Migawki, obrazki, szczegóły trudne do umieszczenia w szerszym kontekście.
Migawki, obrazki, szczegóły trudne do umieszczenia w szerszym kontekście. Tyle pozostało w rodzinnych opowieściach. Mało? Potomkowie bieżeńców spod Łomży czy Siedlec niemal zupełnie zapomnieli. My pamiętamy, choć to już 100 lat. Ba, planujemy obchody rocznicowe, które przypomną. Po co nam dziś to bieżeństwo?
Lato 1915 roku; trwa I wojna światowa. Armia rosyjska cofając się z zachodnich guberni Imperium planuje zostawić wrogowi spaloną ziemię. Urzędy, szkoły, fabryki ewakuują się w głąb kraju, w ślad za nimi wywożeni są urzędnicy i wykwalifikowani robotnicy. Pociągami, w jako-takim porządku. Piekło rozpoczyna się, gdy wojsko wygania chłopskie rodziny, wiele z nich w przerażeniu ucieka sama. Wsie płoną. Setki tysięcy wozów suną na wschód, tarasując drogi. Szaleją epidemie tyfusu i cholery, skwar, brakuje wody do picia, panuje głód, co jakiś czas nadlatują niemieckie samoloty…
Wiele wsi dzisiejszej Białostocczyzny, Lubelszczyzny i Chełmszczyzny, w mniejszym stopniu centralnej Polski (ale wśród uciekinierów jest sporo chłopów z tych guberni) pustoszeje. Uciekinierzy to w dużej mierze Białorusini i Ukraińcy (w większości prawosławni), ale są też Polacy, Litwini, Żydzi. Ci, którzy przeżyli koszmar podróży, docierają nad Don, na Syberię, Kaukaz, za Ural. Spędzą tam od 3 do 7 lat. Przeżyją dwie rewolucje, wojna domowa wygoni ich do domów. Wrócą do swoich wsi, do „nowej ojczyzny” - Polski, której nie znają, w jej języku nie mówią. I która wcale ich nie czeka.
Statystyki są niejednoznaczne; najczęściej jednak przyjmuje się, że w bieżeństwo wyruszyło 3,5 mln. osób. 1/3 miała z tej podróży nie wrócić – najwięcej ofiar pochłonęła droga do Rosji i z powrotem. Niemal w każdej rodzinie, która wracała, kogoś brakowało. Czasem nie wracał nikt, wszyscy umarli.
Historycy oceniają, że bieżeństwo było największą tragedią prawosławnych z Podlasia, Lubelszczyzny, czy Chełmszczyzny w nowożytnej historii – nawet II wojna i lata powojenne nie pochłonęły tak wiele ofiar. Pamięć o bieżeństwie była przez lata bardzo żywa: był to główny temat, gdy ludzie w zimowe wieczory zbierali się po domach. Wraz z odchodzeniem bieżeńców, ich historie zaczęły znikać. Nie zapisane, co najwyżej zapamiętane przez kogoś z domowników. Dlatego w środowisku związanym z ruchem białoruskim pojawiła się potrzeba utrwalenia – obozy letnie, podczas których młodzi ludzie chodzili po domach i spisywali wspomnienia, zaowocowały wydaniem po białorusku tomu „Bieżaństwa 1915”; wcześniej w 1995 roku w Bielsku Podlaskim otwarto wystawę czasową poświęconą bieżeństwu. Do tego kilka artykułów w pismach prawosławnych, białoruskich, ukraińskich. Tyle o bieżeństwie w przestrzeni pozarodzinnej. Trochę mało jak na najważniejsze wydarzenie w historii społeczności…
Mimo tej nieobecności bieżeństwa w przestrzeni publicznej i tego, że nie uczą o nim w szkole, my wciąż pamiętamy. Za mało, za słabo – powiedzą niektórzy. Owszem, zawsze można więcej i lepiej. Ale przecież minęło już 100 lat od tego wydarzenia, po drodze była II wojna z dotkliwymi wywózkami na roboty, a po niej – pacyfikacje wsi przez bandy „Burego”, po których pozostała wciąż niezabliźniona rana. Dzisiejsi 20-latkowie urodzili się dawno po śmierci swoich przodków-bieżeńców, nie słuchali wieczornych opowieści, gdy przekazywano rodzinną historię. Żyją w innym, miejskim świecie, bez wielopokoleniowej rodziny, w większości bez głębszej refleksji nad swoją odrębnością wyznaniową czy narodową (nic dziwnego – w codziennym życiu nie jest ona problemem). A jednak gdy na facebooku pojawiła się strona dotycząca bieżeństwa, 15 proc. lajkujących to osoby poniżej 24 lat. Ba, ciągle można robić w Białymstoku i okolicach test na wyznanie i pochodzenie, pytając o bieżeństwo. Nie wie, o co chodzi – znaczy katolik; coś tam słyszał – prawosławny.
Katolicy (w o wiele mniejszej skali niż prawosławni, ale też jechali w bieżeństwo) zapomnieli zupełnie. I ci na Podlasiu i w innych rejonach Polski (oprócz prężnej grupy historyków na Uniwersytecie Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie). My jednak wciąż pamiętamy – choć dawno i wydawałoby się – dla młodego pokolenia już nieważne. Dlaczego?
Z punktu widzenia Polaków bieżeństwo było nieistotne. Procentowo dotknęło niewielu ludzi, ale przede wszystkim w tym okresie dla Polski najważniejsze było odzyskanie niepodległości i jej utrzymanie, więc pielęgnowano pamięć o Legionach, wojnie polsko-bolszewickiej i na niej budowano narodowe mity.
U nas – uchodźstwo dotknęło większą część populacji. I dotknęło bardzo głęboko. Pamiętajmy, kim byli nasi przodkowie w 1915 roku. Chłopi zasiedziali od pokoleń w swoich wsiach, których horyzont sięgał co najwyżej powiatowego miasta (nie licząc powracających z armii, którzy byli prawdziwymi światowcami). Nagle wyjeżdżają nie wiadomo gdzie i muszą tam sobie poradzić w warunkach wojny a potem rewolucji. Toż to prawdziwy koniec świata! Nie mogli liczyć na pomoc „swoich” – inteligencja praktycznie nie istniała (u Polaków powstały silne organizacje pomocowe); duchowieństwo w większości przysłane z głębi Rosji wróciło do domów, wcześniej nie integrując się zanadto z wiernymi.
Mimo to poradzili sobie. Stracili najbliższych, ale wrócili. To musiało być niezwykle mocne doświadczenie. Traumatyczne, ale i wzmacniające. O tym nie można zapomnieć. Zwłaszcza, że bieżeństwo określiło życie do co najmniej kolejnej wojny. Wracający stracili wszystko – gdy wracali, wioski były spalone lub splądrowane. Z wyznawców panującej w Cesarstwie Rosyjskim religii, stali się ledwo tolerowaną mniejszością. Nie mówiąc o nieznajomości polskiego języka, panującego w urzędach, szkołach, itp. To musiała być lekcja uświadamiania sobie własnej odrębności. Rozpoczęta w Rosji gdzie, mimo że również prawosławni, byli inni. Tu różnił ich język, religia i historia. A w tej historii – najważniejsze bieżeństwo.
I na tym wszystkim zaczęto budować swoją tożsamość. Bieżeństwo stało się ważną jej częścią. My – znaczy prawosławni. My – Białorusini, Ukraińcy, tutejsi. My – ci, którzy przeżyli bieżeństwo. I dlatego to uchodźstwo 1915 ciągle jest dla nas takie ważne. To nic, że historia dość stara. „My” to wciąż potomkowie bieżeńców.
Oczywiście z tą naszą tożsamością łatwo nie było – często wygodniej było ją schować, czasem od tego zależało przetrwanie. Więc i o bieżeństwie trudno było mówić publicznie. Przekazując jednocześnie w opowieściach rodzinnych. „Po chłopsku” bez świadomości wagi; nie tak, jak w rodzinach szlacheckich, gdzie pamiętanie o przodkach było wręcz obowiązkiem….
Tożsamość jednak ciągle się zmienia, nowe pokolenia budują ją na nowo. Czy będzie do tego potrzebować bieżeństwa?
Aneta Prymaka, prowadzi stronę biezenstwo.pl oraz profil na Facebooku.
— Aneta Prymaka
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.