Rozmowa z biskupem Jerzym, Prawosławnym Ordynariuszem Wojska Polskiego.
Rozmowa z biskupem Jerzym, Prawosławnym Ordynariuszem Wojska Polskiego.
Kiedy się władyka dowiedział, że będzie ordynariuszem wojskowym? Dowiedziałem się na posiedzeniu św. Soboru Biskupów PAKP 9 czerwca ubiegłego roku. Podczas posiedzenia Soboru odbyło się głosowanie, w wyniku którego zostałem wybrany na ordynariusza wojskowego.
I co władyka pomyślał? Było to dla mnie ogromnie wyzwanie i zaskoczenie. Przyjąłem to ze wzruszeniem przede wszystkim z powodu okoliczności, w jakich się to odbyło. Śmierć abpa Mirona była nagła i tragiczna - dla mnie było to trudne tym bardziej, że byłem z nim blisko związany.
Ale był władyka typowany na to stanowisko? Być może, ale byli też inni biskupi wikariusze. Nikt nie określił, że to ja będę ordynariuszem wojskowym. W noc przed posiedzeniem św. Soboru Biskupów miałem bardzo dziwny sen. Śniło mi się, że przy drodze widziałem drzewo, które było obdarte z powodu wypadku samochodowego, w którym zginął arcybiskup Miron. Przy tym drzewie powieszono jego riasę [rodzaj sutanny - przyp. red.], skufijkę [nakrycie głowy - przyp.red.] i powiedziano, że skufijka pochodzi ze Smoleńska. Władyka Miron, który się nagle tam pojawił, nałożył mi tę skufijkę.
Ale ja nie daję wiary snom, więc absolutnie się nim nie sugerowałem.
Ta decyzja to dla władyki coś zupełnie nowego, wejście w zupełnie nowe środowisko – procedury państwowe, wojskowe, nowi ludzie. Arcybiskup Miron wielokrotnie żartował „Zobaczysz, zajmiesz moje miejsce” - bo wiedział, że ja nie chciałem być ordynariuszem wojskowym. To była ostatnia rzecz, której się spodziewałem za życia władyki, tym bardziej, że władyka był młody i przed nim było jeszcze kilka lat służby. Muszę powiedzieć, że była to ostatnia rzecz, nad którą bym się zastanawiał za życia arcybiskupa Mirona.
Został władyka wybrany przez Sobór Biskupów, ale to jest również funkcja państwowa, nie tylko cerkiewna. Czy kandydat na ordynariusza musi spełnić jakieś warunki? Sobór Biskupów wybiera ordynariusza wojskowego bez ingerencji państwa, ale oczywiście musi on spełniać określone warunki. Tym warunkiem jest wiek, wyższe wykształcenie, niekaralność – wszystkie wymogi występujące również w innych sferach życia publicznego. Sprzyjającym warunkiem jest przeszłość wojskowa.
W imieniu Soboru Biskupów metropolita ogłasza wybór i informuje o tym fakcie Ministra Obrony Narodowej, który na wniosek metropolity mianuje danego biskupa prawosławnym ordynariuszem wojskowym. Od tej pory ordynariusz pełni tę funkcję i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony Narodowej. Ja zostałem mianowany 23 czerwca.
Czy minister może się nie zgodzić na wybór, dokonany przez Sobór Biskupów? Trudno sobie wyobrazić taką sytuację, musiałaby być tego jakaś oczywista przyczyna. Mogłyby to być wymogi formalne, ale Sobór Biskupów stawia warunki, które są mniej więcej tożsame. Nie może zostać ordynariuszem osoba do tego nieprzygotowana w sensie wieku, wykształcenia, niekaralności czy też braku przeszłości związanej z Cerkwią. Musi to być osoba sprawdzona.
Co było dalej? Akt nominacji został mi wręczony przez Sekretarza Stanu gen. Czesława Piątasa, bardzo uroczyście w Ministerstwie Obrony Narodowej i od tej pory formalnie zarządzałem ordynariatem.
A jak wyglądało rozpoczęcia pracy władyki na gruncie cerkiewnym? Cerkiewna uroczystość składała się z dwóch części. Najpierw odbyło się oficjalne ogłoszenie tego, że metropolita przestaje czasowo zarządzać ordynariatem. To była rodzinna uroczystość, odbył się molebien, zostałem wszystkim przedstawiony, bardzo mile powitany i od tej pory zaczęło się moje zarządzanie ordynariatem. Druga część to ingres – uroczystość liturgiczna – ogłoszenie wyboru.
Ingres to również powitanie ze sztandarem wojskowym. Minister czy biskupi wojskowi oddają hołd sztandarowi poprzez ukłon. Natomiast wtedy, kiedy rozpoczynają służbę, całują sztandar. Całują go raz jeszcze w swoim życiu, jeżeli dożyją odejścia ze służby, czyli w momencie przekazania kierownictwa. To są tylko dwa przypadki, kiedy całujemy sztandar wojskowy. To jest znakiem oficjalnego rozpoczęcia kierowania ordynariatem. Podobnie jest we wszystkich innych jednostkach sił zbrojnych.
Jaki władyka ma stopień wojskowy? Urodziłem się w latach 70, więc trafiłem na komisję wojskową, ale śluby zakonne złożyłem w 1993 roku i nie zdążyłem pójść do wojska. Wtedy osoby ze ślubami zakonnymi były przenoszone do rezerwy. Ja zostałem przeniesiony do rezerwy w wieku 19 lat.
Teraz, w momencie rozpoczęcia szkoły oficerskiej, która była konieczna, zostałem starszym szeregowym, a po ukończeniu szkoły – kapralem. Ukończenie szkoły oznacza, że w ciągu około miesiąca osoba jest promowana na stopień oficerski, czyli na podporucznika.
Proszę więcej opowiedzieć o tej szkole. Szkolenia dla duszpasterstwa są normalnie prowadzone we Wrocławiu. Takie szkolenie trwa zazwyczaj kilka miesięcy. Ponieważ ja jednocześnie zarządzałem ordynariatem, szkolenie przeszedłem w Dęblinie, w szkole oficerskiej, co postrzegam jako wielką radość i zaszczyt. Bardzo mi się podobała ta szkoła, tym bardziej, że fascynuje mnie ten właśnie kierunek – lotnictwo. Szkolenie trwało 2 miesiące. Celem szkolenia było przybliżenie specyfiki wojska, taktyki wojennej, regulaminu, wewnętrznych i zewnętrznych procedur sił zbrojnych, obecności wojsk w NATO i na misjach zagranicznych.
Bardzo ciekawe były prezentacje i zajęcia praktyczne. Miałem okazję skorzystać z symulatora lotów na samolocie wojskowym i na samolocie pasażerskim, co nie jest dane każdemu i było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Skorzystałem również z symulacji katapulty, na specjalnym urządzeniu. Człowiek z takiej maszyny wylatuje na pewną wysokość, tak jakby się to działo naprawdę. Zapoznałem się z typami samolotów, prawie do każdego wsiadłem, dowiedziałem się, jak działają, jak są reperowane, odwiedziłem hangary.
Obowiązkowym elementem tego szkolenia był również egzamin ze strzelania, który zdawałem w jednostce w Wesołej. Zaliczyłem ten egzamin na ocenę bardzo dobrą, a na pamiątkę dostałem nawet tarczę, do której strzelałem.
Przez kolejne 10 dni miałem szkolenia w poszczególnych departamentach ministerstwa. Są to jednostki, z którymi dzisiaj współpracuję. Muszę wymieniać korespondencję i wiedzieć, kto za co odpowiada. Po takim szkoleniu zupełnie inaczej odczytuję te pisma, które do mnie przychodzą i było to dla mnie bardzo pomocne.
Od 10 lutego do 25 lutego odbędę również ćwiczenia sprawnościowe w Szkole Oficerskiej we Wrocławiu.
Praktyczne ćwiczenia odbywał władyka w mundurze. Jak się władyka czuł, po raz pierwszy od lat oficjalnie nie występując w sutannie? Pierwszy raz mundur polowy założyłem 4 listopada, w dniu przysięgi. To duże przeżycie. Czułem się dziwnie, ale to ciekawe doświadczenie.
Cięgle jest władyka duchownym, a nagle wchodzi władyka w tryb życia żołnierza. O tym, że ktoś jest duchownym, świadczy u nas koloratka. Mnich ma też inne elementy stroju, których nie musi zdejmować nawet nakładając mundur, na przykład paraman. Często zakładam panagiję. To nie problem. Nie wyobrażam sobie natomiast wyjazdu do Afganistanu w sutannie, z przyczyn bardzo przyziemnych. Tam się nie da być w takim stroju. Tam są kamienie, skaliste podłoże i bardzo niesprzyjające warunki.
Jak wyglądała wizyta w Afganistanie? Do Afganistanu pojechało 3 biskupów – rzymskokatolicki, ewangelicki i prawosławny. Trzymaliśmy się razem. Zwiedziliśmy całą bazę wojskową w Ghazni. To, co człowiek zna z telewizji, to co może sobie wyobrazić, nie ma nic wspólnego z tym, jak to wygląda. W szpitalu jest OIOM, są sale operacyjne – w pustym, szczerym polu. Wszystko jest bardzo dobrze zorganizowane. Aczkolwiek wszędzie czuje się zagrożenie i militarny dyskomfort.
Lecieliśmy helikopterem z otwartymi drzwiami i klapą, bo żołnierze z karabinami pilnowali, żeby samolotu nikt nie zestrzelił. Było przeraźliwie zimno, nie wiedziałem, że może być tak zimno, a siedziałem przy samym oknie.
To była trudna wizyta, choćby pod względem fizycznym. Mieliśmy 9 startów i lądowań w ciągu 3 dni. Potrzebne były międzylądowania, a jeszcze w Warszawie mieliśmy lądowanie awaryjne. Potem tankowaliśmy w Armenii, następnie mieliśmy międzylądowanie w Uzbekistanie, potem lecieliśmy do Bagram i helikopterem do Ghazni. Droga powrotna wyglądała podobnie.
Czy spotkał się władyka z żołnierzami? Mieliśmy okazję spotkania z około dwustoma żołnierzami, z czego wielu to byli funkcjonariusze służb medycznych itp. – większość żołnierzy jest albo na patrolach, albo na służbie – niemożliwe jest, by ich wszystkich zebrać, bo to by się mogło źle skończyć. Tam stacjonuje 2,5 tys. żołnierzy. Nie zapominajmy, że tam jest wojna. To najbardziej niebezpieczna misja. Poznałem tam bardzo ciekawą postać - katolickiego kapelana, który jest tam na stałe. Mówił, że są tam prawosławni, więc zostawiłem mu prawosławne ikonki.
W Afganistanie był władyka przed świętami. Zastanawiałem się, jakie mogę im złożyć życzenia. Uważałem, że lakoniczny sposób złożenia życzeń „wszystkiego najlepszego, poczujcie się jak w domu”, byłby daleki od rzeczywistości, którą oni wewnętrznie przeżywają. W książce „W poszukiwaniu celu” o wspomnieniach z Holocaustu napisano, że normalny człowiek w nienormalnej sytuacji staje się nienormalny - i to świadczy o jego normalności. Trudno mi, który na co dzień jestem w sytuacji normalnej, wczuć się w sytuację, w której są ci żołnierze.
Zastanawiałem się kiedyś, wspominając metropolitę Antoniego Blooma, co to znaczy modlić się za kogoś. Antoni Bloom powiedział, że to znaczy wczuć się w jego sytuację, rzeczywiście wczuć się w to, co on w tym momencie odczuwa. To, że tutaj przyjechaliśmy, tylko w jakiejś cząsteczce, w jednym procencie pozwala mi wczuć się w to, co wy tutaj przeżywacie. Ten jeden procent niech stanie się niegodną modlitwą za was, widząc tylko - nie doznając, a tylko widząc - to, co tu przeżywacie. Niech to będą najlepsze życzenia - że jest ktoś, kto będzie modlitewnie pamiętał o was – tak im powiedziałem. Myślę, że takie słowa są potrzebne tym ludziom. I ważne jest, żeby przynajmniej troszeczkę wczuć się w ich położenie i w ich sytuację.
Czy planuje władyka wysłać kapelana do Afganistanu? Jeśli będzie taka potrzeba, to jak najbardziej.
Skąd będzie wiadomo, że jest potrzeba? Zazwyczaj jest zgłaszana przez samych żołnierzy, przez ministerstwo. Na dzień dzisiejszy odbywamy wizyty na misjach pokojowych. Ale jeśli zaistnieje taka potrzeba, to jak najbardziej.
Jaki jest kanoniczny status ordynariatu? To dokładnie określa statut ordynariatu – państwowy dokument przygotowany przez sobór biskupów. Ordynariat jest jednostką, zrównaną kanonicznie z diecezją. Ordynariusz jest biskupem, cieszącym się wszystkimi kompetencjami i prawami biskupa diecezjalnego. Formalnie jest to diecezja wojskowa. Statut określa niezależność ordynariatu. Ordynariat swoją opiekę duszpasterską pełni na terenie całej Polski, wchodzi więc w kompetencje poszczególnych diecezji. Władza biskupa jest władzą pełną, ale również wymagającą współpracy z biskupami diecezjalnymi, bo jest wielu duchownych, którzy należą do obu struktur – klasycznej diecezji i ordynariatu wojskowego.
Na początku trzeba było to określić, teraz już są ustalone zasady współpracy. Jeśli są sprawy dotyczące obydwu stron, wtedy biskupi ustalają wspólnie, kto w danym wypadku podejmuje decyzję. Na przykład kiedy kapłan należący do obu struktur musi być nagrodzony lub ukarany – kto nagradza i kto karze, za co, w jakiej sferze - w oparciu o to dany biskup w porozumieniu z drugim podejmują decyzję.
Ordynariat teraz zmierza do tzw. uwojskowienia – większość duchownych należy już tylko do ordynariatu.
Jaki wpływ ma państwo na ordynariat, w jakich kwestiach może decydować minister? Minister w sferze wojskowej upomina ordynariusza i jego zastępcę. Co do kapelanów, minister działa przez ordynariusza. Ordynariusz wojskowy informuje również ministra o swojej nieobecności w pracy, o swoich wyjazdach zagranicznych, bo w danym momencie może być potrzebny.
Ile jest prawosławnych parafii wojskowych w Polsce? Jest siedem parafii wojskowych, około 30 kapelanów, niektórzy są psalmistami. Ta liczba rośnie, bo dochodzą nowe rodzaje służb – np. służby celne. Być może wykrystalizuje się współpraca z innymi służbami np. strażą pożarną. Niektórzy kapelani nie są związani z konkretną parafią wojskową, a z rodzajem wojska.
Pracownicy ordynariatu dzielą się na wojskowych i cywilnych. Pracownicy cywilni mogą pełnić różne funkcje, mogą być wikariuszami parafii i pełnić funkcje związane z danym okręgiem wojskowym. Mianowany kapelan wie, jakie są jego kompetencje i gdzie sprawuje nabożeństwa.
Ilu jest prawosławnych żołnierzy? Nad jaką ilością wiernych ordynariat sprawuje opiekę? To jest bardzo trudne pytanie. Po zawieszeniu zasadniczej służby wojskowej trudno dziś określić, ilu jest żołnierzy, ale możemy mówić o tysiącach. Są oficerowie, emeryci, kombatanci, inne formacje… Wiemy też, że żołnierze prawosławni, którzy są w jednostkach, gdzie nie ma wojskowej parafii, korzystają z własnej parafii. Do tego dochodzą rodziny żołnierzy.
Czy żołnierzy otwarcie przyznają się do tego, że są prawosławni? Coraz częściej tak jest. Nie wiem, jak było kiedyś, ale obecność ordynariusza i prawosławnych kapelanów wpłynęła na to, że wielu żołnierzy miało możliwość powiedzenia o tym, że są prawosławni i to zweryfikowało potrzebę powołania ordynariatu. Kiedy duchowny pojawia się w jednostce, żołnierz nie ma obaw. Często też do duchownych zwraca się ktoś nieprawosławny, zupełnie niezwiązany z prawosławiem, który chciałby porozmawiać.
Na czym polega codzienna praca kapelana? To zależy od funkcji, którą kapelan pełni. Przede wszystkim sprawuje nabożeństwa. Jest bardzo wiele uroczystości patriotycznych, a także uroczystości o charakterze religijno-patriotycznym, w których kapelani biorą udział, gdzie odczytują modlitwy. Niektórzy kapelani mają swoje siedziby w jednostkach, gdzie mają swoje biura i są codziennie dostępni. Do tego biura może przyjść każdy żołnierz po to, żeby się poradzić w sprawach duchowych. Duchowni uczestniczą w odprawach danej jednostki i we wszystkich przedsięwzięciach, które są związane z jej życiem. Każdy z kapelanów jest do dyspozycji ordynariusza, który deleguje kapelanów. Osobiście nie spodziewałem się aż tak wielu uroczystości i ceremonii, które odbywają się bardzo często.
To widać po wiadomościach. Czy to nie jest problem, że więcej czasu zajmują uroczystości, a nie ma czasu na pracę duszpasterską? Moim celem jest to, żeby kapelani byli najpierw kapłanami, a potem żołnierzami. Uważam, że ordynariat wojska polskiego musi być w sensie duszpasterskim diecezją, a nie instytucją. Zdarzają się takie sytuacje, kiedy giną żołnierze. W takim momencie trzeba się zająć rodzinami tych żołnierzy. O tym się nie pisze, to sprawa indywidualna. To jest największa rola kapelana. Nie wyobrażam sobie braku wsparcia duchowego dla osób, które są codziennie narażone na śmierć. Tak jest chociażby w Afganistanie.
Jak wygląda zwykły dzień prawosławnego ordynariusza wojskowego? Bardzo rożnie. Jeśli jestem w Warszawie, to spędzam go w ordynariacie. Dzień mija na pracy korespondencyjnej i na spotkaniach. Spotkania mają charakter wojskowy, ale i duszpasterski. Praktycznie raz – dwa razy w tygodniu jestem na jakichś spotkaniach poza ordynariatem. Są spotkania, na które mogą być delegowanie kapelani, są spotkania, w których sam staram się uczestniczyć. Pracuję również na akademii (ChAT), w seminarium, mam obowiązki duszpasterskie i nabożeństwa.
Jeździ władyka do Siemiatycz? Staram się raz w miesiącu być w Siemiatyczach. Liturgię w ordynariacie staram się sprawować raz – dwa razy w miesiącu. Są też święta wojskowe. Wizytuję parafie, dość dużo jest podróży lotniczych w kraju i za granicą w związku z różnymi uroczystościami. Na brak zajęć nie mogę narzekać.
Uroczystości są płaszczyzną praktycznego ekumenizmu. Wojsko jest najlepsza płaszczyzną ekumenizmu. Wszyscy trzej ordynariusze, jak i kapelani mają jedno zadanie – to jest płaszczyzna, gdzie to się odbywa w sposób naturalny. Spotkania sprzyjają również świadectwu prawosławia, tam gdzie prawosławny duchowny jest obecny, pokazuje prawosławie. Otrzymujemy masę pytań dotyczących prawosławia, istoty duchowości. Nie wiedziałem, że tak wielu żołnierzy chciałoby mieć w domu prawosławną, pisaną ikonę, chciałoby wiedzieć, czym jest ta ikona.
W ordynariacie nie ma miejsca na stagnację intelektualną ani duchową. Kapłan musi być przygotowany do godnej, a nie zdawkowej odpowiedzi na postawiony temat. Myślę, że jest to ogromny wkład ordynariatu w dzieło świadczenia o prawosławiu.
Sytuacja skłania też do służenia po polsku. Jeśli są dłuższe nabożeństwa to większość jest po słowiańsku, a fragmenty po polsku. Ale sytuacja skłoniła nas do wykorzystywania modlitw, które nie były długo używane, na przykład na poświęcenie statku, samolotu, na przysięgę żołnierzy, przy promocji oficerskiej. Takie modlitwy powstały dawniej, teraz zostały wzięte ze starych euchologionów. To też wzbogaca liturgiczne życie Cerkwi.
Od czasu powstania ordynariatu dużo częściej widać prawosławnych np. w telewizji. Dlatego duchowni muszą być przygotowani. Zwracam uwagę, by udając się na uroczystość, zwłaszcza historyczną, zapoznać się z historią i w oparciu o tę wiedzę potrafić coś na ten temat powiedzieć. Wszyscy się dokształcają. Wcześniej często nie mieliśmy styczności z lokalnymi świętami…
a niektóre są bolesne dla prawosławia…. Tam też trzeba odpowiednio przedstawić swój pogląd, wygłosić odpowiednie słowo. To wszystko zmusza kapelanów do trzymania siebie w dyscyplinie intelektualnej, moralnej, cywilnej i duchowej.
Czy prawosławny ordynariat jest w całości utrzymywany przez państwo? Tak, tak jak inne ordynariaty.
Jakie są problemy i wyzwania ordynariatu? Problemem jest brak katedry - cerkwi wojskowej. Nad tym pracujemy i mam nadzieję, że ten problem zostanie rozwiązany.
Ja nie stawiam celów, staram się żyć dniem dzisiejszym. Pozycja ordynariatu jest stabilna, a w sensie pożytku dla wojska jest oczywista. Słyszymy to w niewymuszonych opiniach oficerów, którzy cieszą się z obecności prawosławnych kapelanów, z którymi się przyjaźnią, o których się wypowiadają jak najlepiej również bez ich obecności. To najlepsza rekomendacja, kiedy ordynariusz podczas nieobecności kapłana słyszy o nim pozytywne opinie.
Ale słyszeliśmy też nie raz wiele niepochlebnych komentarzy. Wynika to z niezrozumienia istoty ordynariatu. Trzeba wejść w tę sytuację. Ja w najmniejszym stopniu nie uświadamiałem sobie tego, jak funkcjonuje ordynariat, nawet będąc biskupem, patrząc na to z zewnątrz. To nie jest prosta służba, ona jest bardzo trudna – bo to służba publiczna. Jest trudna pod względem ogromniej odpowiedzialności medialnej. Jest trudna pod względem specyfiki Kościoła mniejszościowego. Jest trudna również dlatego, że kapłan musi czasem założyć mundur i pójść z żołnierzami. Musi się do tego przyzwyczaić, że jest inaczej ubrany.
Dlaczego kapłan na mundur zakłada epitrachelion? Czy nie może się ubrać normalnie, w sutannę, skoro występuje jako duchowny? Istnieje zasada, żeby stać się jednym z nich, być takim, jakim żołnierz. Jeden z kapelanów w Afganistanie bardzo trafnie powiedział – jeśli chcesz, żebym ja się u ciebie spowiadał, to mieszkaj tutaj - nie przyjeżdżaj - ale mieszkaj z nami, jedz z nami to samo co my, bądź z nami, ubieraj się tak samo jak my, rób to samo, co my. Na takiej zasadzie to funkcjonuje.
Czy władyka zachęcałby młodych duchownych do służby w ordynariacie? Na dziś ordynariat jest w pełni obsadzony, ale czemu nie? Trzeba mieć świadomość tego, że ta służba jest niebezpieczna, wiąże się z wieloma podróżami… Obecnie żyjemy w psychozie wypadków lotniczych i proszę mi wierzyć, że ona się udziela.
Szczególnie jak trzeba awaryjnie lądować. Nie ma na ziemi służby, która miałaby same plusy lub same minusy. Każda służba jest piękna, jeśli człowiek się jej oddaje w pełni.
Czego władyka by sobie życzył? Tego, żebym nie popełniał błędów w kierowaniu ordynariatem. I tego, żebym w swoim postępowaniu wyrażał ducha Cerkwi. Tylko tego.
Serdecznie dziękuję za rozmowę.
rozmawiała Anna Czerewacka
— Anna Czerewacka
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.