Przedstawiamy Państwu wywiad z o.
Przedstawiamy Państwu wywiad z o. Bazylim Szaganem nt. posługi kapłańskiej i pracy w parafii. Ojciec Bazyli jest proboszczem cerkwi św. Mikołaja i archanioła Michała w Warnie, a także działa w Prawosławnym Centrum Duchowo-edukacyjnym w tym mieście.
Ojcze Bazyli, Prawosławne Centrum Duchowo-edukacyjne przy cerkwi archanioła Michała w Warnie jest jednym z tych miejsc w Bułgarii, gdzie rozwija się aktywna działalność cerkiewna. Tu są organizowane różne kursy, dyskusje i seminaria w odpowiedzi na pytania nurtujące współczesnych chrześcijan. Od kilku lat działa tu też stołówka dla biednych, kierujecie również stroną internetową Centrum. Jak w dzisiejszych czasach się rozpoczyna i kontynuuje taką działalność? Na pewno niezbędne są duże środki finansowe? Nie rozpoczyna się z pieniędzmi, lecz z ideą, marzeniem, determinacją. Jeśli twoim celem nie jest zdobycie pieniędzy, a zrobienie czegoś, co odpowiada tradycji cerkiewnej i potrzebom, które Cerkiew ma w danym momencie, to pieniądze przyjdą. Kluczem do prawidłowego wyboru jest odpowiednie dobranie priorytetów i działanie we właściwym kierunku.
Widocznym jest, że we wszystkim, co się dzieje, biorą aktywny udział parafianie. W jaki sposób Ojcze zgromadziliście wokół siebie tylu ludzi, którzy wspierają waszą działalność? Bóg posyła ludzi. Jeślibym polegał tylko na sobie, nie miałbym najmniejszych szans zgromadzić wokół siebie tylu ludzi, ponieważ mam zły charakter. Dlatego też ja przyjmuję każdego, kto przychodzi, niezależnie od jego wad; niektórzy np. uważają siebie za patriotów, ale mają zniekształconą ideę patriotyzmu, i to samo odnosi się do ich cerkiewnego podejścia. Drudzy z kolei mają zbyt duże wymagania i oczekiwania. A jeszcze inni są pokorni i słuchają tego, co im się mówi. Doświadczenie wszystkich tych typów ludzi pomaga ich akceptować. Niezbędny jest tu dystans do siebie, bo kiedy siadam z tymi różnymi ludźmi, mogą mi powiedzieć „Nie macie w tym racji, ojcze Bazyli”, albo „Nie zgadzam się z wami, ojcze Bazyli”, albo jeszcze ktoś może podnieść głos. Najłatwiej byłoby takiemu człowiekowi powiedzieć „Pilnuj swoich spraw”. Ale trzeba znaleźć w sobie siły, by zaakceptować tego człowieka takim, jakim jest, mimo jego zachowania.
W dzisiejszych czasach naszym problemem jest to, że nie możemy znosić wszystkiego. I myślę, że tu właśnie upadamy. A służba kapłańska to właśnie odnajdywanie możliwości odpowiadania na potrzeby człowieka, a te w wielkim mieście są bardzo różne. Zaczynając od żebraka z amputowanymi nogami, który już od 7:30 stoi przed cerkwią, a kończąc na twoim bracie w kapłaństwie, który również wymaga szczególnego podejścia. Ten szeroki zakres typów ludzi, którzy potrzebują mojej uwagi, wyzwala we mnie wielką cnotę – myślę, że jest to miłość; nie mamy jej, to cierpimy…
Obecnie w naszej Cerkwi my, chrześcijanie, mało kontaktujemy się ze sobą. Dlaczego w dzisiejszych czasach nie śmiemy rozmawiać w Cerkwi? Znowuż, to pokazuje brak miłości. Jeśli biskup miałby więcej miłości do ludzi, to ci nie baliby się przyjść do niego z jakimkolwiek pytaniem. Jeśli kapłan miałby więcej miłości do ludzi, to nie wymagałby nadmiernego od nich respektu wobec swojej osoby. Wówczas ludzie mieliby prawdziwy, zdrowy respekt, który wyraża się w szacunku wobec godności kapłańskiej, trudu kapłana, jego osoby, a przy tym wierni czuliby się wolnymi w wypowiadaniu na głos swoich myśli, ale nie osądzając, lecz przyjacielsko. Relacje w Cerkwi polegają na wzajemności, gdzie obydwie strony muszą podejść. Nie można obwiniać tylko duchownych, że to oni nie wychodzą do wiernych. Po to jesteśmy w Cerkwi – by zdobywać miłość, jak największą cnotę. Wówczas ludzie o różnych poglądach mogą usiąść za jednym stołem bez odwracania pleców i osądzania jeden drugiego – jeśli nie mamy wystarczająco miłości, to właśnie się dzieje. Przegnać kogoś choć raz – to niebezpieczne. Musimy zdawać sobie sprawę, jak wielką odpowiedzialnością jest bycie kapłanem i chrześcijaninem. Jaką odpowiedź dajemy Bogu my, ochrzczeni?
Tak, odpowiedzialność ludzi ochrzczonych jest wielka, ale czy zdajemy sobie z tego sprawę… Dzisiaj wielu ludzi jest ochrzczonych przez tradycję, obyczaj, bez przejścia przez choćby podstawową katechizację, w której się mówi o wierze jako podstawie wymaganej do ochrzczenia. Jakie są wasze obserwacje jako kapłana? Problem z dzisiejszą katechizacją jest taki, że nikt nie wymaga od ludzi radykalnej zmiany życia. We wcześniejszych wiekach katechizacja mogła mieć miejsce tylko wtedy, gdy nastąpiła zmiana. Rzecz w tym, by nie traktować chrztu tylko jako oświecenia, lecz także jako możliwość włączenia tego człowieka w życie Cerkwi, by po chrzcie stał obok ciebie, by była możliwość kontaktu z nim. Można do tego dojść na różne sposoby.
Radykalizm, o który mówię, polega na tym, by wyjść do ludzi na ulicy, by zrozumieli, jak wielką odpowiedzialnością jest przyjęcie chrztu, by pokochali Prawosławie dlatego, że stawia ono poważne wymagania, wyznacza granice. W tym rozmytym świecie chcemy powiedzieć, że są granice wobec bezprawia, wobec braku wymagań. A tymi granicami jest pewna moralność, która prowadzi do rozwiązania poważnych problemów, daje odpowiedzi na pytania. Jeśli np. moralność małżeńska określa bytność człowieka, to tworząc coś takiego jak związki partnerskie, mamy brak wymagań, a to powiększa problemy współczesnego człowieka. Należy zrozumieć, że gdyby człowiek zawierał małżeństwo, rozwiązałoby się wiele problemów, których doświadcza, żyjąc na wzór rodzinny z kimś, komu boi się powiedzieć, że go kocha, czy też boi się ożenić z nią/wyjść za mąż za niego. Nie wspominając już o problemach wynikających z narodzin dziecka takiej pary, a już nie daj Boże, żeby dziecko było chore albo żeby tych dwoje ludzi ciężko zachorowało
Jak postępujecie z chrześcijanami, którzy skłaniają się ku zelotyzmowi [fanatyzmowi religijnemu]? Zelotyzm to także kwestia miłości, a właściwie – jej braku. Miłość to cnota, która czyni człowieka otwartym, a ta otwartość w naszej Cerkwi jest wyrażana w postaci ekonomii [zbawienia]. Za jej pomocą Bóg pokazuje nam, jak bardzo jesteśmy obarczeni upadkiem w grzechu, że jesteśmy zarażeni pychą niczym jakąś bakterią, że cierpimy z braku miłości, i dlatego jest nam trudno być takimi, jakimi powinniśmy być. Cerkiew prowadzi człowieka do Prawdy jak ojciec, który chwyta swoje dziecko za rękę, i jest gotów przebaczyć mu wiele błędów, od czasu do czasu je karze, lecz nie puszcza ręki dziecka. Cerkiew, będąc świętą, jest wyrozumiała, ponieważ pragnie, by wprowadzić człowieka na drogę do Prawdy. To obopólna wyrozumiałość. Z kolei zelotyzm chce rozwiązać każdą kwestię kategorycznie… To nie ma racji bytu. Dlatego widzimy tam wymizerniałe twarze, ale Bóg nie wymaga od nas takiego życia. Gdy człowiek uświadamia sobie swoją grzeszność i odczuwa Bożą miłość, i nie wpada w okoliczności wciągające go w stan [permanentnego] grzechu, podąża ku Bogu, i się oczyszcza.
Jak sobie Ojcze radzicie z nieustannymi zobowiązaniami i ciągłym zmęczeniem? Czy czasem nie chcecie rzucić wszystkiego, i nie przejmować się kimkolwiek? Myślę, że każdy kapłan ma takie pokusy, przy czym są one ulotne. Osobiście rozwiązuje to w taki sposób, że wyznaczam sobie nowe zadanie, związane z optymalizacją dotychczasowej pracy. Po pierwsze, rozważam to, które z robionych przeze mnie rzeczy są potrzebne, i które rzeczy są ważne, a którymi nie zajmuję się z braku czasu, z powodu lenistwa lub jeszcze czegoś innego. Utrzymuję priorytety, przy tym następnego dnia rozpoczynając coś nowego. Czy to jest właściwe – nie wiem… Myślę, że w dzisiejszych czasach kapłanowi potrzebne jest natchnienie, lecz obecnie jest mało ludzi, którzy nam to natchnienie dają. Jedyną i najbardziej pewną rzeczą jest Boża miłość, na której jeśli się nie polega, to się natychmiast upada. Bóg jest Tym, który najbardziej pomaga kapłanom, ponieważ pracujemy na rzecz Jego dzieła. Czasem tak Mu mówię: Panie, jestem posłany, by pracować na rzecz Twojego dzieła. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, ale jeśli Ty mi nie pomożesz, to kto?!.
Mówicie Ojcze, że kapłan potrzebuje natchnienia. Skąd Wy czerpiecie to natchnienie? Mam bardzo dobrą rodzinę. I bardzo dużą bibliotekę. Mogę czerpać natchnienie z pierwszej lepszej chwyconej nowej książki, z różnych – wydawałoby się – drobnych rzeczy… Kapłan potrzebuje czasem przerwy na bycie ze swoją rodziną, na osobistą modlitwę. Ciężko jest kapłanowi w życiu codziennym znaleźć czas na osobistą modlitwę. Ja, po 20 latach służby, dopiero zacząłem odczuwać wielką potrzebę modlitwy. I cieszę się, że doszedłem do tego momentu, w którym zdałem sobie sprawę, że bez modlitwy kapłan nic nie może. Bez osobistej modlitwy kapłan jest okrągłym zerem. I to jest największą siłą współczesnego kapłana – modlić się – i to nie tylko za siebie, lecz za wszystkich ludzi. Największą potrzebą dzisiejszego świata jest modlitwa. I miłość, oczywiście. I gdy nauczymy się modlić, to wszystko będzie na właściwej drodze, wszystko będzie się dziać tak, jak powinno. Brak szkół duchownych doprowadził do braku ciągłości przekazywania tradycji modlitwy. Modlitwa to obcowanie z Bogiem. W modlitwie zaczynasz odczuwać duchowe spokój i radość. Problem jest taki, że kiedy popadłeś w przygnębienie, rozpacz, to musisz znaleźć w sobie siły, by stanąć do modlitwy. Jeśli człowiek się przełamie w takiej sytuacji, przychodzi oświecenie, natchnienie.
Rodzina jest niewątpliwie ważnym wsparciem dla kapłana, ale czy jest w Bułgarskiej Cerkwi Prawosławnej coś takiego jak wspólnota kapłanów, bractwo, albo jakieś stowarzyszenie? W ostatnim czasie rozmyślam nad tym, czy to niezbędne. I im więcej tak rozmyślam i nie jestem pewien, to znaczy, że nie jest to niezbędnym. Dobrym jest, by kapłan miał przyjaciół-duchownych, lecz co się tyczy stowarzyszeń, organizacji kapłańskich… To mi bardziej przypomina ustrój partyjny. Kapłan powinien czuć się współbratem każdego, bez osądzania kogokolwiek, co oznacza, że musi widzieć tylko dobro w innych. Zatem nie ma potrzeby zakładania jakichś kapłańskich stowarzyszeń. Wystarczy wspólna służba [nabożeństw] i wzajemne braterskie stosunki. Jednakże, ponieważ dobrze się znamy między sobą, jesteśmy pierwszymi do osądzenia kogoś, i jest to wielki problem duchownych.
Czy istnieje konkurencja między kapłanami? Myślę, że ma to miejsce. Z jednej strony działa to stymulująco, a z drugiej – nie, ponieważ nie jesteśmy w stanie widzieć dobra w służbie innych. Uważam, że musimy nauczyć się widzieć tylko dobro w napotykanym człowieku. Jeśli to uczynimy, zbawimy się.
A jak zamykać oczy na to, co złe? Nie osądzać człowieka za to, że jest zły, lecz radować się dobrem w nim. Jak to powiedział św. Bazyli Wielki: Nie lamentujmy nad tym, czego nie mamy, lecz dziękujmy za to, co mamy. Widzenie dobra w drugim człowieku wzbudza miłość w nas.
To nie oznacza przemilczania złych rzeczy, które się dzieją – ważnym jest, jak się o nich mówi. Myślę, że błędem jest „słodzenie” komuś; należy mówić tak, by człowiek zdał sobie sprawę z czegoś, przygarnął nas i podziękował. Trzeba powiedzieć to, co trzeba powiedzieć, lecz należy to czynić z miłością. Nie uważam, że należy człowieka potępić za wszelką cenę i natychmiast – wszystko musi być czynione z troską i cierpliwością, z zachowaniem chrześcijańskiego taktu: nikogo nie urazić i nie zranić. Niech wszystko, co robimy, ma w sobie miłość, tak by drugi człowiek zrozumiał, że to z naszej troski o niego. Jeśli wychodzą z nas osąd i złość, to nic dobrego z tego nie może wyniknąć.
Rozmawiała Stefka Borisova
Przetłumaczyła Dominika Kovačević
Oryginał ukazał się na portalu dveri.bg
— tłum. Dominika Kovačević
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.