śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 21 sierpnia 2011

Dlaczego dzieci wierzących rodziców opuszczają Cerkiew?

Problem omawiają ks. Gieorgij Taraban – sekretarz diecezji sumskiej Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego; ks.

0 czytelników poleca

Problem omawiają ks. Gieorgij Taraban – sekretarz diecezji sumskiej Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego; ks. Witalij Szatochin – wykładowca seminarium w Kałudze oraz hieromnich Makary (Markisz) – kierownik służby prasowej diecezji iwanowskiej i wozniesienskiej Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego.

Dlaczego dzieci z rodzin wierzących dorastając opuszczają Cerkiew?

Ks. Gieorgij Taraban: Ten problem dotyczy niewątpliwie wszystkich rodziców, w tym również mnie: sam mam nastoletnie dzieci. Analizując go należy być możliwie uczciwym wobec siebie. Na początku trzeba odpowiedzieć samemu sobie na pytanie: co znaczy bycie wierzącym, prawosławnym chrześcijaninem? Jeżeli kryje się za tym tworzenie mitów, które mają usprawiedliwić nasz własny egoizm, to chęć ucieczki od takiej religijności przez młodego człowiek jako wyraz instynktu samozachowawczego jest w sposób oczywisty zrozumiała.

Głównym powodem, według mnie, jest brak prawdziwej miłości. Miłość powinna być okazywana nie tylko własnym dzieciom, ale wszystkim ludziom, których się spotyka na drodze życia. Jeśli miłości faktycznie nie ma, a jej miejsce zajmuje ciągłe pouczanie, jak w tej miłości być coraz lepszym, to jest to początek końca. Małe dzieci jeszcze to zniosą, ale w ich głowach będzie dojrzewało i wzmacniało się pragnienie ucieczki od takiej osobliwej miłości. Kiedy widzimy wyniki takiego nachalnego wprowadzania do Cerkwi na siłę, to rozumiemy, że młody człowiek potrzebuje nowych doświadczeń życia, które obaliłyby fałszywe rozumienie życia duchowego, które niegdyś stało się przyczyną kryzysu światopoglądowego.

Nie chcę pomniejszać znaczenia antykościelnego wpływu współczesnego świata (nawet nie tyle antykościelnego, co antyreligijnego). Społeczeństwo dzisiaj kształtuje bardzo laicki światopogląd, w którym nie ma miejsca dla wartości duchowych. I jest to prawda. To co duchowe jest traktowane jako osobiste, intymne, którego nie wolno uzewnętrzniać. Ponadto dorastające dziecko musi jeszcze posiąść prawo do wyznawania swojej wiary w środowisku rówieśników. To dorosły ma dobrze: ma już pewien status społeczny, w końcu wiele kwestii o charakterze bytowym ma już za sobą. Dziecko zaś musi jednocześnie dopasować się do środowiska kolegów z klasy, przyjaciół, pozostając przy tym osobą wierzącą. To może być bardzo trudne. A jeżeli także w domu nie rozumieją go najbliżsi ludzie, wymagając fałszywej doskonałości duchowej, to wynik jest oczywisty do przewidzenia.

Dlatego jeśli dorastające dzieci opuszczają Cerkiew, to w dużej mierze jest to zasługa treningu hipokryzji, którego zaznały w dzieciństwie. Ale to nie było tak naprawdę wtajemniczeniem w życie duchowe.

Ks. Witalij Szatochin: Mnie się natomiast wydaje, że przyczyn jest wiele. Po pierwsze, dużo zależy od tego, w jakim wieku rodzice dziecka przyszli do Cerkwi. Czy dorastali od samego dzieciństwa w wierzących rodzinach, czy przyszli do Chrystusa w wieku dojrzałym? Są to zupełnie odmienne sytuacje. Jeśli jakaś osoba wychowała się w rodzinie chrześcijańskiej, to od małego przejęła w sposób naturalny chrześcijański sposób życia. Wszakże nasza wiara powinna przejawiać się nie tylko w świątyni. Jeżeli człowiek nabył doświadczenie trwania w wierze oraz życia z Bogiem każdego dnia, w każdej chwili, to będzie mógł przekazać to również swoim dzieciom.

Myślę, że w większości przypadków Cerkiew porzucają dzieci rodziców, którzy sami doszli do wiary nie tak dawno temu. Jest to zrozumiałe: lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku, masowe powroty ludzi do świątyń, ku Chrystusowi. Teraz ci ludzie starają się wprowadzić do Cerkwi swoje dzieci. A sposób, w jaki to robią, budzi wątpliwości. Zazwyczaj starają się przyprowadzać dzieci do świątyni, zapisać na zajęcia z religii. Ale właściwie do tego wszystko się często ogranicza. A przecież należy, mówiąc językiem zrozumiałym, przyjaźnić się z dziećmi. Należy pozostawać z nimi w głębokich relacjach. I jeżeli rodzic jest dla dziecka autorytetem, jeżeli dorosły jest takim starszym przyjacielem i nauczycielem dla dziecka, to ów dorosły będzie mógł przekazać miłość do Boga i Jego Kościoła.

Duży kłopot stanowi wiek dojrzewania. Powszechnie wiadomo, iż po 12-13 roku życia wiele dzieci przestaje chodzić do świątyni. Z reguły widzimy w szkółkach niedzielnych dzieci od siódmego do trzynastego roku życia. Jeżeli są czternasto-, szesnastoletni parafianie, to jest to duże osiągnięcie szkółki niedzielnej, gdyż zatrzymano w Cerkwi dzieci w wieku dojrzewania. Korzystając z doświadczenia swojej posługi w charakterze ojca duchowego w szkółce niedzielnej naszej parafii, śmiem stanowczo stwierdzić, że pozostają tam te dzieci, których rodzice są związani z Cerkwią od dawna i to w sposób bardzo zaangażowany. To taka młodzież zostaje na lekcjach z katechezy. Dlaczego? Dlatego, że razem ze swoim tatą i mamą chodzą do spowiedzi, wspólnie podchodzą do Eucharystii, obchodzą święta, pielgrzymują. Dla nich jest to naturalne, normalne życie, nie zaś niespodzianka: mama raptem przyprowadziła dzieciaka do świątyni i każe się spowiadać, bo musi, i jest to dla jego dobra.

Po drugie, bardzo ważne jest środowisko. Rodzice powinni dbać o to, żeby otoczyć dziecko, szczególnie nastolatka, wierzącymi rówieśnikami. A nawet poważnymi, dobrymi dziećmi w wieku nieco starszym. Czym jest właściwie okres dojrzewania? Dziecko przechodzi ze stanu dziecięcego w dorosły. I szuka autorytetów dla siebie poza kręgiem rodzinnym. Zostaje dla niego autorytetem ktoś z ulicy, klasy, jacyś znajomi, nauczyciele. I w tym momencie mądry rodzic powinien zadbać o to, ażeby dziecko znalazło sobie w charakterze autorytetu człowieka wierzącego, brało z niego przykład, naśladowało jego zachowanie. Żeby zapamiętywało jego słowa, umiało przyjąć jego zarzuty wobec siebie, starało się utrzymać w pamięci jego pouczenia jako coś ważnego. W tym celu, powtórzę się, rodzice powinni włożyć jak najwięcej wysiłku. A co potem — to już Bóg decyduje. Rzecz jasna, stoczyć się duchowo może każdy człowiek, w tym również praktykujący, dorosły, prawosławny chrześcijanin. Co dopiero dziecko poznające świat, które chętnie odda się nowym pasjom. Jeśli niebawem nastolatek pozna interesującego człowieka niewierzącego, który stanie się dla niego autorytetem, to istnieje wielkie niebezpieczeństwo, że dziecko odejdzie z Kościoła. Rodzice przestają być autorytetem dla dorastających dzieci właśnie w tym wieku. Ich słowa nie znaczą już tyle, co kiedyś.

Mówi się, że są dwa okresy szczytowe odejścia z Kościoła: nastoletni oraz studencki.

Ks. Witalij Szatochin: Okres studencki jest czasem, kiedy człowiek staje się w pełni osobą. Kiedy dojrzewa do odpowiedzi na podstawowe pytania: po co żyje, czym będzie się w życiu zajmował, co jest dla niego najważniejsze w życiu itd. Ale z reguły dojrzewa do tych myśli w atmosferze domu studenckiego, w atmosferze jakiegoś życia ulicznego, nieformalnego środowiska underground. Nie zawsze sprzyja to odnalezieniu Prawdy. Na podstawie własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że zwykle młodzi ludzie w tym wieku mają gąrące pragnienie poznać świat religijny, mistyczny. Jednakże często w tym samym czasie chłopak czy dziewczyna zaczynają poważnie grzeszyć, co będzie przeszkadzało im wejść w sposób harmonijny w życie cerkiewne. Jeżeli na fali poszukiwania czegoś mistycznego, kiedy młoda dusza pragnie poznać świat duchowy i religijny, człowiek spotka myślącego chrześcijanina czy dobrą prawosławną książkę, to jest duże prawdopodobieństwo, ze przyjdzie on do świątyni. Jednak najczęściej środowisko kościelne, nieznajome i niezrozumiałe dla współczesnego nastolatka, odpycha go. A jeżeli młody człowiek był już przed tym praktykującym chrześcijaninem, to często przeszkadzają mu poważne grzechy, nieczystość seksualna albo zafascynowanie fałszywą mistyką. W dodatku młody człowiek, szczególnie w wieku dwudziestu lat, pragnie być nowoczesny. Rzecz jasna, jeżeli w rodzinie wyrobiono w nim twarde trzymanie się swoich zasad, to niezależnie od ducha tego świata, zniesie taką próbę. W przeciwnym przypadku pragnienie bycia nowoczesnym wypędzi go ze świątyni: wszystko tu będzie dla niego cudze, starożytne, archaiczne. Tu są babcie, mało młodych ludzi. Nakazują przestrzegać jakichś niemodnych zasad, w dodatku słychać tu niezrozumiały język. Wszystko tu pokryte jest kurzem historii. Z kolei młody człowiek potrzebuje czegoś ultranowoczesnego. A prawosławie nigdy nie będzie ultranowoczesnym, jeżeli rozumiemy pod wyrazem nowoczesność obecną modę, duch czasu, pobłażanie namiętnościom.

Niektórzy księża twierdzą, że mniej więcej 75 procent praktykujących nastolatków przestaje chodzić do cerkwi. Przeraziłem się, kiedy uświadomiłem sobie o czym świadczą te zatrważające liczby: z dziesięciu nastolatków ośmiu odchodzi. Czy ojca zdaniem te statystyki są prawdziwe?

Ks. Gieorgij Taraban: Miałbym zastrzeżenia co do takich proporcji — 8 z 10. Nie wiem, czy tak faktycznie jest. Ale nawet gdyby takie statystyki były przesadzone, to i tak jest to powód do niepokoju. Wydaje mi się, że w beztroskim okresie dzieciństwa nikt im nie wytłumaczył, że mają przed sobą inny etap życia. Bywa tak, że przez lata dziecko regularnie podchodzi do Eucharystii, przy tym nie tłumaczy mu się, w czym właściwie uczestniczy. Mówię teraz nie o niemowlętach, lecz o dzieciach, które mają 3 - 4 lata i więcej. Dzieciom w tym wieku wypada wytłumaczyć przynajmniej, że w kielichu są Święte Dary, natomiast Eucharystia jest świętem. Na to święto czekają. A wszyscy ludzie się z niego cieszą i przychodzą pięknie ubrani do świątyni żeby podejść do Eucharystii. Czas na teologię Liturgii przyjdzie później (najprawdopodobniej w postaci odpowiedzi na zadawane przez dziecko pytania). Ważne jest przekazanie przystępnego wytłumaczenia (a raczej nawet przeżycia) doniosłości oraz majestatu tego, co się odbywa w świątyni. W przeciwnym razie dziecko, nie rozumiejąc, odbiera wszystko jako pewien rytuał, który należy wykonać, aby mama albo babcia, bądź też ktoś zupełnie inny nie został przez nie rozczarowany. A przy sprawowaniu rytuału możliwe są przecież małe sztuczki, po przyswojeniu których łatwo przejść do banalnego cynizmu. Jeżeli grzecznie idące za rączkę do cerkwi dziecko nie odnajdzie duchowych podstaw dla swego wzrastania, zatrzyma się w duchowym rozwoju na etapie wiecznego niemowlęctwa.

Czasami nawet dorośli, przychodząc do świątyni, nie zawsze wiedzą, jak to być chrześcijaninem nie tylko w świątyni, ale również w domu, w pracy, w środowisku, gdzie panują odmienne reguły. A jak się ma czuć dziecko? Jeden z petersburskich psychologów pisał o społecznym sieroctwie. Dlatego jeśli już ktoś opuszcza środowisko cerkiewne, to najczęściej są to dzieci, które zostały sierotami (nie duchowymi, lecz społecznymi). Dzieci, które nie usłyszały, że Pan zna ich trwogi i kocha je bardziej niż najbliżsi ludzie.

Co robić? Sądzę, że odpowiedź jest zawarta w odpowiedzi na pierwsze pytanie. Nauczyć się kochać dzieci — jest to najważniejsze i największe z tego, co należy uczynić. W każdym razie należy o to nieustannie się modlić, żeby Pan odkrył i skierował każdego z nas na tę drogę. Wszystko pozostałe to detale. Główną przeszkodą jest własny egoizm, który wyrasta z laickości tego świata. Oto jest pierwszy wróg, zabierający nasze dzieci od nas samych oraz od Chrystusa.

Obecnie tworzy się przy parafiach sekcje sportowe, kółka, kluby w celu zatrzymania młodzieży. Jak ksiądz uważa, czy będzie to pomocne?

Ks. Gieorgij Taraban: Praca w kołach — zajmowałem się nią na początku mojej drogi. Jestem przekonany, że jest to bardzo obiecujący kierunek. Poza procesem edukacyjnym, który i bez tego jest bardzo nasycony, zachęcenie dzieci do tego, by znów usiadły w ławkach i zgłębiały prawo Boże w klasycznej formie jest bardzo trudne. Opinia specjalistów, którzy zajmują się tym tematem, brzmi następująco: należy poszukiwać takie metody, które wkładałyby treści duchowo-moralne w różne rodzaje aktywności człowieka dzisiaj, ( w tym również dzieci). Takie próby są podejmowane. Stopień sukcesu zależy od tego, na ile interesująca i spójna jest osoba wychowawcy (nie zawsze jest to ksiądz) i na ile szczerze to się robi. Dzieci są gotowe wybaczyć przypadkowe uchybienia, ale żadna bylejakość nie przejdzie — nikt nie będzie praktykował, gdy spotka się z kiepskim przekazem. W związku z tym rodzi się pytanie: czy wszyscy są gotowi do realizacji tego celu. Jeśli nie, to nie należy tego nawet zaczynać. Lepiej poszukać w sobie innych talentów. Temu natomiast, kto jest gotów, niech sam Bóg dopomoże!

Ks. Witalij Szatochin: Potrzebne jest życie parafialne, bogate i wielokierunkowe. Należy zorganizować jakąś wspólną sprawę. Przykładowo, można zająć się oczyszczaniem miejscowych jezior albo uporządkowaniem terenu; zorganizować dyskusję z protestantami, ze świadkami Jehowy; odwiedzić kombatantów, pomóc im w sprzątaniu mieszkań; zrobić własnymi rękami jakieś wyroby, które będzie można przekazać domom dziecka. A można po prostu zorganizować wspólną wyprawę. Generalnie, życie parafialne powinno być żywe i maksymalnie urozmaicone; najważniejsze, żeby nie było nudno.

W życiu człowieka przydatne może zostać jakakolwiek aktywność. Dodać do niej trochę soli prawosławnego rozumowania świata — i będzie to wystarczające, żeby dziecko pozostało w Cerkwi. A jeżeli panuje tam żywa atmosfera młodzieżowa i dziecko znajdzie sobie tam przyjaciół, szanse na utrzymanie młodego człowieka na łonie Cerkwi są duże. Nawiązując do rozmowy, ja osobiście zwróciłem się do Boga w wieku nastoletnim.

I jeszcze jedno. Dla mnie wyznacznikiem jest sytuacja, kiedy dziecko przychodzi na służbę samo, bez mamy. Przychodzi nie dlatego, że zapłacono mu pieniążki za czytanie i nie dlatego, że jutro ma egzamin, lecz po prostu przychodzi się pomodlić rozumiejąc, że potrzebne mu jest oczyszczenie sumienia. Takich dzieci jest niewiele, ale te, które tak postępują, już nie odchodzą z Kościoła. Natomiast pozostali... Póki dziecko nie jest w stanie sprzeciwić się woli rodziców, jest przymuszane do chodzenia do świątyni. Ale jak tylko uzyska możliwość zrezygnowania z «powinności» cerkiewnej, powie: Nie chce, - i więcej w świątyni już się nie pojawi. Czy można będzie w takim przypadku stwierdzić, że to dziecko było związane z Cerkwią, jeśli uczęszczało na nabożeństwa wyłącznie z mamą? Mam sporo wątpliwości...

Hieromnich Makary (Markisz): Nie wszystko pochodzi od rodziców, ponieważ człowiek, w tym również młody, posiada autonomiczną, wolną wolę. A u nas jest przyjęto zapominać o tym i mówić o nastolatkach jak o pewnych mechanizmach, w najlepszym wypadku o zwierzętach domowych, które z większym czy mniejszym powodzeniem poddają się tresurze... Jest to przerażające, a efekt takiego traktowania młodzieży jest możliwy do przewidzenia.

Umówmy się, nie ma nastolatków. Istnieją osoby, każda jest inna. Pierwsza różnica to płeć, i jakikolwiek ksiądz (także pedagog, policjant, jak również śledczy zajmujący się sprawami karnymi) potwierdzi, że z chłopcami kłopotów, nieszczęść i smutku jest dużo więcej, niż z dziewczętami. Dlaczego — to osobne pytanie. Na razie po prostu przyznajmy, że chłopcy potrzebują szczególnej troski i uwagi, przy tym proporcjonalnie do tego, w jakim stopniu przejawiają się w nich cechy wyłącznie męskie.

Wielu kapłanów mówi, że nie mamy aktywnego życia parafialnego, dlatego właśnie nastolatki opuszczają Cerkiew. W jaki sposób można przywrócić wspólnotę?

Ks. Witalij Szatochin: Życie wspólnotowe zaczyna się od gotowości księdza, by spędzać cały swój wolny czas z parafianami. Jeżeli ma odwagę przywrócić wspólnotę, to będzie spędzał czas z ludźmi, zapraszał na herbatę, rozważania nad dzisiejszą Ewangelią albo rozwiązanie problemów bliźnich. Innymi słowy życie wspólnoty parafialnej składa się właśnie z pewnych całkiem zwyczajnych działań. Z reguły jednak duchowny po prostu nie ma na to ochoty. Ale bywa tez inna przyczyna: kapłan jest bardzo zajęty. Księża mogą brać udział jednocześnie w kilku rodzajach posługi: działalności w szpitalach, organizacjach kozackich, seminarium, szkole wieczorowej, szkółce niedzielnej... Ale przecież praca z ludźmi nie znosi bylejakości. Jeśli człowiek ma na głowie dużo spraw jednocześnie, to będzie się zajmował nimi niestarannie. Żeby pracować z ludźmi wydajnie, należy zajmować się czymś jednym. Sytuacją idealną jest, kiedy do obowiązków księdza należy tylko sprawowanie nabożeństw i zajmowanie się sprawami parafii. Właśnie wtedy duchowny ma możliwość oddawania wszystkich sił dla dobra parafii i rzeczywiście uczenia ludzi życia duchowego, pomagając im w rozwiązywaniu codziennych spraw.

Słyszałem od niektórych księży, że wykłady z Pisma Świętego dla nastolatków nie są zbyt pasjonujące. Co Ojciec o tym sądzi? Jeżeli zaproponujemy nastolatkom zbieranie się na herbatę w celu poznawania i analizowania Pisma z księdzem, czy będzie to dla nich ciekawe?

Ks. Gieorgij Taraban: To dobrze, że księża zaczęli zauważać, że nie zawsze utarte schematy są na czasie. Przecież istnieje nauka zwana pedagogiką, posiadająca wiele gałęzi (ogólna, pedagogika wieku, porównawcza, teoria i metodyka wykładania, metodyka pracy wychowawczej i inne), która, niestety, nie jest wykładana na odpowiednim poziomie w szkołach kształcących duchownych. Z tej właśnie przyczyny księża korzystają ze swoich doświadczeń z dalekiej, szkolnej przeszłości. A przecież obecnie wszystko jest znacznie ciekawsze: coraz bardziej dostępne jest doświadczenie innych krajów. Pewnego razu byłem świadkiem tego, jak przebiegała lekcja z pedagogiem-obcokrajowcem: zaangażowane były wszystkie narządy zmysłów na generalnie pozytywnym tle emocjonalnym. Miałem wrażenie, że oni po prostu krok po kroku robili to, co było napisane w naszych starych podręcznikach z pedagogiki. Dlatego należy myśleć nie o piciu herbaty, lecz na poważnie usiąść nad nauką pedagogiki i psychologii.

W środowisku cerkiewnym wspólne picie herbaty wcześniej czy później kończy się obgadywaniem kleru i przekazywaniem plotek i przeróżnych historii. Jeśli się nie pojawi żaden cel dydaktyczny albo wychowawczy, to nasze grzeszne przyzwyczajenia oraz słabości szybko wypełnią tę lukę.

Inaczej jeśli rozmowa z kubkiem herbaty jest dobrze przemyślanym chwytem pedagogicznym, z którym wiążą się konkretne cele. Na przykład, ksiądz albo ktoś z dorosłych, kogo dzieci bardzo szanują, będzie osobiście podawał jedzenie, dając przykład gotowości służenia nawet najmniejszemu. Będzie to wywierało duże wrażenie. Najważniejsze, żeby to było szczere. W takiej atmosferze łatwiej jest mówić o tym, jak Zbawiciel umył nogi swoim uczniom. Uwierzcie, nikt się przy tym nie będzie nudził.

Picie herbaty samo w sobie nie jest lekarstwem na wszystko, ale dzięki umiejętnej organizacji może się stać dobrym sposobem przyswojenia ważnych informacji. A może też prowadzić do odwrotnych skutków.

Wydaje mi się, iż najważniejsze jest bycie obok dziecka we wszelkich przejawach jego aktywności życiowej oraz nauczanie go przetrwania jako chrześcijanina w warunkach świata współczesnego. Przecież współczesne dzieci piją nie tylko herbatę. I trzeba żeby ktoś z dorosłych pomógł nastolatkowi zorientować się, jak należy postąpić; gdzie jest granica, której przekroczenie prowadzi w sposób nieunikniony do poważnych następstw; jak stworzyć i zachować spójność swojej duszy.

Rozmawiał Andriej Sigutin

pravoslavie.ru/guest/39176.htm

— Andrzej Nieścierowicz, Szymon Krzyszczuk

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze ze świata

wszystkie →