodziły.
Jednak za tymi historiami bardzo często kryje się inna, zupełnie odmienna historia. Prawie zawsze są to historie ludzi, którzy cierpieli latami, a nawet dziesięcioleciami, zarówno sprawiedliwych, jak i grzeszników, bez żadnego znaku, że Pan wysłuchał ich modlitw lub przejął się ich bólem. Kobieta z krwotokiem z niedzielnej Ewangelii cierpiała przez dwanaście lat i chociaż wydała wszystko, co miała, została z niczym, jej stan tylko się pogorszył. Pewien mężczyzna leżał przy sadzawce Betesda przez trzydzieści osiem lat, zmuszony raz po raz patrzeć, jak inni są uzdrawiani mocą Boga, podczas gdy sam był pozostawiony bez jakiejkolwiek pomocy. Biedny Łazarz całe życie leżał głodny przed domem bogacza, widząc, jak ten każdego dnia dostatnio się odżywia, podczas gdy sam Łazarz nie miał nawet nikogo, kto by odpędził psy, które przychodziły lizać jego rany. Zachariasz i Elżbieta, Joachim i Anna, choć sprawiedliwi ponad wszystkich w swoim pokoleniu, spędzili całe swoje życie pod przekleństwem bezpłodności, postrzeganej przez ich świat jako ostateczny znak sądu i niezadowolenia Boga. I wreszcie, w Ewangelii Jana zapisane jest to, co na pierwszy rzut oka wydaje się być najbardziej niezrozumiałym stwierdzeniem w całym Piśmie Świętym: „Miłował zaś Jezus Martę i siostrę jej, i Łazarza. Gdy więc usłyszał, że jest złożony niemocą, wówczas pozostał dwa dni w miejscu, gdzie był”.
I tak często dzieje się z nami. Modlimy się, a nie zostajemy uzdrowieni. Błagamy Pana, aby oszczędził naszych bliskich, a jednak patrzymy, jak umierają. Przychodzimy do Kościoła Świętego, uczestniczymy w Świętych Misteriach i wyznajemy przed Panem nasze grzechy, a jednak nasze namiętności nie ustępują. Przychodzimy do klasztoru, aby pokutować, i chociaż przez lata żyjemy życiem monastycznym, czasami nasza grzeszność zdaje się tylko pogłębiać.
Najczęstszym – i najmocniejszym – argumentem podnoszonym przez niewierzących jest to: dlaczego wszechdobry i wszechmocny Bóg (jeśli On istnieje) dopuszcza na świecie tyle zła, bólu i cierpienia? Jeśli szczerze i uczciwie stawimy czoła realiom otaczającego nas świata, to pytanie niechybnie nas poruszy. Bardziej niż kiedykolwiek w historii świata, rozglądamy się wokół i widzimy tyle nienawiści, zepsucia, cierpienia, okrucieństwa i bezsensu, że dostrzeżenie i zrozumienie tego wszystkiego byłoby dla niemal każdego z nas nie do zniesienia. I choć chrześcijańscy filozofowie i apologeci mogą wysuwać wiele błyskotliwych i trafnych argumentów, prawda jest taka, że żaden ich argument nie ma znaczenia w obliczu zła, cierpienia i śmierci, które ogarniają świat, w którym żyjemy.
A jednak, pomimo tego wszystkiego, wierzymy całym sercem w Boga niezgłębionej miłości, miłosierdzia i współczucia.
Dlaczego? Czy dlatego, że – jak w przypadku niedzielnej Ewangelii – wszystkie te historie mają szczęśliwe zakończenie? Zbyt często historie takiego nie mają. „Jak ciasna brama i wąska droga prowadzą do życia”. W świecie, w którym mężczyźni i kobiety mają wolną wolę, nie ma gwarancji szczęśliwego zakończenia. Cierpienie i ból, które niektórych prowadzą do pokuty, zbyt często prowadzą innych jedynie do goryczy, rozpaczy i śmierci.
I znowu, pomimo tego wszystkiego, wierzymy całym sercem w Boga niezgłębionej miłości, miłosierdzia i współczucia.
Nie ma argumentu, który mógłby kogokolwiek o tym przekonać. Nie ma racjonalnego wyjaśnienia, żadnej teodycei, żadnego intelektualnego uzasadnienia, które jasno i klarownie wyjaśniłoby, dlaczego Bóg stworzył i dopuścił taki świat. Jest – i może być – tylko jedna odpowiedź.
Odpowiedź, słowami jednego ze współczesnych teologów prawosławnych, brzmi następująco: „Dla nas Miłość jest postacią martwego Żyda, trupa, wiszącego na drzewie Krzyża poza świętym miastem Jerozolimą, zdradzonego przez swój lud, zabitego przez pogan w najohydniejszej śmierci, jaką może ponieść człowiek”.
To nie przede wszystkim w cudach i uzdrowieniach Chrystusa widzimy Jego miłość; ona jest w Jego śmierci i cierpieniach. Nie przyszedł na ten świat, aby zabrać nasz ból i smutek, ani nawet odebrać nam śmierć, ale raczej, aby samemu wkroczyć w te sprawy, choć zasługiwał na nie o wiele mniej niż ktokolwiek inny, i przemienić je swoją ubóstwiającą obecnością, znieść najgorszą z naszych brzydot i grzeszności, przyjąć na siebie najstraszniejszy smutek, najgorszy ból i najohydniejszą śmierć –wszystkie konsekwencje naszego upadku – i przekształcić je w środek naszego zbawienia i zjednoczenia z Nim. Przyszedł i podążył za nami aż do najgłębszych otchłani piekła, abyśmy bez względu na to, jaka ciemność nas ogarnia, bez względu na zło, jakie widzimy wokół siebie lub w sobie, bez względu na pustkę, jaka wypełnia nasze serca, mogli szczerze powiedzieć całą duszą i całym sercem: „Bóg jest z nami!”.
Nie wierzymy w miłość i moc Boga pomimo zła, grzechu i śmierci. Nie usprawiedliwiamy faktu, że On na nie pozwolił, ale wierzymy, ponieważ On sam to wszystko przyjął. Ojcowie uczą nas, że Bóg mógł wybrać inną drogę, aby nas zbawić – ale wybrał tę, ponieważ najdoskonalej ukazała nam Jego miłość.
A On dał nam to jako sposób na okazanie Mu naszej miłości: zaufanie, bez żadnego racjonalnego dowodu ani logicznej gwarancji, że jeśli On pozwala nam cierpieć, jeśli pozwala nam chorować, jeśli nawet pozwala nam lub naszym bliskim umrzeć, to czyni to jedynie z miłości do nas i dla naszego zbawienia. Wierzyć całym sercem, że „Niemoc ta nie jest ku śmierci, ale na chwałę Bożą, aby Syn Boży został przez nią uwielbiony”. Jak napisał inny współczesny autor: „To wielki zaszczyt – słyszeć milczenie Boga w swoim życiu i odpowiadać na nie wdzięcznością!”.
I nie zapominajmy, że wiele szczęśliwych zakończeń tych historii wcale nie nastąpiło w trakcie tego ziemskiego życia. Córka Jaira umarła. Żebrak Łazarz i Łazarz – przyjaciel Chrystusa umarli. Jedyny moment odkupienia łotra nastąpił dopiero w ostatniej chwili jego życia; dopiero gdy wisiał umierając na drzewie, bez żadnej nadziei na ziemi, złożył wyznanie wiary i otworzyły mu się bramy raju.
Dlatego w Ewangeliach słyszymy tak wiele historii ze szczęśliwym zakończeniem – abyśmy wiedzieli i byli pewni, że nawet jeśli sami nigdy nie zobaczymy ani nie doświadczymy czegoś podobnego w tym zepsutym świecie, to to, „czego oko nie ujrzało i ucho nie usłyszało, i co do serca człowieka nie wstąpiło, to przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. Amen.
igumen Gabriel (tłum. Gabriel Szymczak)
za: holycross.org
fotografia: anamariaavraam /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.