śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 20 kwietnia 2003

Jak zostałem prawosławnym?

Jakże pisać by Bóg nie zginął między wierszami? Georges Khodr Jak zostałem prawosławnym? Bez wątpienia jest to pytanie, które mi zadawano najczęściej ostatnimi laty. Nie lubiąc zbytnio o sobie mówić, odpowiadałem paroma ogólnikami. Dzisiaj jednak, po długich wahaniach, zgodziłem się odpowiedzieć.

0 czytelników poleca

Brak zdjęć

Jakże pisać by Bóg nie zginął między wierszami?
Georges Khodr

Jak zostałem prawosławnym? Bez wątpienia jest to pytanie, które mi zadawano najczęściej ostatnimi laty. Nie lubiąc zbytnio o sobie mówić, odpowiadałem paroma ogólnikami. Dzisiaj jednak, po długich wahaniach, zgodziłem się odpowiedzieć. Mimo to, w momencie gdy biorę pióro do ręki, powtarzam sobie, że byłem bardzo nierozważny, ba nieświadomy, akceptując tak trudne zadanie - delikatne i niebezpieczne. Trudne, ponieważ w zasadzie niemożliwe jest opowiedzenie na paru stronach tego, co jest owocem długich lat wędrówki. Delikatne, gdyż ta wędrówka (jak każda wędrówka duchowa) posiada tajemnicę właściwie nie do wypowiedzenia, wymiar tak głęboki i osobisty, że mówieniu o niej będzie towarzyszyć i przemilczenie. Jeśli jednak moja dłoń drży to zwłaszcza dlatego, że boję się by nie wychwalać tu siebie samego, lecz Boga.
Użyłem słowa wędrówka. Mógłbym właściwie pisać także o serii przejść, przemian w sensie paschalnym – ciąg śmierci i zmartwychwstań, gdyż w gruncie rzeczy o to tutaj chodzi. Nie tylko moją drogę duchową, ale i całe moje życie postrzegam jako nieustanny marsz, wewnętrzną pielgrzymkę, wciąż rozpoczynane wznoszenie się do Królestwa niebieskiego które znajduje się pośród nas i w nas. Na tej drodze znajduje się wszystko to, z czego składa się ludzkie życie, lecz są to zwłaszcza spotkania i osoby, poprzez które (nawet jeżeli nie jestem tego zawsze świadom) Bóg wyszedł mi na spotkanie i wskazał ścieżkę.
Co można powiedzieć o mojej podróży duchowej i jej etapach?
Najpierw było dzieciństwo w katolickiej rodzinie (raczej pobożnej, ale nie rygorystycznej) wraz z katechizmem i mszą mniej lub bardziej obowiązkową. Następnie, zaraz po moim bierzmowaniu, nadszedł czas młodzieńczego buntu przeciw Kościołowi postrzeganemu (słusznie lub nie) jako faryzeuszowski i obłudny, moralizujący i wywołujący poczucie winy. Bunt, który doprowadził mnie do wylania dziecka (Chrystusa) wraz z kąpielą (Kościół i jego dogmaty).
W wieku piętnastu lat zostałem, jeśli mogę tak się wyrazić, agnostykiem nękanym przez wielkie pytania metafizyczne. Kim jestem? Jaki jest cel życia? Dlaczego cierpimy i umieramy etc.? Czas poszukiwania rozpoczął się. Lektura wielkich pisarzy egzystencjalnych, studia socjologiczne i praca dziennikarska wszystko to mnie egzaltowało, jednak nic nie mogło całkowicie zadowolić. W głębi mnie istniało jakieś tajemne rozdarcie. Przeczuwałem, że człowiek sam sobie nie może być sensem, źródłem własnego życia.
Przytłoczony brakiem sensu, zmęczony „malutkimi radosnymi wiecznościami”, którymi przyprawiałem codzienność, zdecydowałem się (zaraz po ukończeniu studiów dziennikarskich w 1983r.) wziąć roczny urlop i zrealizować swoje odwieczne marzenie – podróż na Wschód. W jej efekcie spędziłem około 9 miesięcy na subkontynencie indyjskim. Ta podróż, bogata i wstrząsająca, była dla mnie czasem przebudzenia. Jednym z jej głównych momentów była wyprawa na pustynię Thar (Radżastan). Wczesnym rankiem, gdy ciało i dusza były jeszcze wygładzone przebytą drogą, poszedłem na brzeg jeziora, w którym przeglądała się świątynia. Tam, w tej ciszy i samotności poranka, w krystalicznej przejrzystości wody i powietrza, zostałem nagle ogarnięty przez jakąś siłę pokoju, pełni, światła. Obfite łzy popłynęły zupełnie bez powodu. W jednej chwili pomiędzy mną a światem wszystko było jednością, miłością i harmonią. Czy to doświadczenie było iluzją (raczej wystrzegam się stanów mistyczno-ekstatycznych) czy też raczej przejawem Chwały boskiej, która nieustannie przenika byt i rzeczy? Nie wiem i wolę się nie wypowiadać na ten temat. Nieważne. Ważne jest to, i tego jestem pewien, że potem już nic nie było takie jak przedtem. Moje serce zostało poruszone, nowy wymiar świadomości otworzył się we mnie. Tak. W głębi bytu i świata istnieje Siła, Istota, Nieskończona Obecność ponad czasem i przestrzenią, która przenika i tworzy rzeczywistość. Tak. Człowiek jest mieszanką skończoności i nieskończoności, doczesności i wieczności. W tym momencie ta ISTOTA, ten INNY był jeszcze bezosobowy. Nie posiadał ani imienia ani twarzy. Nie odważyłem się jeszcze Go nazwać Bogiem. Ale On Był.
Po powrocie do Szwajcarii nadszedł czas na zastanowienie. Istnienie tego Innego, które przeczuwałem stawiało znak zapytania nad całym moim życiem. Pytania kotliły się w duszy. Jakie wnioski powinienem z tego wyciągnąć? Czy mogę tak po prostu żyć jak przedtem zadawalając się szczęściem łatwym i sztucznym? Pragnienie nieskończoności i wieczności płonęło we mnie. Odczuwałem niewypowiedzianą nostalgię za pokojem i pełną, których dane mi było zasmakować.
Autorzy tacy jak Karlfried Graf Durckheim i René Guénon pozwolili mi zrozumieć, ubrać w słowa to, co mi się przytrafiło. Wszystko stawało się jasne. Aby pozostać w kontakcie z tą Istotą Wyższą, Zasadą całego istnienia, należało bym stał się „przezroczysty”, uwolniony od swego ego i jego iluzji. Książki nie mogły mi być tutaj przydatne. Musiałem wyruszyć w „drogę”, ożywić to, co znałem z książek. Różne spotkania i parę subtelności estetycznych uczyniły resztę – czas buddyzmu zen mógł się rozpocząć.
Świecki, bez dogmatów ani wierzeń, „neutralny” więc uniwersalny, skupiony na bezpośrednim doświadczeniu ducha ludzkiego a nie na studiowaniu tekstów, buddyzm zen bardzo mi odpowiadał ze swoim wszystkimi tymi cechami. Gorliwie się w niego zaangażowałem we wspólnocie zrzeszonej wokół centrum spotkań duchowych i medytacji w Jurze Noszatelskiej. Poprzez swój rygor i wymagania połączone z zadziwiającą świeżością, ta praktyka stanowiła dla mnie swego rodzaju fundament na następne etapy mojej drogi.
Paradoksalnie, ta praca opróżniania i oczyszczania, wewnętrznego otwarcia się i pogłębiania się, pozwoliła reaktywować się łasce otrzymanej podczas chrztu. Pewnego dnia, podczas sesji zen, postać Chrystusa wyszła na powierzchnię, wyłoniła się z głębin bytu. Niesamowite poczucie humoru Boga, który pisze prosto wybrzuszonymi liniami: ta Istota bezosobowa i abstrakcyjna, którą uświadomiłem sobie w Indiach, przybierała teraz poprzez praktykę medytacji bezosobowej twarz i Imię Jezusa Chrystusa. Podobnie jak bł. Augustyn miałem ochotę krzyczeć „ Lecz Ty Panie, byłeś bardziej wewnątrz niż to, co jest najbardziej wewnątrz mnie i byłeś bardziej wywyższony niż wszystko to, co jest najbardziej wywyższone we mnie”. Wtedy też wyruszyłem na poszukiwanie mych korzeni chrześcijańskich wraz z bolesnym pytaniem: Czy istnieje w chrześcijaństwie droga oferująca elementy, które duchowość Wschodu pokazała mi jako zasadnicze dla każdego rozwoju duchowego – praktyka przemiany wewnętrznej, prawdziwa „tradycja”, żywy kontakt między mistrzem a uczniem? René Guénon wspominający o hezychaźmie jako drodze inicjacyjnej, różne spotkania przy okazji pisania reportażu na temat ludzi, którzy zmienili wyznanie, w końcu reportaż o egipskich Koptach, wszystko to utwierdza mnie w przekonaniu, że taka droga istnieje i jest nią Chrześcijaństwo wschodnie. Rozmowa, którą przeprowadziłem z przyjaciółka 2 lata wcześniej dziwnie powraca mi w pamięci z niesłychanym uporem i jasnością. Mówiła mi ona wtedy o nadzwyczajnym monasterze założonym w Anglii przez archimandrytę Sofroniusza (1896/1993) – mnicha prawosławnego (ucznia starca Siluana (1866/1938) kanonizowanego przez Patriarchat Ekumeniczny w 1987), który ponad 20 lat spędził na Górze Atos jako eremita i ojciec duchowy wielu wspólnot. To wspomnienie tak mnie prześladowało, że w końcu udałem się do Wielkiej Brytanii.
Pobyt w monasterze Świętego Jana Chrzciciela (Essex) był całkowicie wstrząsający. Poza ciepłą gościną ofiarowywaną każdemu przyjeżdżającemu (przyjmowanego jak Chrystusa) i bliskością między mnichami i pielgrzymami dzielącymi tę samą przestrzeń, trzy rzeczy uderzyły mnie podczas mej pierwszej wizyty.
Pierwsza rzecz to nadzwyczajna uwaga, jaką poświęcano każdej osobie i szacunek z jakim się ku niej zwracano. Z tego poszanowania rodzi się zadziwiająca wolność, która nabiera sensu i znaczenia, gdy zapominamy o sobie ofiarowując się na służbę bliźniemu. Odkryłem co to znaczy „ żyć w Cerkwi”. To jest sposób istnienia, który czyni czy też powinien czynić z Cerkwi coś więcej niż tylko zbiorowość ludzką.
Druga rzecz to modlitwa Jezusowa. Zawsze będę pamiętał, gdy chłodnego poranka wszedłem po raz pierwszy do Cerkwi Św. Siluana. Wszystko skąpane było w jasnym półcieniu rzucanym przez łampadki przed ikonami. W środku panowała cisza uwypuklona śpiewem ptaków, który przebijał się poprzez mury. I jeszcze ta modlitwa wyśpiewywana w niezliczonych językach: cerkiewno-słowiańskim, greckim, angielskim , francuskim...”Panie Jezu Chryste, Synie Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym”. Jeśli na początku recytowałem tę modlitwę prawie jak mantrę, to wkrótce stała się ona osobistym, ożywiającym i oczyszczającym „ face –à- Face” z Chrystusem. Środkiem komunikacji z Bogiem ale czasami też i zażartą i wyczerpującą walką z namiętnościami i zgubnymi myślami. Byłem zafascynowany faktem, że ta modlitwa narodziła się w pustyni egipskiej w IV wieku. To pierwsze spotkanie z Prawosławiem było więc także powrotem do korzeni Chrześcijaństwa i Europy, do Kościoła jednego i niepodzielonego pierwszych wieków.
I wreszcie trzecia rzecz. Byłem bardzo poruszony pięknem nabożeństw odprawianych z głębią, która (jak się później dowiedziałem) jest jednocześnie wyrazem radości paschalnej i cierpienia Chrystusa na krzyżu. To co mnie także zafascynowało, to również sposób w jaki ciało ludzkie uczestniczy w modlitwie. Czy to będzie Modlitwa Jezusowa czy też liturgia, wszystkie zmysły są uruchomione. Wzrok – przez ikony i świece, słuch – przez śpiew, węch – przez kadzidło... Gesty, znak krzyża, pokłony. Indie poprzez szok z rzeczywistością pozwoliły mi odkryć, że nie tylko mam ciało, lecz także jestem ciałem. Natomiast Prawosławie dzięki swym nabożeństwom, częstym postom i tradycji ascetycznej nauczyło mnie, że spotkanie i zjednoczenie z Bogiem przebiega również poprzez ciało.
Podczas mego pobytu nie było mi jednak dane spotkać się z ojcem Sofroniuszem, wówczas chorym. Tuż przed mym odjazdem jeden z mnichów dał mi czotki. Otrzymałem je jako nie tylko zachęcenie do modlitwy, lecz także jako znak więzi duchowej.
Przemilczę to, przez co musiałem przejść po moim powrocie. Powiem tylko, że me serce było zranione miłością, tajemne drzwi zostały uchylone wyciągając przed oblicze Boga całą moja nicość i wewnętrzny mrok. „Upamiętajcie się, przybliżyło się bowiem Królestwo Niebios” ( Mt 4,17) powiedział Chrystus na początku swojej Ewangelii. Bez wątpienia nie zacząłem jeszcze swej pokuty, jednak nauczyłem się, że ta metanoia, nawrócenie (skrucha) jest kluczem do życia duchowego. Nieodłączna od pokory, ona jest tym czynnikiem przemieniającym starego człowieka w człowieka nowego, czynnikiem otwierającym na Ducha Świętego. Tak. Tylko przyznając się do swych słabości i niedoskonałości, do istnienia śmietnika, który uczyniłem ze swej duszy, mogę otworzyć się na miłosierdzie Boże, na miłość, która jest przebaczeniem i cierpliwością. To właśnie tę miłość, to współczucie zmieniające nawet istotę rzeczy, dane mi było najpierw odkryć w Cerkwi prawosławnej.
Naturalnie praktykę zen opuściłem dla Modlitwy Jezusowej i z pasja oddałem się lekturze książek, które mi polecono w monasterze. Poza Ewangelia i Psalmami była to zwłaszcza książka ojca Sofroniusza o starcu Siluanie, dzieło Św. Ignacego Branczaninowa o Modlitwie Jezusowej i Teologia mistyczna Kościoła Wschodniego Włodzimierza Łosskiego. Oczywiście nie byłem w stanie uchwycić wszystkich subtelności teologicznych, jednak dwie rzeczy mocno mnie uderzyły.
Najpierw była to głęboką jedność, wręcz nierozerwalność, teologii i mistyki wyrażona w słynnych słowach Ewagra Pontyjskiego „Jeśli jesteś teologiem, będziesz się modlił prawdziwie, jeśli się modlisz prawdziwie, jesteś teologiem”. Innymi słowy, nie ma prawdziwej teologii bez poznania boskiego misterium. A poznać to misterium oznacza przeżyć je w doświadczeniu Ducha Świętego, który przekracza, ukrzyżowuje i przemienia rozum.
Następną rzeczą, która bardzo mocno do mnie przemówiła jest prawosławna koncepcja zbawienia, która mówi nie o „odkupieniu” lecz o „ przemienieniu” i „ubóstwieniu” człowieka. „Bóg stał się człowiekiem, by człowiek mógł stać się Bogiem” głosi Św. Atanazy Aleksandryjski. U Ojców Kościoła istota ludzka jest najpierw postrzegana poprzez pryzmat obrazu bożego, który jest w niej, a nie poprzez pryzmat grzechu. Grzech natomiast nie jest określany jako prawne przekroczenie pewnej normy etycznej, lecz jako odrzucenie miłości Ojca, oddalenie się od Boga spowodowane pychą i bolączkami duszy i ciała. Stąd też bierze się podejście do grzechu bardziej „terapeutyczne” niż punitywne jak też i wizja ontologiczna świętości. „ Świętym nie jest ten, kto osiągnął wysoki stopień moralności czy też ascezy bądź modlitwy (faryzeusze także pościli i długo się modlili), lecz ten kto nosi w sobie Ducha Świetego”, mówi Ojciec Sofroniusz.
W ten sposób zrozumiałem, że Chrześcijaństwo nie jest tylko etyką, lecz przede wszystkim życiem duchowym, drogą do zjednoczenia z Bogiem, życiem ukrzyżowanym i wskrzeszonym, które czyni z nas nowe stworzenie. Przykazania Chrystusa nie są prawami opierającymi się na zasadzie „ będziesz czynił, nie będziesz czynił”. Są to raczej „boskie energie”, dzięki którym w naszym życiu, sumieniu i myślach, możemy stać się podobni do Chrystusa. Jeżeli zaś mówimy o Cerkwi, to nie jest ona wyrocznią moralną ani organizacją charytatywna czy też humanitarną, ale przede wszystkim wielkim szpitalem dusz, miejscem gdzie możemy być pewni spotkania Boga Żywego i uczestnictwa w jego Królestwie.
Pomału odkrywałem zupełnie inną twarz chrześcijaństwa, niż tę którą pamiętałem. Twarz, która mnie pociągała i oczarowywała. Zwłaszcza, daleko od bycia abstrakcją, piękną wizję ducha. To chrześcijaństwo było przeżywane i wcielane (nie zawsze doskonale, jednak nie oznacza to, że nieprawdziwie) przez wspólnoty i ludzi. Kilka miesięcy po moim pierwszym pobycie w monasterze Św. Jana Chrzciciela powróciłem tam. Tym razem mogłem porozmawiać z archimandrytą Sofroniuszem. Było to spotkanie, które wpłynęło na całe moje życie.
Można by było tutaj powiedzieć tysiąc rzeczy na temat tego człowieka bożego, uważanego przez wszystkich za prawdziwego starca. Jednak zgodnie z jego wolą nie będę o nich pisał. Powiem tylko jedno, to co było zasadnicze dla mego poszukiwania. Oto przed oczyma miałem prawdziwego świadka życia w Chrystusie i świadka tajemnicy Świętej Trójcy. Ujrzałem w tym staruszku co to znaczy być osobą, istotą w jedności z Bogiem i innymi. Wobec takiej miłości i wolności, światłości i twórczej witalności, mogłem zaufać tej Drodze i Tradycji, której był on nosicielem.
Ponad dwa lata intensywnie „flirtowałem”, jeżeli mogę się tak wyrazić, z Prawosławiem zaznajamiając się z jego obrządkiem i teologią. Regularnie odwiedzałem monaster Św. Jana Chrzciciela, zacząłem także uczęszczać do parafii we Fribourgu i Chambésy. Powoli moje Chrześcijaństwo z dzieciństwa przeradzało się we wiarę żywą, osobisty kontakt z Chrystusem.
Dosyć szybko obudziła się we mnie chęć zostania prawosławnym. Jednak ojciec Sofroniusz przygasił mój zapał, mówiąć, że powinienem „tylko” (!) postarać się „ spędzać swe dni bez grzechu” i że to było możliwe wszędzie (pod tym względem, nie wydaje mi się, by istniała religia jeszcze mniej prozelityczna niż Prawosławie). Musiałem jeszcze oczekiwać ponad 2 lata by móc stać się prawosławnym. Teraz, z perspektywy czasu uważam, że ta postawa pełna rezerwy i odwołania się do cierpliwości była pełna mądrości.
Ten czas oczekiwania, prawdziwej kenozy, uniżenia się, okazał się bardzo owocnym i korzystnym. Pozwolił mi pogłębić swą wiarę, odpowiedzieć na niektóre pytania i stawić czoła wątpliwościom. Pomógł mi też rozwiać iluzje, które miałem na temat Cerkwi prawosławnej i poddał próbie prawdziwość mój zamiar stania się prawosławnym. Ten czas był także czasem radzenia sobie z mym katolickim pochodzeniem.
Wobec faktu „nie przyjęcia” mnie przez ojca Sofroniusza, spróbowałem ponownie nawiązać kontakt ze swą katolicką tradycją. Mimo mych wysiłków i wysiłków innych nadzwyczajnych osób, które spotkałem na swej drodze, próby te były całkowicie bezowocne. Byłem nieodparcie przyciągnięty duchowością Prawosławia, którą oddychałem już pełnymi płucami. Poza tym, czując się w symbiozie z teologią i eklezjologią prawosławną nie mogłem zaakceptować w Kościele rzymskokatolickim aspektów takich jak urząd papieski, koncepcja Ducha Świętego czy też swego rodzaju jurydyczność...
W 1990 spędziłem Wielki Tydzień w monasterze Św. Jana Chrzciciela. Śmierć i zmartwychwstanie z Chrystusem, które uczyniło moje „ przejście” (w sensie paschalnym) na Prawosławie tyleż oczywistym co koniecznym. To przejście, jestem teraz tego pewien, nie było spowodowane swego rodzaju konformizmem ani wyborem czysto estetycznym, lecz wewnętrzną potrzebą. Powiedziałbym nawet, że kwestią życia i śmierci. Ojciec Sofroniusz to zrozumiał i parę tygodni później wszedłem we wspólnotę sakramentalną Cerkwi prawosławnej. Aby odznaczyć w pewien sposób tę Paschę osobistą, podkreślić chęć rozpoczęcia nowego życia, ojciec Sofroniusz dał mi imię Maksyma tym samym umieszczając mnie pod opiekę Św. Maksyma Wyznawcy, ucznia Św. Sofroniusza z Jerozolimy.
Chcę by mnie dobrze zrozumiano. Moje „przejście” na Prawosławie nie jest rezultatem refleksji intelektualnej czy jakiejś fascynacji mniej lub bardziej egzotycznej. Jest ono owocem długiej drogi duchowej. Nie ma w nim ni odrzucenia czy też zaprzeczenia ni zdrady innej konfesji. Zważywszy na moje długie oddalenie od Kościoła rzymskokatolickiego, w moim przyjęciu Prawosławia nie chodziło nawet o zmianę wyznania a jeszcze mniej o zerwanie z Katolicyzmem. Była to raczej reintegracja w ciele Chrystusa, który jest jedyną Cerkwią. Nie wybrałem jednego wyznania przeciwstawiając mu drugie robiąc jednocześnie naukowe porównanie ich cnót i stopni odpowiednich prawd. Nie. Po prostu szedłem droga, która się otwierała przede mną, posłuszny Światłu o niezwykłym blasku i czystości, któremu nie można było się przeciwstawić. W tym sensie, moje nawrócenie należało by raczej nazwać dopełnieniem się.
Właściwie nie przyjąłem Prawosławia lecz Chrystusa, który jest drogą i prawdą. Należy tutaj jasno rozróżnić między dwoma pojęciami: być prawosławnym a żyć jak prawosławny, tzn. po chrześcijańsku. Innymi słowy, jest się prawosławnym poprzez swoje „wcielenie” (zaangażowanie) sakramentalne i wiarę, którą wyznajemy, jednak stajemy się chrześcijaninem poprzez swoje życie, poprzez wdrażanie w praktykę Ewangelii i tym samym zdobywanie Ducha Świętego.
Podzielać taką wizję jest oczywiście całkowitym zaprzeczeniem wizji Prawosławia narodowego, etnicznego, tryumfującego i całkowicie zadowolonego z samego siebie. Osobiście, najpierw się czuję chrześcijaninem i dopiero potem prawosławnym, czy też raczej postrzegam Prawosławie jako synonim życia chrześcijańskiego w pełni zgodnego z Ewangelią. W tym znaczeniu, być prawosławnym nie oznacza wcale nakryć się nowym płaszczem utkanym z obrzędów i formuł teologicznych. Być prawosławnym to przyodziać samego Chrystusa.
Wspomniałem wcześniej, że moje wejście we wspólnotę eucharystyczną Cerkwi prawosławnej było swego rodzaju dopełnieniem. Podsumowując chciałbym jeszcze dodać, że w rzeczywistości jest ono raczej początkiem. Gdyż prawdziwe nawrócenie i jedyne, które się liczy ponad wszelka przynależność eklezjalną, to jest metanoia, skrucha o której mówi Chrystus na początku Ewangelii. Przeistoczenie całego naszego jestestwa poprzez które „nasze ubóstwo człowiecze zwraca się ku łasce Bożej” (André Louf). Gdyż w stopniu w jakim pozostaję grzesznikiem, ta rewolucja wewnętrzna nie dokonuje się raz na zawsze. Rewolucja ta nie przerywa się i nigdy nie kończy. Jest ona nieskończonym podążaniem, stawaniem się, które ciągle przebiega. Jest ona podążaniem za Tym, który jest Drogą i który kroczy ze mną i we mnie, Chrystusem czyniącym wszystkie rzeczy nowymi.
Być prawosławnym oznacza dla mnie powtarzać każdego poranka za Św. Antonim „ Dzisiaj zaczynam”.

tłum. Michał Korch

Artykuł ukazał się w czasopiśmie
Itinéraires:Recherches chrétiennes d’ouverture no.23/98

Maxime Egger jest diakonem w parafii Św. Katarzyny w Chambésy w Szwajcarii i kieruje działalnością prawosławnego wydawnictwa „Le sel de la terre”.

— Maxime Egger

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze ze świata

wszystkie →