ndz, 20(7) wrz niedziela, 20(7) wrz 2026 roku juliański
Kalendarz →
Publicystyka 20 września 2026

Wy jesteście Moimi przyjaciółmi, jeśli czynicie, co wam przykazuję

Odnalezienie zagubionego jest dla Boga największą radością. By go odnaleźć, Bóg czasem używa ludzi, swoich przyjaciół, z którymi chce dzielić tę radość. A jeśli Bóg jest miłością, i jeśli ta miłość jest przyczyną i sposobem Jego działania, Jego przyjaciele nie mogą czynić inaczej.

4 czytelników poleca

Dwa miesiące temu straciliśmy Filemona, jednego z naszych kotów. Udało mu się otworzyć drzwiczki transportera i uciec sprzed wejścia do kliniki weterynaryjnej. Spanikowany, przeskoczył na teren sąsiedniej posesji i zniknął.

Od tego czasu wiele razy byłem w mieście, szukając go. Krążyłem wciąż po tych samych ulicach i nawoływałem, nie chcąc tak po prostu odpuścić. Każda podróż do Sokółki to teraz także mniej lub bardziej świadome rozglądanie się po drodze za samotnym, biało-szarym kotem, który może wraca do domu.

Gdy zniknął, był pod moją opieką. Byłem za niego odpowiedzialny. To ja zapakowałem go do transportera, sprawdziłem zamki. Zrobiłem wszystko tak jak zawsze, jak dziesiątki innych razów, kiedy z którymś z kotów trzeba było pojechać. Zawsze wszystko było w porządku – do tego dnia.

Emocje opadły, ale wciąż pozostają pytania. Jak on to zrobił, bo drzwiczki się otworzyły, ale zabezpieczenia nie puściły, nadal były w pozycji „zamknięte”? Gdzie jest? Czy jeszcze żyje...?

Ktoś powie – przecież to tylko kot. Tak. To przybłęda, którego 2 lata temu razem z jego siostrą przyprowadziła dzika matka i u nas zostawiła. Zawsze żyjący trochę obok, bojący się obcych. Nieco nieufny. Ale jednocześnie to Filemon – część naszej ekipy, która bez niego nie jest już taka sama. I to ja go straciłem.

My też się niekiedy gubimy. Uciekamy. Opuszczamy Tego, pod Którego opieką jesteśmy. Majstrujemy przy drzwiczkach życia na tyle mocno i skutecznie, że wyrywamy się Bogu na „wolność”.

Tylko czy to jest rzeczywiście wolność? Czy życie bez Boga naprawdę jest tak dobre? Czy daje nam absolutną swobodę wybierania i czynienia tego, na co mamy ochotę, bez hamulców i niekiedy kosztem czy z krzywdą innych? Czy też to jednak tylko iluzja zarządzania swoim życiem w pełni, iluzja posiadania nad nim kontroli, i naszej samowystarczalności?

Może wydaje się nam, że jesteśmy więźniami Boga. Że On odbiera nam jakąś część decyzyjności. Nakłada na nas kajdany, żądając miłości do siebie – i do naszych bliźnich. Wzywając do przebaczenia, bez ukorzenia się drugiej strony. Do dzielenia się, bez gwarancji otrzymania czegoś w zamian. Do naśladowania Go – aż po krzyż Chrystusa, który nie jest przecież łatwy. I do tego warunkując tym naszą wieczną przyszłość.

Czasem przesuwamy więc Boga trochę na bok, na niedzielę lub święta, bo przecież najważniejsza jest ta zwykła codzienność – świat walki o byt, pozycję, władzę czy naszą wygraną. Wstając rano, sami od razu ustawiamy się w blokach startowych rywalizacji, bo taki jest ten świat; kto nie walczy i nie zwycięża, ten ginie. A na Boga, modlitwę i refleksję przyjdzie jeszcze czas, choćby w niedzielę. Tak przynajmniej myślimy.

Bóg nas jednak nie więzi. Pozwala nam na życie według naszego wyboru, dał nam przecież wolną wolę. Możemy z niej korzystać. Nie siedzimy w klatce, jak siedział Filemon. On uciekł, bo bał się ograniczonej przestrzeni i po kociemu wydawało mu się, że gdy się wyrwie, będzie bezpieczny. Było jednak odwrotnie – wyrwał się ku zagrożeniu.

My też czasem myślimy tak „po kociemu”. Myślimy, że dokonujemy lepszego wyboru, uciekając od Boga. Skutki bywają różne, czasem tragiczne. Ale mamy prawo podejmować takie decyzje.

Ta sytuacja pokazała mi jednak coś jeszcze. Jeśli potrafię tak przeżywać utratę zwykłego dachowca, jeśli ciągle go szukam, ciągle się za nim rozglądam – co „czuje” Bóg, kiedy wyrywa się Mu ktoś z nas? Któreś z Jego dzieci?

Różnica między Nim a mną jest taka, że ja kompletnie nie mam pojęcia, czy Filemon żyje, a jeśli tak – to gdzie jest i w jakim stanie. Bóg natomiast ma stały podgląd na każdego z nas, także na te zagubione owce. To, że ich szuka, jak mówi przypowieść Chrystusa, dla mnie oznacza działanie, by je sprowadzić z powrotem, a nie brak wiedzy o tym, co się z nimi dzieje i gdzie są.

Ostatnie zdania tej przypowieści brzmią: I odnalazłszy ją, kładzie ją sobie na ramiona, radując się. I przyszedłszy do domu, zwołuje przyjaciół i sąsiadów. Mówiąc im: - Radujcie się ze mną, bo odnalazłem owcę moją, tę zaginioną (Łk 15, 5-6). Można byłoby oczekiwać, iż krnąbrna owca „oberwie” za ucieczkę i zszargane nerwy właściciela. Ale nie, on ją niesie z powrotem na swoich ramionach. Raduje się, i z tej radości wyprawia ucztę, bo tak w tamtych czasach uzewnętrzniano radość.

Jedna owca – i uczta dla wielu przyjaciół i sąsiadów tego, który ją odnalazł. Koszt jest nieporównywalny. I jak tu nie mówić, iż na nasze szczęście z miłości do nas Bóg nie jest rozrzutny ponad miarę…

Ta przypowieść ma dla mnie jeszcze jedno znaczenie.

Tak łatwo przychodzi nam potępianie ludzi – tych, którzy odeszli, „zdradzili”, jak czasem się mówi, lub którzy nie uwierzyli. Którzy może i faktycznie jakoś się Bogu zagubili, otworzyli drzwiczki i pobiegli gdzieś przed siebie. Których przy Nim nie ma.

Prawda jest taka, że nikt z nas nie może mieć pewności, że kiedyś sam też tak nie zrobi. Nikt też nie wie, czy czyjeś doświadczenie nie jest czasem „dopuszczone” przez Boga, gdyż po coś jest temu człowiekowi potrzebne. Czy więc mamy prawo potępiać, odwracać się od innych?

Nie mówię tego jako teoretyk, ale ten, który doświadczenie zniknięcia Bogu na długie lata ma za sobą. I który wie, że słowa Chrystusa nie są jedynie piękną opowieścią, ale prawdziwym sposobem działania Boga. Cierpliwego i nie rezygnującego, nawet mimo ponawianej przez człowieka ucieczki. Bóg wydaje się kochać radość, szczególnie z odzyskania tego, co do Niego należy. Gdyby tak nie było, zostawiłby ludzkość własnemu losowi. Tak się jednak nie stało. Wyszedł ku niej poprzez Wcielenie, życie pośród niej, krzyż i Zmartwychwstanie. Za nas, za naszą wiarę i bliskość zapłacił ogromną cenę, i jest gotów płacić dalszą, szukając nas jak pasterz owcy, wyczekując jak ojciec marnotrawnego, przetrząsając cały świat w poszukiwaniu jednego człowieka jak kobieta szukająca zagubionej drachmy… Bo odnalezienie tego, kto zaginął, jest dla Niego i dla całych niebios największą radością.

Pan zaginionej owcy, radując się, zaprosił do współradości swoich przyjaciół. Wy jesteście Moimi przyjaciółmi, jeśli czynicie, co wam przykazuję. Nie nazywam was już sługami, sługa bowiem nie wie, co pan jego czyni. Was zaś nazwałem przyjaciółmi, bo dałem wam poznać wszystko, co usłyszałem od Ojca Mego (J 15, 14-15).

Jeśli Bóg nie odrzuca, nie potępia, lecz stale szuka i czeka – czy Jego przyjaciel może mieć inną postawę? Czy ma prawo mówić Mu – przestań, zostaw go, nie jest tego wart?

Chciałbym dzielić radość mego Pana i Przyjaciela z odnalezienia (się) każdej zaginionej owcy.

Sam, mimo upływu czasu, ciągle mam nadzieję, ciągle szukam i ciągle czekam na powrót Filemona. A jeśli taki bywa człowiek, to cóż powiedzieć o Bogu, Który nas o swej determinacji w poszukiwaniach tak bardzo zapewnia, i tak wielką cenę za nie płaci?

***

Wiem, że to prosty tekst, bez teologicznych rozważań, Ojców, głębokiej interpretacji Pisma. Jest tylko zwykłe życie i zwykły kot, jeden z wielu na świecie.

Otwierając Ewangelię, znajdujemy w niej przypowieści Jezusa. Prawie wszystkie brzmią jak opisy konkretnych zdarzeń – lub sytuacji, które mogły mieć miejsce. Takich zwykłych, codziennych. On uczył o Bogu, o Królestwie, o tym, jak mamy żyć, posługując się przykładami zrozumiałymi dla słuchaczy, niekiedy nawet bardzo prostymi. To my staramy się teraz rozbierać je na części pierwsze, poszukując głębszego znaczenia – tak jakby to proste było za proste, za przyziemne, za niegodne Boga.

I być może gdzieś tu gubi się sens Jego przesłania. Bo On chciał i nadal chce dotrzeć do wszystkich ludzi. Do uczonych w Piśmie – i zwykłych „prostaczków”. Bo każdy jest drogi Jego sercu i ma w nim swoje miejsce. Tak jak Filemon na swoje w moim.

A Filemon to nie jest jakiś zwykły kot. To Filemon. Ma swoje imię, swoją poduszkę na drapaku, swoją miskę. One na niego nadal czekają. Filemon ma swoje miejsce w całej naszej ekipie, która po jego zniknięciu jest niepełna. Jego miejsca nikt nie zajmie. Nawet gdyby pojawił się jakiś nowy zwierzak, on będzie miał swoje miejsce, a miejsce Filemona nadal będzie na niego czekało.

Tak jest i z nami u Boga. Mamy swoje imię, po którym On nas zna. Mamy u Niego swoje miejsce. Żyjąc, podążamy ku Niemu, ale jeśli po drodze się zagubimy, to nie oznacza, że Bóg odda nasze miejsce komuś innemu. Nie, On nadal je dla nas trzyma. Czeka na nas, na nasz powrót, jednocześnie aktywnie nas poszukując, wychodząc ku nam nie z potępieniem i złością z powodu ucieczki, ale z doświadczeniami, które mogą nam pomóc wrócić.

Spójrzmy na historię św. Pawła. Jako Szaweł prześladował chrześcijan, chciał ich śmierci, dbając o czystość wiary w Jedynego Boga. Czy Bóg go ukarał? Czy Bóg go potępił? Nie. Zamiast tego Bóg - Chrystus zadał mu pytanie, dlaczego Go prześladuje. Rozmawiał z nim. Nawiązał kontakt. A potem wskazał, co ma czynić.

Szaweł nie nawrócił się, nie przyjął Chrystusa i nie został Jego apostołem zmuszony do tego siłą. Nie dopadło go potępienie, lecz miłość. I to miłość doprowadziła do jego przemiany, do jego metanoi.

Czasem Bóg używa światłości, widocznej tylko dla tego, który jej i metanoi potrzebuje. Czasem – innych ludzi, swoich przyjaciół, z którymi chce dzielić radość z odnalezienia zagubionych. Jeśli Bóg jest miłością, i jeśli ta miłość jest przyczyną i sposobem Jego działania, Jego przyjaciele nie mogą czynić inaczej. Wy jesteście Moimi przyjaciółmi, jeśli czynicie, co wam przykazuję. To wam przykazuję, abyście się miłowali nawzajem (J 15, 14; 17).

Kiedy gubiłem się Bogu, byłem dwudziestoparolatkiem, zadającym sobie pytania o to, kim jestem, jakie jest moje miejsce, moja rola w tym życiu, Kim jest i Kim powinien dla mnie być Bóg. Wiem, że niektóre z tych pytań były trudne. Na tyle trudne, że miast próby ich zrozumienia, zastanowienia się nad nimi, wygodniej było kazać mi przestać i dostosować się do tego, jak żyją i myślą inni. Miałem być taki sam. Niekłopotliwy.

To się nie udało. Doprowadziło też do odsunięcia się od Boga, bo pewnie i dla Niego byłem zbyt problematyczny. Tak zrozumiałem to, co mówili inni.

Żyłem sobie gdzieś na uboczu, tak jak mam nadzieję gdzieś żyje Filemon. Lecz tak jak ja nie umiem o nim zapomnieć i nie potrafię przestać go szukać, tak i Bóg nie zapomniał o mnie. Nie wyrzekł się mnie, nie zastąpił kimś innym, „lepszym”, bardziej poprawnym. Bo mam u Niego swoje imię i swoje miejsce. Ono na mnie czekało. I przez tych wiele lat uparcie pracował nad tym, bym wrócił do Niego, do Ojca.

Wróciłem. Wierzę, że choć to jeszcze nie koniec mego życia i wiele się może zdarzyć, to On jakoś ten powrót już świętował – w końcu zagubiona owca wróciła do swego stada, ekipa była przez moment kompletna. Dlaczego przez moment? Bo nadal są inne zagubione owce, których miejsce jest puste i na nie czeka.

Nie ma dla Boga człowieka, który – póki żyje – byłby stracony na zawsze. Którego On by porzucił, uznał za niegodnego własnych starań i troski. To nasz, ludzki sposób myślenia o innych. Łatwiej jest nam kogoś skreślić, przypiąć mu łatkę patologii czy beznadziei, niż poświęcić czas, uwagę, wysiłek, by nadal w tym człowieku widzieć siostrę, brata, i pomóc mu w powrocie. Bogu dzięki, że jak mówi sam Pan: Moje myśli nie są waszymi myślami ani wasze drogi nie są moimi drogami. Ale jak niebiosa są wyższe niż ziemia, tak moje drogi przewyższają wasze drogi, a moje myśli – wasze myśli (Iz 55, 8-9).

Gabriel Szymczak

fotografia: pravmir.com

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze ze świata

wszystkie →