Cud jest czymś zupełnie innym: cud to moment, kiedy odnawia się harmonia, naruszona ludzkim grzechem
17 sierpnia 1986 r.
Raz za razem czytamy i w Ewangelii, i w Starym Testamencie o cudach, i zaiste możemy widzieć je w ciągu wieków w życiu Cerkwi: cuda uzdrowienia, cuda odnowienia ludzkiego życia mocą Bożą. I czasem ludzie – my wszyscy – zadajemy sobie pytanie: czym jest cud? Czy to znaczy, że w momencie cudu Bóg pogwałca własne stworzenie, narusza jego prawa, łamie coś przez Niego Samego wezwane do życia? Nie, to byłoby magicznym działaniem, to by znaczyło, że Bóg złamał to, co nieposłuszne, podporządkował siłą to, co jest słabe w porównaniu z Nim, Który jest mocny.
Cud jest czymś zupełnie innym: cud to moment, kiedy odnawia się harmonia, naruszona ludzkim grzechem. To może być wybuch na mgnienie oka, to może być początek całego nowego życia: życia harmonii między Bogiem i człowiekiem, harmonii stworzonego świata ze swoim Stwórcą. W cudzie odnawia się to, co powinno być zawsze, „cud” nie oznacza czegoś niesłychanego, nienaturalnego, przeciwnego naturze rzeczy, ale przeciwnie, takie mgnienie, kiedy Bóg wstępuje w Swoje stworzenie i bywa przezeń przyjęty. I kiedy On jest przyjęty, to może działać w stworzonym przez Niego świecie albo w każdym osobnym stworzeniu.
Przykład takiego cudu widzimy w opowieści o tym, co stało się w Kanie Galilejskiej, kiedy Matka Boża zwróciła się do Chrystusa, i na tym ubogim wiejskim święcie powiedziała Mu: skończyło się im wino!… Serca ludzi wciąż pragnęły ludzkiej radości, a materia radości skończyła się. I Chrystus zwraca się do niej: co między Mną a tobą, dlaczego Mi to mówisz?… I ona nie odpowiada Mu wprost; ona zwraca się do sług i mówi: czego by On nie powiedział – to zróbcie… Odpowiada na pytanie Chrystusa działaniem doskonałej wiary. Bezgranicznie wierzy w Jego mądrość i w Jego miłość, i w Jego Boskość. I w tym mgnieniu, ponieważ wiara jednego człowieka otworzyła drzwi i dla każdego, kto wypełni, co mu powiedziano, Królestwo Boże wprowadza się, w świat wstępuje nowy wymiar wieczności i bezdennej głębi, i to, co było inaczej niemożliwe, staje się realnością.
I tu stoimy w obliczu tych niezbędnych warunków, które czynią możliwą tę odnowioną harmonię. Przede wszystkim, powinna być potrzeba, potrzeba realna; niekoniecznie tragiczna, ona może być i niewymyślna, ale powinna być autentyczna. I radość, i smutek, choroba i ucisk w równym stopniu muszą być przyprowadzone do czegoś większego niż ziemia, w coś tak przestronnego i głębokiego, jak Boża miłość i Boża harmonia.
Musi być także brak pomocy: póki myślimy, że możemy coś zrobić sami, nie dajemy drogi Bogu. Wspominam słowa pewnego zachodniego świętego, który mówił: kiedy jesteśmy w potrzebie, powinniśmy oddać całą troskę Bogu, ponieważ wtedy On powinien coś zrobić, żeby otrzymać Swoją chwałę… Tak, póki my wyobrażamy siebie chociaż częściowo panami położenia, póki mówimy: „ja sam – Ty tylko troszkę pomóż” - nie otrzymamy pomocy, ponieważ ta pomoc powinna zmieść wszystkie ludzkie chytrości.
I następne – to Boskie współczucie, o którym słyszymy tak często w Ewangelii: zlitował się Chrystus… Chrystus współczuje, Chrystus żałuje, i to znaczy, że popatrzył na ludzi w potrzebie, którzy niczym nie mogą ulżyć swojej potrzebie, i doświadczył bólu w Swoim Boskim sercu: oto ludzie, których życie powinno być pełną i świętującą radością – a są zmęczeni potrzebą. Czasem to głód, czasem to choroba, czasem – grzech, śmierć, samotność: cokolwiek, ale Boża miłość może być tylko uroczystą, świętującą radością, albo krzyżującym bólem.
I oto, kiedy współistnieją te wszystkie elementy, wtedy ustanawia się tajemnicza harmonia między Bożym smutkiem i ludzką potrzebą, ludzkim brakiem pomocy i Bożą siłą, miłością Bożą, która wyraża się we wszystkim: i w wielkim, i w małym.
Dlatego nauczmy się takiej czystości serca, takiej czystości umysłu, która uczyni nas zdolnymi zwracać się do Boga z naszą potrzebą, nie chowając przed Nim swojej twarzy; jeśli zaś jesteśmy niegodni przystąpić do Niego, to przystąpmy padając na ziemię do Jego nóg, i powiedzmy: Panie! Jestem niegodny, jestem niegodna! Jestem niegodny stać przed Tobą, jestem niegodny Twojej miłości, niegodny Twojego miłosierdzia, ale jednocześnie znam Twoją miłość jeszcze bardziej, niż znam swoją niegodność, i oto przychodzę do Ciebie, ponieważ jesteś miłością i zwycięstwem, ponieważ w życiu i w śmierci Twojego Jednorodzonego Syna ukazałeś mi, jak bardzo mnie cenisz: moją ceną jest całe Jego życie, całe cierpienie, cała śmierć, zejście do piekła i groza piekła, po to, żebym tylko był zbawiony…
Zacznijmy uczyć się tego twórczego braku pomocy, która zawiera się w tym, żeby porzucić wszelką nadzieję na ludzkie zwycięstwo dla przekonanej wiedzy, że Bóg może to, czego my nie możemy. Niech nasz brak pomocy będzie przejrzystością, gibkością, całościową uwagą – i powierzeniem Bogu naszych potrzeb: potrzeby wiecznego życia, ale i niewymyślnych potrzeb naszej ludzkiej kruchości – potrzeby wsparcia, potrzeby pocieszenia, potrzeby miłości. I zawsze Bóg odpowie: jeśli choć troszkę możesz uwierzyć, to wszystko jest możliwe!… Amen.
autor: metropolita surożski Antoni (Bloom)
tłumaczenie: Michał Diemianiuk
za: azbyka.ru
fotografia: jarek11 /orthphoto.net/
— metropolita Antoni (Bloom), tłum. M. Diemianiuk
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.