28 maja 1981r. zaczęły się moje poszukiwania. Nie wiem, kiedy przyznałem, że Bóg jest. Ale też konkretna data nie ma tu żadnego znaczenia. Jeśli drgnie zasłona przed twoimi oczami, a ty poczujesz, że drgnęła, bo Ktoś nią poruszył, i ulegniesz swej ciekawości, by się dowiedzieć - Kto, daty nie są ist
Nieważne, dokąd pójdziesz, znajdę cię,
nawet jeśli będzie to trwało bardzo, bardzo długo.
Nieważne, dokąd pójdziesz, znajdę cię,
nawet jeśli miałoby to zająć tysiąc lat.
To słowa utworu I will find you (Znajdę cię) zespołu Clannad ze ścieżki dźwiękowej Ostatniego Mohikanina. Usłyszanego jakiś czas temu przypadkiem, po wielu, wielu latach. Kiedyś ulubionego, dzięki pięknej warstwie melodycznej i tchnącemu z niego spokojowi, nucie tęsknoty za tym, kto zgubiony oraz wiary w jego odnalezienie. Już pierwsze takty poruszyły wspomnienia z tej zamierzchłej przeszłości, ale też z duchowych poszukiwań, moich - i Boga.
28 maja tego roku minęły 43 lata, odkąd On jest w moim życiu. W sumie to już ponad 15 700 dni, w których miałem świadomość, że gdziekolwiek jestem, cokolwiek się dzieje – nie jestem sam.
Miałem wtedy trzynaście lat, a Bóg dla mnie jeszcze nie istniał. To, że ludzie wierzą, było mi obojętne, nie pociągało mnie, nie zmuszało do refleksji, ale też nie wywoływało uśmiechu politowania, złośliwości czy agresji. Po prostu było gdzieś obok, bez znaczenia.
Pierwszy był 13 maja 1981r. Dzień strzałów do Jana Pawła II pod bazyliką św. Piotra. Czy zszokował? Tak. Czy wpłynął na moje podejście do wiary, do chrześcijaństwa? Nie.
Potem właśnie 28 maja 1981r. Dzień śmierci kardynała Stefana Wyszyńskiego. Te same pytania, co wyżej i odpowiedź już dwa razy tak.
Przez babcię wiedziałem, co między tymi datami działo się w kościołach, wiedziałem o mszach, modlitwach za papieża. Wiedziałem też, że wkrótce po zamachu kardynał zachorował, a „w lud” poszła informacja, że ofiarował swoje życie za życie JP II. Odbierałem to jako pewną egzaltację, próbę zbicia jakiegoś lokalnego kapitału na kanwie włoskich wydarzeń. Bardziej wzbudzało to u mnie delikatny uśmiech niż głęboką refleksję.
Jednak nastąpił 28 maja. Jeden zmarł, drugi przeżył. Prawie od razu po podaniu informacji o śmierci kardynała coś we mnie delikatnie drgnęło. Tak jakby nieznacznie pękła moja pewność, że rzeczywistość jest taka, jaką się wydaje być - materialna, do dotknięcia tu i teraz, pozbawiona jakiegokolwiek tajemnego pierwiastka duchowego, boskiego, bo on po prostu nie istnieje. Nie doznałem nagłego olśnienia w stylu - „jest Bóg”. Ale pojawiło się pytanie – a jeśli coś dziwnego tu się naprawdę wydarzyło? Jeśli ta ofiara życia za życie – choć dla mnie niedorzeczna - rzeczywiście została przyjęta? Jeśli naprawdę jest Ktoś, Kto mógł ją przyjąć - i ją przyjął? Jeśli to nie był jedynie zbieg okoliczności, bo przecież kardynał młodzieńcem już nie był, a strzały do kogoś bliskiego i zagrożenie jego życia musiały wywołać silny stres, mogący skutkować śmiercią. Z dzisiejszej perspektywy widzę naiwność i pewną starotestamentowość tego myślenia, jednak wtedy wydawało mi się to dość dziwaczną, ale realną możliwością.
Niekiedy po prostu czujesz, że coś się zaczyna. Że pierwsze, niewprawnie stawiane pytania i jeszcze bardziej nieprawne i rozpaczliwe własne odpowiedzi na nie, zamiast przynosić spokój i ulgę, prowadzą cię w gąszcz niepewności, domysłów, podważania tego, co dotychczas było aksjomatem, i otwierają oczy na coś, co kryło się za zasłoną, o której istnieniu nawet nie miałeś pojęcia.
28 maja 1981r. zaczęły się moje poszukiwania. Nie wiem, kiedy przyznałem, że Bóg jest. Ale też konkretna data nie ma tu żadnego znaczenia. Jeśli drgnie zasłona przed twoimi oczami, a ty poczujesz, że drgnęła, bo Ktoś nią poruszył, i ulegniesz swej ciekawości, by się dowiedzieć - Kto, daty nie są istotne. Odkrywanie trwa, jest procesem pełnym zmienności, wahań, odejść i powrotów. Twoich ucieczek – i Jego przyciągania. Twoich wątpliwości – i Jego objawiania się. Nie jakiegoś nadprzyrodzonego, ale tak trafnego, czasem nieoczekiwanego i zaprzeczającego wydawałoby się naturalnemu biegowi zdarzeń, że to musi być On. Że nie ma innego wytłumaczenia niż Jego istnienie.
43 lata. Czasem prostej i równej drogi ku Niemu, takiej iście podręcznikowej, a czasem istnego off-roadu, podczas którego – jakkolwiek to zabrzmi - obaj podskakujemy na wybojach i wydaje się, że obaj nie wiemy, co ten drugi za chwilę wymyśli i co zrobi... Tylko jednego z tego czasu jestem pewien – odkąd wiem, że On jest, nigdy w to nie zwątpiłem. To nie jest jakaś forma nadziei, że jest, ale wewnętrzna pewność, której sam – choćbym próbował (a niekiedy próbowałem) - nie umiem zanegować.
Wiem, że istnieje. Widzę Jego obecność i działanie w moim życiu i w życiu innych. Czasem zdarza mi się czuć, że jest tuż przy mnie, a czasem dostrzegam, jak towarzyszy innym, choć sam Jego trwania przy sobie nie czuję. To paradoks – bo gdy ja widzę Jego bliskość przy innych, Jego opiekę, wsparcie, które im daje, zdarza się, że oni sami tego nie dostrzegają. Może też więc być tak, że ja Go nie czuję, ale inni powiedzieliby – przecież jest przy tobie…
Mówi się czasami, że wierzący mają w życiu łatwiej, że zawsze mogą uciekać się do swego Boga, próbując uzyskać pomoc, że zdejmują z siebie odpowiedzialność za to, co się dzieje, twierdząc, że to On o wszystkim decyduje, że powinna dziać się Jego, a nie ludzka, wola, i że zadanie człowieka to się jej bezwarunkowo podporządkować. „Dobry” wierzący jawi się tu jako bezwolny, ślepo posłuszny i uniżający się wobec Boskiego Stwórcy nie tyle podmiot życia, co jego przedmiot. Ale jednocześnie jest (a przynajmniej powinien być) bardziej szczęśliwy, spokojny, spolegliwy wobec rzeczywistości, nie będzie bowiem z nią walczył, a biorąc pokornie swój krzyż na ramiona – nie będzie czuł rozczarowania, frustracji, rozpaczy.
Nie wydaje mi się, aby tak było. Myślę, że ten, kto wierzy, może mieć zdecydowanie trudniej niż osoba pozbawiona wiary. Ta druga upatruje źródła zdarzeń w sobie, w innych, w ciągu przypadków i zbiegów okoliczności. Łatwiej może być jej podejmować działania, mierzyć się z codziennością, przekraczać bariery – i uznawać, że obiektywnie tym razem była za słaba, żeby wygrać. U tego, kto wierzy, życie zgodne z regułami wiary - jednak równie pokręcone i niepewne jak u niewierzącego - może prowadzić do załamania całej konstrukcji. Bo jeśli służę Bogu, a wszystko mi się rozpada, to gdzie On jest? Dlaczego mnie porzuca? Dlaczego dopuszcza zło, cierpienie, samotność? Jak świadczyć o Jego dobroci, czując się wdeptanym w ziemię przez trudy życia, a nawet przez Niego samego?
Wiara nie unicestwia rozpaczy, frustracji, buntu. Wiara niekiedy powoduje, że stają się one nawet silniejsze. Że mamy wrażenie nie tyle walki z samymi sobą i światem, co wręcz z Bogiem, Który wydaje się, że na nas specjalnie się uwziął i rzuca nam dodatkowe kłody pod nogi. Testuje nas? Bada nasze zaufanie do Siebie? Sprawdza, ile jeszcze wytrzymamy? Po co? Jaki to ma sens? Chce nas przyłapać na zawahaniu, na utracie zaufania, na choć chwilowym poddaniu się rezygnacji? Chce nam udowodnić, że nie jesteśmy Go godni? Że za mało się staramy? Wreszcie – że jesteśmy zbyt słabi i zbyt grzeszni, by dostąpić zbawienia?
Bóg nie dokłada nam z lubością cierpień, nie podwyższa górek, na które musimy wchodzić i nie łapie nas na błędach, skrupulatnie notując je po stronie „winien”. Życie, które otrzymaliśmy, jest darem miłości, nie karą; jest czasem poznawania samego siebie i Boga, czasem odkrywania dobra, które jest w Nim – i w nas, bo Jego jesteśmy i na Jego obraz powstaliśmy. Jest czasem budowania z Nim relacji, bo to relacji z każdym człowiekiem On pragnie. Nie stworzył nas bezwolnymi ani już w pełni ukształtowanymi, bez konieczności i możliwości zmiany. Nie stworzył nas od razu gotowymi do zbawienia – czy potępienia. Mamy do wykorzystania nasz czas, a On jest życzliwym Obserwatorem, niekiedy wkraczającym do akcji, by nas ratować, a niekiedy podwyższającym poprzeczkę, bo po prostu stać nas na więcej, bo potencjał na więcej od Niego otrzymaliśmy i rozwijając się, świadczymy o Jego wielkości.
Każdy kolejny stopień, który pokonuję, każde kolejne osiągnięcie jest nie tylko moją, ale i Jego radością, jest naszym wspólnym sukcesem. Każdy błąd z kolei, każde oddalenie i grzech wcale nie są powodem do odrzucenia – są tylko lekcją do odrobienia, doświadczeniem, które uczy i zwiększa ostrożność w przyszłości i które powinno wzmocnić relację z Bogiem - radość będzie w niebiosach z jednego grzesznika, który się nawraca, większa niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie mają potrzeby nawrócenia ( Łk 15, 7). Nie tak mówiłby ktoś, kto czyha na potknięcie, kto pragnie jedynie zemsty i kary.
Każdy z nas jest cudem, wyjątkowym i niepowtarzalnym cudem. Powołanym do istnienia z miłością i czułością, na jaką stać tylko Boga. Jeśli św. Serafim Sarowski potrafił z uśmiechem witać przychodzących do niego ludzi słowami „radości moja” (a przecież nie pojawiali się u niego wyłącznie święci i idealni, przychodzili ludzie złamani, cierpiący, wątpiący), o ileż bardziej w taki sposób wita i patrzy na nas Ten, który jest jedynie Miłością, Dobrem, Wybaczeniem?
Każdy z nas jest inny, niesie w sobie inny dar, inne możliwości, inne zadanie. Każdy jest Bogu do czegoś potrzebny – i potrzebny innym ludziom. Jesteśmy jak różne księgi, trochę pisane przez nas samych, przez nasze doświadczenia, wybory i działania, a trochę przez samego Stwórcę, przez dany przez Niego potencjał i tworzone okoliczności. Obaj autorzy są potrzebni, by księgi były ciekawe i żywe. By pokazywały życie jako coś dynamicznego, zmiennego, niepozbawionego wzlotów i upadków, jako przygodę, którą tu i teraz daje nam Bóg. Po te księgi mogą sięgać inni, widząc w nich przewodnik dla siebie. Może właśnie dlatego Bóg tworzy je wspólnie z nami i każda z nich jest jedyna w swoim rodzaju?
Są w nich też rozdziały pełne pustki, wydawałoby się – odejścia Współautora, porzucenia nas. Możemy się wtedy poddać, uznać, że Go nie ma, że nie istnieje, że nam się tylko wydawało, że jest. Ale On wraca. Jeśli nie jawnie dopisując dalszą część historii, to ukrycie, delikatnie dokonując korekty tego, co sami piszemy. Zawsze trzyma rękę na pulsie naszego życia. Może znika, byśmy - czując brak - intensywniej Go poszukiwali? Byśmy odczuli stratę tego, co najistotniejsze? Byśmy tym bardziej docenili to, co przez łaskę wiary czy wiedzy o Nim otrzymaliśmy?
Nie zraża Go nasze zwątpienie, a nawet nasze odejście. Takie doświadczenie – długie, bo 25-letnie – mam również na swoim koncie. To był czas bez życia liturgicznego, bez modlitwy. Pismo i książki zostały odłożone na półkę, powoli przykrywał je kurz. To czas, na którego początku powiedziałem Bogu – stop. Za dużo ode mnie wymagasz, jednocześnie nie dając mi możliwość realizacji tego. Przez Ciebie zderzam się ze ścianą, której nie pokonam, a to boli, z każdym dniem coraz bardziej. Będzie dla mnie lepiej, jeśli pójdę w swoją stronę, próbując poukładać życie po swojemu, bez dodatkowej frustracji.
Nie, nie straciłem wiary, nie straciłem nawet jakiejś bardzo ułomnej formy kontaktu z Bogiem. Przemykał przez myśli, przez krótką, nieczęstą quasi-modlitwę, ale nie był już stałym i nieodłącznym Towarzyszem mego życia. Nasze ścieżki z mojej perspektywy się rozeszły, miałem życie niby do swej wyłącznej dyspozycji.
Bóg jednak zawsze był gdzieś w pobliżu, czuwał. Czasem pomagał, czasem tylko czujnie obserwował to, co się dzieje, gotów do wkroczenia. Cokolwiek działo się w mojej duszy, rwąc ją niekiedy na krwawe strzępy bólu i rozpaczy, nie było Mu obojętne. Mogłem myśleć, że Go porzuciłem, ale tak nie było z Jego strony. Mogłem myśleć, że żyję w świecie, w miejscu Go pozbawionym, lecz nie jest to możliwe. Ty mnie stworzyłeś i położyłeś na mnie swoją rękę. Przedziwna jest Twoja wiedza o mnie, tak wzniosła, nie mogę jej sprostać. Dokąd odejdę od Twego ducha i gdzież ucieknę sprzed Twego oblicza? Jeśli wstąpię na niebiosa, Ty tam jesteś, jeśli zstąpię do otchłani, jesteś w niej (Ps 138, 5-8).
Jeśli poznałeś Boga, jeśli w którymś momencie przyjąłeś Go do swego życia, jeśli dotknęły cię Jego obecność, moc i czułość – nie wymażesz tego doświadczenia. Cokolwiek się dzieje, ono pozostaje. Cokolwiek się dzieje, czujesz, że nie jesteś sam. Cokolwiek się dzieje, wiesz, że ster twego życia nie jest jedynie w twoich rękach.
Bóg raz poznany i doświadczony – pozostaje obecny. Możesz mówić „już Cię nie chcę”, ale nadal niesiesz na sobie znak Jego pieczęci, a tego, co Jego – On nie zapomina, wręcz przeciwnie – tego poszukuje. Z trzech ewangelicznych przypowieści Jezusa ilustrujących Boże podejście do człowieka, który odchodzi, który gdzieś się Bogu gubi – a są to przypowieści o synu marnotrawnym, o dobrym pasterzu i o zagubionej drachmie – najbliższa jest mi ta ostatnia:
Jaka kobieta, mająca 10 drachm, gdy zgubi jedną drachmę, czy nie zapala lampy i nie zamiata domu, i nie szuka dokładnie, aż ją odnajdzie? A odnalazłszy, zwołuje przyjaciółki i sąsiadki, mówiąc: - Radujcie się ze mną, bo odnalazłam drachmę, którą zgubiłam (Łk 15, 8-9).
Ojciec czekał na powrót syna i go wyglądał; pasterz chodził, poszukując owcy i ryzykując życiem pozostałych 99. A kobieta wzięła się do fizycznej pracy – sprzątała, szukając.
Drachma to mała moneta, ważąca od 3 do 6 gramów. Jeśli się zgubi w domu, może wpaść wszędzie – pod łóżko, regał, między deski podłogi lub w jej kamienne szpary. Jest mała, pojedynczo może i nie tak wartościowa – w czasach Jezusa tyle jako dniówkę zarabiał robotnik. Ale jeśli jest jedną monetą z zaledwie dziesięciu posiadanych, jej wartość dla właściciela jest duża.
Pięknie tę przypowieść analizuje św. Beda Czcigodny:
„O tej kobiecie powiedziane jest, że posiadała dziesięć drachm. Pan bowiem stworzył naturę aniołów i ludzi, aby Go poznawała, ponieważ chciał, żeby trwała ona na wieki, bez wątpienia stworzył ją na swój obraz. Kobieta więc miała dziesięć drachm, ponieważ istnieje dziewięć stopni aniołów, ale, by dopełnić liczby wybranych, jako dziesiąty został stworzony człowiek, który nie został zniszczony przez swojego Stworzyciela nawet po grzechu, ponieważ naprawiła go wieczna Mądrość, jaśniejąc cudownie przez ciało jak światło przez glinę. […] A ponieważ na drachmie wybity jest obraz, kobieta zgubiła drachmę, gdy człowiek, który utworzony był na obraz Boży, przez grzech odpadł od podobieństwa do swojego Twórcy. Kobieta zapala lampę, ponieważ mądrość Boża ukazała się w człowieczeństwie. Lampa przecież to światło w glinianym naczyniu. Zaś światło w glinianym naczyniu to boskość w ciele. Po zapaleniu lampy więc wywróciła dom, ponieważ skoro tylko Jego boskość zajaśniała przez ciało, cała nasza świadomość została wstrząśnięta. Dom bowiem jest wywracany, gdy zdając sobie sprawę z własnego grzechu ludzkie sumienie doznaje wstrząsu, zaś po wywróceniu domu drachma zostaje znaleziona, ponieważ gdy ludzkie sumienie doznaje wstrząsu, odnowione zostaje w człowieku podobieństwo do Stwórcy” (In Lucae Evangelium Expositio; za: patres.pl).
Kobieta zamiata więc dom, szukając. Zapala lampę, bowiem w tym czasie domy ubogich często pozbawione były okien. Bierze do ręki prawdopodobnie garść liści palmowych, których wtedy do zamiatania używano i przesuwając nimi po kamiennej podłodze, nasłuchuje dźwięku poruszonej monety.
Szukaliście kiedyś czegoś małego, co gdzieś się potoczyło? Niekiedy trzeba się mocno pochylić, klęknąć, sprawdzić pod meblami i sprzętami, i za regałami, poprzesuwać je, by dojść do każdego zakamarka. To brudna praca. Nawet jeśli sprzątamy regularnie, w takich sytuacjach zawsze się okazuje, że są miejsca skutecznie przez nas omijane. Że gdzieś czają się pajęczyny, kłęby kurzu, jakieś niepodniesione paprochy. Spokojnie sobie tam leżą, póki nie zaczniemy czegoś szukać i sprawdzać domu naprawdę dokładnie.
W poszukiwaniu swej drachmy kobieta podejmuje duży wysiłek – szuka dokładnie, aż odnajdzie. Ta jedna moneta jest dla niej cenna, jej brak narusza pełnię jej majątku.
Bóg też podejmuje każdy wysiłek, każde najtrudniejsze, najbardziej brudzące i wymagające przesuwania mebli życia i sprawdzania szpar naszego losu działanie, byle tylko nas odnaleźć. Nieważne, dokąd pójdziesz, znajdę cię. Nieważne, dokąd się potoczysz, gdzie spróbujesz się ukryć, jak głęboko się przede Mną zakopiesz – znajdę cię, bo jesteś dla Mnie cenny i wyjątkowy, bo jestem Bogiem, który pozyskuje, a nie traci, który przywraca, a nie odrzuca, który szuka zawzięcie, a nie po prostu rezygnuje.
On też szuka dokładnie, aż odnajdzie. Może niekiedy dla człowieka to będzie jego ostatnie ziemskie tchnienie, w którym zza zasłony ujrzy oblicze Boga, odczuje Jego obecność. Zostanie odnaleziony – i pozwoli się odnaleźć. Może ta autorska współpraca pomiędzy Bogiem i człowiekiem przy księdze ludzkiego życia dopiero wtedy stanie się jawna, stanie się pełna, może dopiero wtedy człowiek zobaczy, które rozdziały miały Bożą korektę, ratującą jakoś sens całości.
Jeśli nastąpi to wcześniej, to żyjesz dalej, ale już inaczej. Tak samo jest, kiedy powracasz po latach przerwy, zagubienia. Jesteś bogatszy o cenne doświadczenie. Jesteś żywym dowodem, że Bóg w swej miłości do człowieka jest niestrudzony i niezmienny. Że droga powrotu jest zawsze otwarta. Że nie nam, ludziom, osądzać innych, potępiać i odrzucać, bo Bóg ich szuka. Bo jest przy nich obecny. Bo odrzucając innego – odrzucasz go wraz z Tym, Który mimo wszelkich zawirowań mu towarzyszy i pragnie go mieć przy Sobie. Bo być może Bóg chciałby, byś w tym procesie odzyskiwania zagubionego człowieka był Jego pomocnikiem, lampą czy miotłą w Jego dłoni, dzięki którym odnalezienie będzie łatwiejsze i szybsze.
Nieważne, gdzie byłem, dokąd poszedłem, gdzie się ukryłem. On mnie odnalazł. Wymiótł spod podłogi. Otrzepał z kurzu. Oczyścił z brudu. Postawił na nogi i pchnął do przodu.
Życie nie stało się nagle wyłącznie łatwe i miłe, są i będą trudne dni. Może znowu dopadnie mnie poczucie opuszczenia czy nadmierności Jego oczekiwań, a ja poczuję się za słaby, by temu sprostać. Może ponownie przemknie mi myśl, by odejść, uciec, zaszyć się gdzieś w jakiejś rozpadlinie i przeczekać w samotności do końca. Ale tak się nie da. W myślach wciąż słyszę i będę słyszeć Jego głos - nieważne, dokąd pójdziesz, odnajdę cię. Ponownie, i za każdym kolejnym razem. Będę szukać dokładnie, bardzo dokładnie - aż cię odnajdę. Bo jesteś Mój.
Dobrze jest należeć do Niego. Dobrze jest wiedzieć, że jest się dla Niego cennym i ważnym. Dobrze mieć w Nim oparcie, fundament życia. Dobrze do Niego wracać, z każdą radością i sukcesem, smutkiem i zmartwieniem, z całym swoim nicnieznaczeniem dla tego świata i jednocześnie tak wielką wyjątkowością dla Niego.
Gabriel Szymczak
fotografia: avacha50 /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.