Taka „duchowość", nawet gdy przybiera chrześcijańskie pozory i stroi się w chrześcijańską terminologię, nie jest duchowością chrześcijańską; jest w istocie jej zdradą. Zbawienie nigdy nie może być „ucieczką", zwykłą negacją, pełnym samozadowolenia rozkoszowaniem się własnym „wycofaniem".
Duchowość pozytywna zawsze miała i wciąż ma, jako swój cień i przeciwieństwo, nawet wewnątrz chrześcijaństwa, duchowość negatywną, której ostatecznym źródłem jest właśnie strach, a więc odrzucenie Bożego stworzenia jako królestwa człowieka, głęboko zakorzenione zaprzeczenie ontologicznej „dobroci" stworzenia.
Nasz czas jest szczególnie podatny na tę negatywną duchowość, a powody tego są jasne. Zmęczony i pozbawiony złudzeń przez chaos i zamęt, które sam wywołał, zmiażdżony przez własny „postęp", przerażony złem, które zdaje się triumfować, rozczarowany wszystkimi teoriami i wyjaśnieniami, odpersonalizowany i zniewolony przez technikę, człowiek instynktownie szuka ucieczki, „wyjścia" z tego beznadziejnie złego świata, duchowej przystani, „duchowości", która utwierdzi go i usprawiedliwi w jego odrazie do świata i strachu przed nim, a zarazem da mu poczucie bezpieczeństwa i duchowego komfortu, którego szuka. Stąd mnożenie się i zdumiewający dzisiejszy sukces wszelkiego rodzaju duchowości eskapistycznych (duchowości ucieczki), zarówno chrześcijańskich, jak i niechrześcijańskich, których wspólną i podstawową tonacją jest właśnie negacja, apokaliptyzm, strach i prawdziwie manichejska „odraza" do świata.
Taka „duchowość", nawet gdy przybiera chrześcijańskie pozory i stroi się w chrześcijańską terminologię, nie jest duchowością chrześcijańską; jest w istocie jej zdradą. Zbawienie nigdy nie może być „ucieczką", zwykłą negacją, pełnym samozadowolenia rozkoszowaniem się własnym „wycofaniem" ze złego świata. Chrystus zbawia nas, przywracając naszą naturę, która nieuchronnie czyni nas częścią stworzenia i powołuje nas, byśmy byli jego królami. On jest Zbawicielem świata, a nie od świata. Zbawia go, czyniąc nas na nowo tym, czym jesteśmy. Ale jeśli tak jest, to zasadniczy akt duchowy, z którego w istocie wypływa cała „duchowość", nie polega na utożsamianiu świata ze złem, istoty rzeczy z ich odstępstwem od tej istoty i jej zdradą, ostatecznej przyczyny ze skażonymi i złymi skutkami tej przyczyny. Polega on nie po prostu na odróżnianiu „dobra" od „zła", lecz właśnie na rozpoznawaniu istotnej dobroci wszystkiego, co istnieje i działa, jakkolwiek złamane i poddane złu byłoby jego istnienie. „Cały świat leży w złu" (1 J 5, 19), ale świat nie jest złem. Jeśli pierwsza duchowa pokusa polega na utożsamieniu jednego z drugim, to duchowość chrześcijańska zaczyna się od ich rozróżnienia. Żyjemy, to pewne, w złym świecie. Wydaje się, że nie ma granic jego niegodziwości, cierpieniu i okrucieństwu, zamętowi i kłamstwu, grzechowi i zbrodni, niesprawiedliwości i tyranii. Rozpacz i odraza zdają się nie potrzebować usprawiedliwienia; jawią się niemal jako znamiona mądrości i moralnej przyzwoitości. A jednak to właśnie jest pierwszym owocem przywróconej w nas królewskości, że nie tylko możemy, ale, duchowo rzecz biorąc, musimy, przebywając w tym złym świecie, radować się jego istotną dobrocią i uczynić tę radość, tę wdzięczność, to poznanie dobroci stworzenia samym fundamentem naszego życia; że za wszystkimi odstępstwami, całą „złamanością", całym złem możemy dostrzec istotną naturę i powołanie człowieka oraz wszystkiego, co istnieje i co zostało dane człowiekowi jako jego królestwo.
Człowiek nadużywa swojego powołania i w tym straszliwym nadużyciu okalecza siebie i świat; ale samo jego powołanie jest dobre. W swoim obchodzeniu się ze światem, naturą i innymi ludźmi człowiek nadużywa swojej władzy; ale sama jego władza jest dobra. Nadużycie jego twórczości w sztuce, w nauce, w całym życiu prowadzi go w ciemne i demoniczne ślepe zaułki; ale sama jego twórczość, jego potrzeba piękna i poznania, sensu i spełnienia, jest dobra. Zaspokaja swoje duchowe pragnienie i głód trucizną i kłamstwem, ale samo pragnienie i głód są dobre. Oddaje cześć bożkom, ale sama jego potrzeba oddawania czci jest dobra. Nadaje rzeczom niewłaściwe imiona i błędnie interpretuje rzeczywistość, ale jego dar nazywania i rozumienia jest dobry. Nawet jego namiętności, które ostatecznie niszczą jego samego i samo życie, są tylko wypaczonymi, nadużytymi i źle ukierunkowanymi darami mocy. I tak okaleczony i zdeformowany, krwawiący i zniewolony, ślepy i głuchy, człowiek pozostaje królem stworzenia, który abdykował, wciąż będąc przedmiotem nieskończonej Bożej miłości i szacunku. I widzieć to, dostrzegać to, radować się tym, opłakując zarazem upadek, dziękować za to, jest właśnie zasadniczym aktem prawdziwej chrześcijańskiej duchowości, „nowego życia" w nas.
za: Of water and of Spirit, Alexander Schememann, Crestwood 1995, p. 83-85.
fotografia: Aleksander Wasyluk /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.