Częścią wyrzeczenia się siebie z miłości do Chrystusa jest, jak mówi św. Serafin z Sarowa, „zmuszanie się do czynienia dobra”. W najbardziej praktycznym sensie oznacza to robienie właściwych rzeczy, z właściwego powodu i we właściwym czasie, a nie wtedy, gdy „czujemy, że mamy na to ochotę”
„Musimy zmusić się do czynienia dobra.”
św. Serafin z Sarowa
Prawosławni chrześcijanie niewiele robią z kaprysu. Nie oznacza to, że w życiu wiary nie ma miejsca na prawdziwą wolność lub spontaniczność. Jak bowiem mówi sam Pan: „Duch wieje, dokąd chce, i głos jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd idzie. Tak jest z każdym człowiekiem zrodzonym z Ducha” (J 3,8).
Jednak istnieje wielka różnica między życiem według Ducha Świętego, a życiem według kaprysu. Z jednej strony Duch Boży często inspiruje wierzących darem cudownej, twórczej spontaniczności, której nie da się narzucić żadnym formalnym planem. Po wprowadzeniu Arki do miasta Jerozolimy, król Dawid spontanicznie tańczył przed nią z radości. W Dziejach Apostolskich święty apostoł Filip rozprzestrzenia Ewangelię nie według jakiegoś światowego planu, ale będąc tak pochłoniętym łaską, że jest jak wiatr, który porywa z jednego miejsca na drugie. „A gdy wyszli z wody, Duch Święty zstąpił na eunucha, a Anioł Pański porwał Filipa i eunuch już go więcej nie widział. On zaś, radując się, udał się w swoją drogę” (Dz 8, 39).
Z drugiej strony należy stwierdzić, że kaprys nie rodzi się z łaski, ale z indywidualnej impulsywności, która jest wrogiem życia duchowego. Zbyt często wielu chrześcijan popada w kapryśny, niespójny typ płytkiej wiary dyktowanej przez nastrój. Kiedy ktoś czuje się radosny i uniesiony, kiedy serce jest pełne światła, radości i pokoju, może wybrać w tym momencie modlitwę, czytanie Pisma Świętego, a może nawet uczestnictwo w Świętej Liturgii. Ale kiedy wszystko staje się ciemne, a wnętrze człowieka w sercu jest samotne i smutne – zdeptane nisko nad ziemią, człowiek odkrywa, że „niemożliwym” jest modlić się, czytać lub uczestniczyć w nabożeństwie.
Ale w rzeczywistości jest to delikatnie zastawiona pułapka diabła, który wie, że jeśli uda mu się przekonać wierzących, że uczucia są najważniejsze, to tylko kwestia czasu, zanim zostaną wyrwani z owczarni. Tak więc sedno sprawy jest takie: wiara musi być ugruntowana i odżywiana czymś głębszym i bardziej godnym zaufania niż ludzkie emocje. Jednak amerykańscy chrześcijanie, ogólnie rzecz biorąc, pokazali, że są szczególnie podatni na tego rodzaju kapryśną duchowość „dobrego samopoczucia”, która jest swym własnym punktem odniesienia sukcesu. Miliony dolarów wlewają się do kieszeni religijnych szarlatanów, którzy głoszą jednostronną Ewangelię pozbawioną przesłania Krzyża i trudności, których on wymaga. Religia jest po to, aby ludzie czuli się dobrze. Jeśli tak się nie dzieje, to po co się tym przejmować?
Ale tutaj wkracza samozaparcie. Częścią wyrzeczenia się siebie z miłości do Chrystusa jest, jak mówi św. Serafin z Sarowa, „zmuszanie się do czynienia dobra”. W najbardziej praktycznym sensie oznacza to robienie właściwych rzeczy, z właściwego powodu i we właściwym czasie, a nie wtedy, gdy „czujemy, że mamy na to ochotę”. Ci, którzy podążają za Chrystusem i niosą swój krzyż, wiedzą, że oznacza to odcięcie własnej woli, a dokładniej - całkowite wyrzeczenie się „woli dla siebie”. „Nie każdy, kto Mi mówi: Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebios, lecz ten, kto czyni wolę Ojca Mego, Który jest w niebiosach” (Mt 7, 21).
Posłuszeństwo modlitwie, postowi i liturgii Kościoła działa jak dobry test wyrzeczenia się siebie. Rzeczywiście, czasami to, co Pan kocha bardziej niż cokolwiek innego, to szczera modlitwa składana we właściwej porze dnia (lub tygodnia) – nawet gdy rodzi się z serca, które jest obciążone zmęczeniem i strapione. Psalmy nie tylko świadczą o tej prawdzie, pokazując nam, jak chwalić Boga w każdych okolicznościach, dobrych i złych, ale także dostarczają „głosu”, którym każdy naśladowca Chrystusa może modlić się z radością lub smutkiem. „Moje serce trwoży się we mnie i spadła na mnie bojaźń śmierci. Przyszły na mnie strach i drżenie, i ogarnęła mnie ciemność” (Ps 54, 5-6).
Ci, którzy poddają się dożywotniemu rytmowi modlitwy, postu i nabożeństw Kościoła, prędzej czy później zostają pobłogosławieni głębią duszy, która przynosi wiele owoców. Wcześniej czy później odkrywają cudowne źródło łaski, które jest nieskończenie głębokie. Gdy zanurzają się coraz głębiej w swoje serce, są prowadzeni do miejsca całkowitej tajemnicy, do miejsca, gdzie niebo i ziemia się spotykają, do żywego tronu samego Chrystusa. „Oto bowiem Królestwo Boże jest w was”. Ale to nigdy nie przychodzi łatwo. To dar łaski dany tym, którzy wiedzą, jak walczyć w dobrej walce.
Tak więc należy ponownie podkreślić, że to bosko-ludzkie spotkanie twarzą w twarz nie może i nie wydarzy się od razu. Jest ono raczej dane tym, którzy pracowali w życiu duchowym, dzień w dzień, jako prawdziwi naśladowcy Chrystusa, pozostając z Nim „u stóp Krzyża” – w dobrych i złych czasach.
Jakże tragiczne jest to, że niektórzy postrzegają kościelny reżim modlitwy prywatnej i zbiorowej jako ciężar, jako powtarzanie rytuałów pozbawionych znaczenia i celu. Ale ci, którzy czczą Pana „w Duchu i prawdzie”, wiedzą coś innego: że wiara oparta na kaprysie nie jest w ogóle żadną wiarą i że praktykowanie wiary tylko wtedy, gdy jest to wygodne lub gdy „się to czuje”, w ogóle nie jest praktykowaniem czegokolwiek.
o. Paul Jannakos (tłum. Gabriel Szymczak)
za: St. Luke The Evangelist Orthodox Church
fotografia: alik /orthphoto.net/
— o. Paul Jannakos (tłum. Gabriel Szymczak)
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.