Nie trzeba dowodzić, że żyjemy dziś pośród głębokiego kryzysu moralnego i duchowego.
Nie trzeba dowodzić, że żyjemy dziś pośród głębokiego kryzysu moralnego i duchowego. Z jednej strony słyszymy lamenty nad „kryzysem moralnym", co do którego natury i środków zaradczych sami chrześcijanie wydają się głęboko podzieleni. Obrońcom „starego dobrego" kodeksu moralnego, wzywającym do jego przywrócenia, przeciwstawiają się ci, którzy piętnują jego obłudę i legalizm, i głoszą nową moralność, nazywaną przez nich „etyką sytuacyjną", „etyką miłości" itp. Z drugiej strony dokonuje się dziś znaczące ożywienie zainteresowania „duchowością" i jej poszukiwań, przy czym samo to słowo kryje w sobie niewiarygodny, i to właśnie duchowy, zamęt, który z kolei rodzi wielką rozmaitość wątpliwych duchowych „nauk" i „recept". Mamy duchowość afirmującą świat („świętowanie życia") i duchowość świat negującą („koniec świata"), ekstatyczny „ruch Jezusowy" i „ruch charyzmatyczny", mnożenie się „starców" i wszelkiego rodzaju „guru", „medytację transcendentalną", „dar języków", „mistycyzm Wschodu", ponowne odkrycie diabła i „czarów", obsesję na punkcie „egzorcyzmów" itp. Na poziomie naszych parafii, których te modne i „awangardowe" prądy duchowe jeszcze nie dotknęły, wciąż mamy odwieczne sprowadzanie życia chrześcijańskiego do rozmaitych zewnętrznych „obowiązków" i „tabu", których przestrzeganie w najmniejszym stopniu nie przeszkadza naszym „porządnym ludziom" prowadzić w istocie życie całkowicie zsekularyzowane i kierować się kryteriami oraz normami niemal zupełnie obcymi Ewangelii.
Wszystko to, powtarzam, odsłania tak bezdenny zamęt, taki brak prawdziwych kryteriów duchowych, a nade wszystko trzeźwości, która w tradycji prawosławnej zawsze stawiana jest jako warunek sine qua non (dosł. warunek, "bez którego nie”) wszelkiej prawdziwej duchowości, że nawet najbardziej autentyczne poszukiwania narażone są na zejście na manowce i doprowadzenie do duchowej katastrofy. Nasz czas jest czasem podszywania się, duchowego oszustwa i fałszerstwa przybierającego postać „anioła światłości" (por. 2 Kor 11, 14). Główne niebezpieczeństwo, główna wada całego tego zjawiska polega na tym, że zbyt wielu ludzi dzisiaj, włączając w to z pozoru najbardziej tradycyjnych „dysponentów" duchowości, zdaje się traktować „duchowość" jako pewien byt sam w sobie, niemal całkowicie oderwany od całości chrześcijańskiej wizji i doświadczenia Boga, świata i człowieka, od pełni chrześcijańskiej wiary. Widziałem, jak Filokalię czyta się i praktykuje w grupach i kółkach, których ezoteryczne nauki nie tylko nie mają nic wspólnego z chrześcijańskim światopoglądem, lecz są mu diametralnie przeciwne. Tak więc, gdy zostaje oderwana od pełni wiary, nawet ta „duchowość", która ma najbardziej tradycyjny, najbardziej prawosławny wygląd, zawsze narażona jest na to, że stanie się jednostronna, zawężona i w tym sensie heretycka (od greckiego αἵρεσις - wybór, a zatem zawężenie), że stanie się, innymi słowy, pseudoduchowością.
Niebezpieczeństwo takiej pseudoduchowości istniało zawsze. Piętnuje je już św. Jan, który prosi chrześcijan, aby „nie każdemu duchowi wierzyli, lecz badali duchy, czy są z Boga", i ustanawia podstawową regułę takiego „badania": „Każdy duch", pisze, „który wyznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga" (1 J 4, 1–2). Znaczy to, że kryterium „duchowości" należy szukać w centralnej chrześcijańskiej nauce o Wcieleniu, centralnej dlatego, że zakłada ona i zawiera w sobie całą chrześcijańską wiarę, wszystkie wymiary chrześcijańskiego światopoglądu: stworzenie, upadek, odkupienie, Boga, świat, człowieka.
o. Aleksander Schmemann (tłum. Jakub Oniszczuk)
za: Of water and of Spirit, Alexander Schememann, Crestwood 1995, p. 72-74.
fotografia: Aleksander Wasyluk /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.