śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 26 kwietnia 2004

Przewodnictwo duchowe w prawosławnym chrześcijaństwie

Kiedy po raz pierwszy wspinamy się na wysoką górę, powinniśmy trzymać się znanego szlaku; dobrze byłoby, gdyby towarzyszył nam przewodnik, ktoś, kto był tam już wcześniej i jest obeznany z drogą. Tego rodzaju towarzystwo i przewodnictwo jest rolą "abba" czy duchowego ojca, którego Grecy nazywają…

0 czytelników poleca

Brak zdjęć

Kiedy po raz pierwszy wspinamy się na wysoką górę, powinniśmy trzymać się znanego szlaku; dobrze byłoby, gdyby towarzyszył nam przewodnik, ktoś, kto był tam już wcześniej i jest obeznany z drogą. Tego rodzaju towarzystwo i przewodnictwo jest rolą "abba" czy duchowego ojca, którego Grecy nazywają geron lub geronta, a Rosjanie starec, co w obu językach oznacza "starego człowieka" lub "starca".
Posłuszeństwo wobec starca i jego niezbędność podkreślana była od samych początków wschodniego monastycyzmu. Widać to wyraźnie w sentencjach przypisywanych św. Antoniemu Wielkiemu:

Znałem mnichów, którzy po wielu trudach upadli i doszli do pychy duchowej, a wszystko przez to, że zaufali własnym osiągnięciom i zlekceważyli nakaz Tego, który powiedział: Zapytaj ojca, a on ci oznajmi (Pwt 32,7). Jeśli to możliwe, mnich powinien powierzyć decyzji starców nawet to, ile kroków robi albo ile kropel wody pije w swej celi, aby uniknąć błędów w tym, co robi.

Temat potrzeby przewodnictwa duchowego przewija się poprzez całe Apophthegmata czy Sentencje Ojców Pustyni:

Starcy zwykli mówić: "Jeśli widzisz młodego mnicha, który własnym staraniem wspina się do nieba, chwyć go za stopy i ściągnij na dół, bowiem wyjdzie mu to na dobre. [...] Jeśli człowiek pokłada swą wiarę w innym człowieku i poddaje mu się z całym posłuszeństwem, nie musi zważać na przykazania Boga, ale całą swą wolę powinien złożyć w ręce swego ojca. Będzie wówczas bez skazy przed Bogiem, bowiem Bóg od początkujących niczego nie wymaga bardziej niż samowyrzeczenia przez posłuszeństwo".

Postać starca, tak wyróżniająca się w pierwszych pokoleniach egipskiego monastycyzmu, w prawosławnym chrześcijaństwie zachowała swe pełne znaczenie do czasów obecnych. "Jest coś o wiele ważniejszego od wszystkich możliwych ksiąg i idei" - stwierdza dziewiętnastowieczny rosyjski słowianofil Iwan Kierejewski - "a jest to przykład prawosławnego starca, przed którym możesz złożyć każdą swoją myśl i od którego możesz usłyszeć nie mniej czy bardziej wartościowe jego własne zdanie, ale opinię świętych Ojców. Chwalić Boga, tacy starcy nie zaniknęli jeszcze w naszej Rosji". Ojciec Aleksander Jelczaninow, duchowny rosyjskiej emigracji dwudziestego wieku, pisze: "Pole ich działania jest nieograniczone [...] niewątpliwie są świętymi, za których uważają ich ludzie. Sądzę, że w naszych tragicznych czasach to właśnie za ich pośrednictwem wiara przetrwa i umocni się w naszym kraju".

Przewodnik duchowy jako postać "charyzmatyczna"

Co upoważnia do działania w roli duchowego przewodnika? Przez kogo i jak jest on czy ona ustanawiany?
Odpowiedź na te pytania jest prosta. Starzec jest w istocie postacią "charyzmatyczną" i profetyczną powoływaną do swych zadań poprzez bezpośrednie działanie Ducha Świętego. Przewodnicy duchowi przyjmują święcenia nie z rąk ludzi, a z ręki Boga. Są wyrażeniem Kościoła jako "wydarzenia" raczej, niż Kościoła jako instytucji.
Nie ma jednak żadnej wyraźnej linii demarkacyjnej pomiędzy profetycznymi a instytucjonalnymi elementami życia Kościoła - jeden wyrasta z drugiego i przeplata się z nim. Posługa starca, sama w sobie charyzmatyczna, związana jest z wyraźnie określoną funkcją w instytucjonalnej strukturze Kościoła, stanowiskiem księdza spowiednika. W prawosławnej tradycji prawo wysłuchiwania spowiedzi nie jest przyznawane automatycznie w czasie święceń. Aby pełnić posługę spowiednika, duchowny potrzebuje upoważnienia swego biskupa; w Kościele Prawosławnym Grecji bardzo mała grupa duchownych ma tego rodzaju pełnomocnictwa. Mimo że sakrament spowiedzi jest z pewnością stosowną sposobnością do duchowego ukierunkowania, posługa starca pod żadnym względem nie jest tożsama z rolą spowiednika. Starzec udziela porad nie tylko podczas spowiedzi, ale też przy wielu innych sposobnościach. Co więcej, podczas gdy spowiednik zawsze musi być księdzem, starzec może być zwykłym mnichem, bez święceń kapłańskich, albo nawet człowiekiem świeckim. Posługa tego rodzaju może być również sprawowana przez mniszkę czy też kobietę świecką albowiem w tradycji prawosławnej mamy do czynienia zarówno z duchowymi ojcami, jak i duchowymi matkami. Starzec, wyświęcony czy świecki, często wypowiada się z wnikliwością i autorytetem, który posiada jedynie bardzo niewielu księży spowiedników.
Jeśli jednak duchowe matki czy ojcowie nie są ustanawiani za sprawą oficjalnej decyzji hierarchii, jak dochodzi do tego, że rozpoczynają swą posługę? Zdarza się, że starzec wskazuje na swego następcę. W ten sposób w pewnych ośrodkach ascetycznych, jak na przykład Optino w dziewiętnastowiecznej Rosji, ustanowiona została swego rodzaju "sukcesja apostolska" duchowych mistrzów. W innych przypadkach starzec wyłania się samoistnie, bez żadnego aktu zewnętrznego pełnomocnictwa. Jak mówi Jelczaninow, dochodzi do tego za sprawą "uznania ich przez ludzi". W nurcie życia chrześcijańskiej wspólnoty, dla wierzącego ludu Bożego - który jest prawdziwym strażnikiem Tradycji Świętej - oczywistym jawi się, że ta czy inna osoba ma dar duchowego ojcostwa czy macierzyństwa. Wówczas i inni, spontanicznie i bez żadnych formalnych uwarunkowań, zaczynają przychodzić do niej czy do niego z prośbą o radę i ukierunkowanie.
Trzeba zauważyć, że inicjatywa wychodzi zwykle nie od mistrza, lecz od jego uczniów. Gdyby ktoś mówił sobie i innym: "Przyjdźcie i okażcie mi swoje posłuszeństwo; jestem starcem, posiadłem łaskę Ducha", byłby to przejaw niebezpiecznej pewności siebie i zarozumialstwa. Dochodzi raczej do tego, że bez jakichkolwiek zabiegów ze strony tego człowieka, inni przychodzą doń w poszukiwaniu porady i proszą o możliwość życia pod jego stałą opieką. Początkowo będzie zapewne odsyłał ich z powrotem radząc, aby zwrócili się do kogoś innego. Z czasem jednak nadejdzie chwila, kiedy przestanie ich odsyłać i przyjmie ich przychodzenie do niego za objawienie woli Bożej. W ten sposób to właśnie duchowe dzieci ujawniają starca jemu samemu.
Postać geronta czy starca ilustruje dwie przenikające się płaszczyzny, na których istnieje i działa ziemski Kościół. Z jednej strony to zewnętrzna, oficjalna i hierarchiczna płaszczyzna z jej geograficznym podziałem na diecezje i parafie, wielkimi ośrodkami - Rzymem, Konstantynopolem, Moskwą i Canterbury - i jej "apostolską sukcesją" biskupów. Z drugiej strony, mamy do czynienia z wewnętrzną, duchową i "charyzmatyczną" płaszczyzną, do której przede wszystkim należą starcy. Głównymi ośrodkami są tutaj zazwyczaj nie wielkie wiodące i metropolitalne katedry, lecz pewne odległe pustelnie, w których jaśnieją nieliczne osobowości bogato obdarzone duchowymi darami. Większość starców nie ma żadnych wysokich stanowisk w formalnej hierarchii Kościoła, a jednak oddziaływanie zwykłego hieromnicha jakim był św. Serafim z Sarowa dalece przewyższało wpływy jakiegokolwiek patriarchy czy biskupa w dziewiętnastowiecznym prawosławiu. W ten sposób wraz z sukcesją apostolską biskupów istnieje również apostolska sukcesja świętych i nosicieli Ducha. Obydwa rodzaje sukcesji są istotne dla prawdziwego funkcjonowania Ciała Chrystusa i to właśnie poprzez ich współdziałanie spełnia się życie Kościoła na ziemi.

Ucieczka i powrót: przygotowanie duchowego przewodnika

Choć przewodnicy duchowi nie są ani wyświęcani, ani też do swych obowiązków naznaczani, z pewnością powinni być przygotowani. Rozpatrując dwa oddalone od siebie o piętnaście stuleci przykłady można stwierdzić, iż klasycznym sposobem tego przygotowania jest droga ucieczki i powrotu, jaką wyraźnie widać w życiu św. Antoniego Wielkiego i św. Serafima z Sarowa.
Życie św. Antoniego wyraźnie dzieli się na dokładnie dwie części, których granicą jest rok pięćdziesiąty piąty. Lata od wczesnej dorosłości do tego roku życia były jego czasem przygotowania. Spędził je na coraz to bardziej rosnącym oddalaniu się od świata i odchodzeniu coraz dalej w głąb pustyni. Według jego biografa, doszło w końcu do tego, że dwadzieścia lat spędził w opuszczonym forcie, nie spotykając się w ogóle z nikim. Gdy osiągnął wiek lat pięćdziesięciu pięciu, jego przyjaciele nie mogli już dłużej powstrzymywać swej ciekawości i włamali się do środka. Św. Antoni wyszedł i przez drugie półwiecze swego długiego życia, nie rezygnując z życia pustelnika, z własnej woli uczynił siebie dostępnym dla innych. Stał się "lekarzem zesłanym przez Boga Egiptowi", jak ujął to jego biograf, św. Atanazy Wielki, który stwierdził, iż "był bardzo przyjazny dla wszystkich i każdy pragnął mieć go za ojca". Zauważcie, że przejście od zamkniętego anachorety do duchowego ojca nastąpiło nie z jakiejkolwiek inicjatywy ze strony św. Antoniego, ale poprzez działanie innych. Trzeba również pamiętać o tym, że św. Antoni był świeckim mnichem i nigdy nie przyjął święceń kapłańskich.
Droga św. Serafima była podobna. Po szesnastu latach, które spędził żyjąc zwyczajnym życiem wspólnoty monastycznej jako nowicjusz, postrzyżony mnich, diakon i kapłan, oddalił się na dwadzieścia lat samotności, początkowo jako eremita w lesie, a przez ostatnie trzy lata, po tym jak przełożony nakazał mu wrócić do monasteru, jako pustelnik zamknięty w swej celi. W pewnym okresie tego dwudziestolecia zdarzało mu się spotykać innych ludzi, ale w pozostałym czasie jego odosobnienie było niemal całkowite: na początku życia w lesie tysiąc dni spędził na pniu drzewa, a tysiąc nocy pomiędzy tymi dniami na kamieniu, oddając się nieustannej modlitwie; przez ostatnie trzy lata w swej leśnej chatce z nikim nie rozmawiał; w ciągu trzech lat zamknięcia w monasterze nie wychodził nawet do cerkwi, aby przystąpić do Świętej Komunii, a najświętszy sakrament był przynoszony do drzwi jego celi. W 1813, w wieku pięćdziesięciu trzech lat zakończył swe odosobnienie, pozostałe dwie dekady swego życia poświęcając posłudze starczestwa (starcostwa) i przyjmując wszystkich, którzy przychodzili do niego, czy to mnichów, czy ludzi świeckich. Nie robił nic, aby dawać o sobie znać lub przywoływać ludzi do siebie, ale gdy przychodzili - niekiedy setki a nawet tysiące w ciągu dnia - nie odprawiał ich z niczym.
Czy bez tego wzmożonego ascetycznego przygotowania, bez zdecydowanej ucieczki w samotność, św. Antoni czy św. Serafim byliby w stanie w tym samym stopniu prowadzić i pobudzać ludzi żyjących w ich czasach? Wszak nie odeszli na pustkowie ze ściśle określonym i świadomie powziętym zamiarem przygotowania do roli nauczycieli i przewodników ludzi. Odeszli nie po to, aby przygotować się do jakiegokolwiek zadania - uczynili to, bowiem pożerało ich pragnienie bycia sam na sam z Bogiem. Bóg przyjął ich miłość, ale też odesłał ich jako narzędzia uzdrowienia z powrotem do świata, od którego odeszli. Gdyby nawet nigdy do tego powrotu nie doszło, ich ucieczka byłaby nadzwyczaj twórcza i cenna dla społeczności; mniszki bowiem i mnisi pomagają światu przede wszystkim nie przez to, co robią i co mówią, ale przez to, co sobą przedstawiają, poprzez stan nieustannej modlitwy, która, przynajmniej dla niektórych spośród nich, stała się tożsama z ich najskrytszym istnieniem. Gdyby św. Antoni i św. Serafim nie dokonali niczego poza ciągłą modlitwą w samotności, równie dobrze w najwyższym stopniu służyliby innym. Jak się jednak okazało, Bóg zdecydował, że będą robili to w bardziej bezpośredni sposób. Ta bezpośrednia i widzialna posługa nie była jednak ich pierwotnym celem: był to swego rodzaju efekt uboczny, którego sami nie przewidywali i który nie był ich zamiarem - zewnętrzne następstwo tej wewnętrznej i niewidocznej posługi, którą już sprawowali poprzez swą modlitwę.
"Zdobywajcie ducha pokoju - powiedział św. Serafim - a tysiące wokół was dostąpią zbawienia". Taki właśnie jest wzorzec duchowego ojcostwa czy też macierzyństwa. Umocnij się w Bogu, a będziesz mógł wprowadzać innych do Jego obecności. Każdy musi nauczyć się żyć w pojedynkę, a wówczas w ciszy swego serca zacznie słyszeć pozbawioną słów mowę Ducha, odkrywając przez to prawdę o sobie i o Bogu. Wówczas ich słowo kierowane do innych będzie słowem mocy, bowiem będzie to słowo wychodzące z ciszy.
Uformowany w ten sposób, poprzez to spotkanie z Bogiem w samotności, starzec jest w stanie uzdrawiać samą swoją obecnością. Prowadzi i kształtuje innych nie za pomocą słowa porady czy wskazówki, lecz poprzez swe towarzystwo, poprzez żywy i wyrazisty przykład, który przedstawia. Równie wiele naucza za pośrednictwem swego milczenia, jak i słów, równie wiele poprzez swą obecność, co jakiekolwiek wypowiadane przez niego słowo porady. To właśnie dlatego abba Pambo nie odczuwał żadnej potrzeby wypowiedzenia choćby jednego słowa w obecności biskupa Teofila z Aleksandrii: "Jeśli nie buduje się moim milczeniem, to nie zbuduje się i słowem" - stwierdził starzec. Taki sam morał ma opowieść o św. Antonim. "Trzech ojców miało zwyczaj przychodzić co roku do błogosławionego Antoniego. Dwaj z nich radzili się go co do swoich myśli i co do zbawienia; trzeci zaś milczał zawsze i o nic nie pytał. Po wielu latach zwrócił się do niego abba Antoni: 'Oto już od tak dawna tu przychodzisz, a o nic nie pytasz'. A on odpowiedział:Już to mi wystarcza, że patrzę na ciebie, ojcze."
Prawdziwa podróż starców to jednak nie wyprawa w przestrzeń pustyni, ale duchowa droga do serca. Zewnętrzna samotność, aczkolwiek ważna i wartościowa, nie jest niezastąpiona i można nauczyć się stać w pojedynkę przed Bogiem, ciągle jednak kontynuując życie aktywnej posługi pośród społeczności. Opowieść o aleksandryjskim lekarzu, który dorównywał św. Antoniemu i przez cały dzień, wraz z aniołami śpiewał "Święty-Święty-Święty", ukazuje, że mistyczne i "anielskie" życie możliwe jest zarówno na pustyni, jak i w mieście. Nieustanna modlitwa serca nie jest monopolem pustelnika eremity, albowiem ludzie pokroju aleksandryjskiego lekarza dokonali swej wewnętrznej podróży, nie naruszając swych zewnętrznych więzów ze wspólnotą.
Ten model ucieczki i powrotu nie powinien być zatem pojmowany zbyt dosłownie. Te dwa stadia niekoniecznie muszą przejawiać się w zewnętrznych i przestrzennych formach. Z tych samych względów ucieczka i powrót nie zawsze podlegają następstwu czasu. Weźmy za przykład przypadek św. Ignacego Brianczaninowa, młodszego nieco od św. Serafima. Kształcił się pierwotnie w szkole oficerskiej, po czym odszedł do monasteru. Po niespełna czterech latach monastycznego życia, w wieku lat zaledwie dwudziestu sześciu został naznaczony na opiekuna wymagającej i wpływowej wspólnoty nieopodal centrum Sankt Petersburga. Po dwudziestu czterech latach zwierzchnictwa nad bracią monasteru został wyświęcony na biskupa. Cztery lata później zrezygnował, aby pozostałe sześć lat swego życia spędzić jako eremita. Tak więc w przypadku św. Ignacego długi okres wytężonej pracy pasterskiej i duchowego ojcostwa poprzedził okres jego anachoretycznego odosobnienia. Gdy został podniesiony do rangi przełożonego monasteru, z pewnością nie czuł się gotów. Jego sekretne odejście do serca podejmowane było nieustannie podczas wieloletniego zarządzania monasterem i diecezją, jednakże do samego końca jego życia nie zostało wyrażone na zewnątrz. Życie św. Teofana Zatwornika postępowało tym samym torem - najpierw aktywna praca duszpasterska, później cela eremity.
Droga życia św. Ignacego mogłaby posłużyć jako paradygmat dla wielu z nas żyjących obecnie, nawet jeśli świadomi jesteśmy tego, że nie sięgamy wyżyn jego duchowych osiągnięć. Pod presją okoliczności zewnętrznych i prawdopodobnie wyraźnie nie zdając sobie sprawy z tego, co się z nami dzieje, podejmujemy się odpowiedzialności nauczania, kaznodziejstwa i udzielania duszpasterskich porad, bez gruntownej znajomości pustyni i jej twórczego milczenia. Pouczając innych, zapewne sami zaczynamy się uczyć. Z czasem dostrzegamy swą bezsilność, niemożność uzdrowienia ran człowieczeństwa jedynie poprzez programy filantropii, zdrowy rozsądek i psychoanalizę. Nasza niezależność załamuje się, doceniamy swą niedostateczność i w ten sposób zaczynamy pojmować, co Chrystus rozumiał przez "jedno, czego potrzeba" (Łk 10,42). To chwila, kiedy przez miłosierdzie Boże człowiek może zacząć stąpać po drodze starca. Poprzez nasze pasterskie doświadczenia, poprzez nasze udręczenia bólem innych, decydujemy się podjąć podróż do wnętrza i poszukiwać ukrytego skarbca Królestwa, bowiem jedynie tam można odnaleźć prawdziwe rozwiązanie problemów tego świata. Niewątpliwie niewielu, jeśli ktokolwiek, spośród nas ośmieliło się myśleć o sobie jako starcu w tym pełnym tego słowa znaczeniu. Jeśli jednak ze szczerą skromnością staramy się wniknąć do "tajemnej komnaty" naszego serca, wszyscy w pewnym stopniu możemy uczestniczyć w łasce duchowego ojcostwa czy macierzyństwa. Zewnętrznie nigdy zapewne nie będziemy prowadzić życia mnicha pustelnika czy eremity - często wpływają na to okoliczności, na które nie mamy żadnego wpływu - lecz najważniejsze jest to, że wszyscy powinniśmy dostrzegać potrzebę bycie eremitą serca.

Trzy dary przewodnika duchowego

Duchowego przewodnika wyróżniają w szczególności trzy dary. Pierwszy z nich to dar wglądu i zdolność rozróżniania (diakrisis), możność intuicyjnego dostrzegania sekretów czyjegoś serca, pojmowania ukrytych głębi, o których ten ktoś nie mówi i zwykle nie jest ich świadom. Duchowy ojciec czy matka przenika poza stereotypowe gesty i wybiegi, za którymi skrywamy naszą prawdziwą osobowość przed innymi i przed samymi sobą, i ponad wszystkimi tymi błahostkami, zmaga się z jedyną w swym rodzaju osobą stworzoną na obraz i podobieństwo Boga. Ta moc rozróżnienia jest raczej duchowa niż psychiczna; nie jest to zwykła umiejętność "uderzenia młotkiem w główkę gwoździa", ani też swego rodzaju ponadzmysłowe postrzeganie czy jasnowidztwo, lecz owoc łaski, wnikliwej skupionej modlitwy oraz nieustannych ascetycznych zmagań.
Wraz z tym darem wglądu pojawia się zdolność wypowiadania słów z mocą. Z chwilą, gdy ktoś przed nim staje, starec czy geronta natychmiast i dokładnie wie, co człowiek ten powinien usłyszeć. W dzisiejszych czasach, dzięki komputerom i fotokopiarkom, zalewani jesteśmy powodzią słów jak nigdy przedtem w historii ludzkości, ale niestety(!) w przeważającej większości wyraźnie nie są to słowa używane z mocą. Starzec ze swej strony, używa niewielu słów, a czasem nie wypowiada żadnego, ale poprzez tych kilka słów lub swe milczenie, często jest w stanie odmienić bieg czyjegoś życia. W Betanii Chrystus wypowiedział tylko trzy słowa: "Łazarzu, wyjdź z grobu" (J 11,43), a jednak te trzy wypowiedziane z mocą słowa wystarczyły, aby przywrócić życie umarłemu. W czasach, kiedy język został bezwstydnie zbanalizowany, niezbędne jest ponowne odkrycie mocy słowa, a to z kolei oznacza odkrywanie na nowo natury milczenia, nie tylko jako pauzy w potoku słów, ale jako jednej z podstawowych rzeczywistości istnienia. Większość nauczycieli i kaznodziei z pewnością mówi zbyt wiele; prawdziwy starzec wyróżnia się ze względu na surową ekonomię języka.
Jednak aby słowo posiadało moc, niezbędny jest nie tylko ktoś, kto mówi z prawdziwym autorytetem własnego doświadczenia, ale również ten, który słucha z uwagą i wielką ochotą. Jeśli zwracamy się do starca z próżnej ciekawości, prawdopodobnie niewiele na tym skorzystamy; jeśli jednak udajemy się do niego z płomienną wiarą i głębokim pragnieniem, słowo, które usłyszymy może przeobrazić całą naszą istotę. Słowa starców są przeważnie proste w werbalnym wyrazie i pozbawione literackich upiększeń; dla tych, którzy odczytują je pobieżnie i powierzchownie, będą wydawały się jałowe i banalne.
Starca dar wglądu przejawia się głównie w stosowaniu praktyki znanej jako "odkrywanie myśli" (gr. logismoi). We wczesnym Wschodnim monastycyzmie młody mnich zwykł codziennie udawać się do swego duchowego ojca i ujawniać przed nim wszystkie myśli, które nachodziły go w ciągu całego dnia. To odkrywanie myśli obejmuje daleko więcej niż wyznanie grzechów, bowiem nowicjusz mówi również o myślach, które jemu samemu mogą wydawać się niewinne, ale duchowy ojciec może dostrzec w nich ukryte niebezpieczeństwo lub istotne jego oznaki. Spowiedź jest retrospektywna, dotyczy grzechów, które zostały już popełnione; odkrywanie myśli z kolei, ma charakter profilaktyczny, bowiem obnaża nasze logismoi, zanim jeszcze doprowadziły do grzechu i przez to pozbawia je ich szkodliwej mocy. Cel odkrywania myśli nie jest jurydyczny, nie chodzi tu o odpuszczenie win, lecz o samopoznanie, abyśmy mogli zobaczyć siebie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy.
Zasada uwydatniająca odkrywanie myśli wyraźnie podsumowana jest w Sentencjach Ojców Pustyni: "Jeśli niepokoją cię nieczyste myśli, nie skrywaj ich, lecz natychmiast powiedz o nich swemu duchowemu ojcu i potęp je. Im bardziej skrywamy nasze myśli, tym bardziej mnożą się i nabierają siły. [...] [Jednak] z chwilą ich ujawnienia złe myśli natychmiast ulegają rozproszeniu. [...] Kto ujawnia swe myśli, szybko doznaje uzdrowienia".
Jeśli nie możemy ujawnić i nie ujawnimy jakiegoś logismos, sekretnej fantazji, obawy czy pokosy, wówczas posiądzie władzę nad nami. Jeśli jednak, z Bożą pomocą i przy wsparciu ze strony naszego duchowego przewodnika, wyprowadzimy tę myśl z ciemności na światło, jej oddziaływanie poczyna zanikać. Demaskując ten logismos, jesteśmy w stanie uporać się z nim i umożliwiamy zapoczątkowanie procesu uzdrowienia. Proponowana tu przez pierwszych mnichów metoda ukazuje interesujące podobieństwo do technik współczesnej psychoanalizy i psychoterapii. Jednak mnisi wypracowali tę metodę piętnaście wieków przed Freudem i Jungiem! Jest tu oczywiście znacząca różnica: chociaż mnisi okresu wczesnego monastycyzmu uznawali, że za pośrednictwem swego świadomego rozumienia zwykle zdajemy sobie sprawę jedynie z małej części naszego istnienia, nie posługiwali się przy tym pojęciem nieświadomości tak, jak czyni to współczesna psychologia.
Wyposażony w dar rozróżniania, duchowy ojciec nie tylko czeka, aż przychodzący doń ludzie odkrywają się przed nim, lecz przejmuje inicjatywę i ujawnia im wiele myśli, których nie są jeszcze świadomi. Ludzie, którzy przychodzili do św. Serafima z Sarowa często słyszeli poradę dotyczącą ich problemów zanim jeszcze zdążyli mu je przedstawić. Wielokrotnie porady te zdawały się być nie do rzeczy, a nawet absurdalne i nierozważne, bowiem św. Serafim odpowiadał nie na to pytanie, które przychodzący doń miał na myśli, ale to, które powinien był zadać. We wszystkim tym św. Serafim polegał na wewnętrznym świetle Ducha Świętego. Bardzo ważne, jak objaśniał, było to, że nie przygotowywał zawczasu tego, co miał powiedzieć, albowiem w tym przypadku jego słowa odzwierciedlałyby nie sąd Boga, a jedynie jego własną ludzką opinię, która mogłaby być błędna.
W oczach św. Serafima, więź pomiędzy starcem a duchowym dzieckiem jest silniejsza nawet od śmierci i dlatego zalecał swym dzieciom, aby kontynuowały odkrywanie mu swych myśli również po jego odejściu do przyszłego życia. Oto słowa, które wedle jego własnych wskazówek, umieszczone zostały na jego grobie: "Gdy mnie już nie będzie, przychodźcie na mój grób, im częściej, tym lepiej. Jeśli coś ciąży ci na duszy, coś ci się przydarzyło, jeśli dręczy cię jakiś smutek, przyjdź do mnie jak za życia, uklęknij na ziemi i zrzuć całą swą gorycz na mój grób. Powiedz mi o wszystkim, a ja cię wysłucham i cały smutek cię opuści. I mów do mnie teraz tak, jak mówiłeś do mnie za życia. Dla ciebie bowiem żyję i będę żył na zawsze".
Drugi dar duchowego ojca lub matki to zdolność obdarzania miłością innych ludzi i utożsamiania się z ich cierpieniem. O jednym ze starców wspomnianym w Sentencjach Ojców Pustyni zapisano krótko i zwięźle: "Był pełen miłości i wielu do niego przychodziło". Był pełen miłości - to nieodzowne w całym duchowym macierzyństwie i ojcostwie. Wgląd w sekrety ludzkich serc pozbawiony pełnego miłości współczucia nie byłby twórczy, ale zgubny - jeśli nie możemy miłować innych, nie wystarczy nam sił, aby ich uzdrowić.
Okazywanie innym miłości obejmuje cierpienie z nimi i dla nich; takie jest dosłowne znaczenie słowa "współczucie". "Dźwigajcie jedni drugich ciężary, a w ten sposób wypełnicie prawo Chrystusa" (Gal 6,2): duchowy ojciec lub matka jest par excellence tym, kto nosi ciężary innych. "Starzec - pisze Dostojewski w Braciach Karamazow - to ten, który przyjmuje twą duszę, twą wolę w swej własnej duszy i w swej własnej woli". Nie wystarczy, że bezstronnie i obiektywnie udzieli rady. Powinien wprowadzić dusze swych duchowych dzieci do własnej duszy, ich życie do swego własnego życia. Jego zadaniem jest modlitwa za nie, a jego ciągłe orędownictwo jest dla nich o wiele ważniejsze niż słowa porady. Podobnie jego zadaniem jest przejąć ich smutki i ich grzechy, wziąć ich winy na siebie i odpowiadać za nie na Sądzie Ostatecznym. Św. Barsanufiusz z Gazy mówił swym duchowym dzieciom: "Bóg jeden wie, że nie ma godziny ani sekundy, w której nie ma was w mych myślach i w moich modlitwach. [...] Biorę na siebie wyrok waszego potępienia i przez łaskę Chrystusa, nie opuszczę was ani w tym wieku, ani w Wieku, który ma nadejść". Zgodnie ze słowami, które Dostojewski przypisuje starcu Zosimie: "Jedna tylko jest droga zbawienia, trzeba brać na siebie odpowiedzialność za grzechy wszystkich [...] z całą szczerością czynić się odpowiedzialnym za wszystko i za wszystkich". Właśnie poprzez stopień gotowości pójścia tą właśnie drogą zbawienia rozpatrywana jest zdolność podtrzymywania i pokrzepienia innych przez starca.
Więź pomiędzy duchowym ojcem i jego dziećmi nie jest jednak jednostronna. Choć bierze na siebie ciężar ich winy i odpowiada za nie przed Bogiem, nie będzie skuteczny, jeśli one same nie będą szczerze zmagały się za siebie. Pewien brat przyszedł do św. Antoniego Wielkiego i powiedział: "Módl się za mnie". Starzec odpowiedział na to: "Ani ja się nad tobą nie zlituję, ani Bóg, jeśli ty sam nie zdobędziesz się na gorliwą modlitwę". W rozważaniach o miłości przewodnika do ucznia, niezmiernie ważne jest, aby pełnego znaczenia nadać słowu "ojciec" lub "matka" w zwrocie "duchowy ojciec" lub "duchowa matka". Jak w zwykłej rodzinie ojciec i matka połączeni są ze swym potomstwem wzajemną miłością, tak też powinno być w "charyzmatycznej" rodzinie starca. Nie trzeba dowodzić, że skoro więź pomiędzy starcem i jego uczniami jest związkiem nie według ciała, a w Duchu Świętym, to źródło ludzkiego uczucia, nie będąc bezwzględnie tłumione, musi ulec przemienieniu. Przemienienie to może niekiedy przyjąć formy, które dla postronnego obserwatora mogą wydawać się wręcz nieludzkie. Szczegółowo opowiada się na przykład o tym, jak przez dwanaście lat, bez najmniejszej przerwy, młody mnich opiekował się swym śmiertelnie chorym starcem. Przez cały ten czas starzec ani razu mu nie podziękował, ani też nigdy nie zwrócił się doń z dobrym słowem. Dopiero na łożu śmierci powiedział zebranym braciom: "To anioł, a nie człowiek". Tego rodzaju opowieści są cenne jako wskazówki potrzeby duchowej bezstronności, ale wcale nie są typowe. Bezkompromisowe tłumienie wszelkich zewnętrznych oznak przywiązania i miłości nie jest charakterystyczne dla Sentencji Ojców Pustyni, a tym bardziej dla dwu Starców z Gazy, Barsanufiusza i Jana.
Trzecim darem duchowego ojca i matki jest moc przemienienia ludzkiego otoczenia, zarówno materialnego, jak niematerialnego. Jednym z przejawów tej mocy jest posiadany przez tak wielu starców dar uzdrawiania. Ogólnie rzecz ujmując, starec pomaga swym uczniom postrzegać świat takim, jakim stworzył go Bóg i jakim Bóg pragnie widzieć go ponownie. Prawdziwy starzec dostrzega powszechną obecność Stwórcy w całym stworzeniu i pomaga zauważać to innym. Zarówno w sobie, jak i w innych powoduje przeobrażenie, o którym William Blake mówi: "Gdyby wrota percepcji były oczyszczone, wszystko jawiłoby się człowiekowi takim, jakie jest - nieskończonym". Dla tego, bowiem, kto spoczywa w Bogu, nic nie jest marne i bez znaczenia: wszystko postrzega w świetle Góry Tabor. Przelotną migawkę tego, co to oznacza znajdujemy w relacji Mikołaja Motowiłowa z jego rozmowy ze św. Serafimem z Sarowa, kiedy to Mikołaj ujrzał, jak twarz starca jaśniała blaskiem południowego słońca, podczas gdy oślepiające światło emanujące z jego ciała oświetlało pokryte śniegiem drzewa leśnej polany wokół nich.

Posłuszeństwo i wolność

Takie są dzięki łasce Boga dary starców. Cóż jednak można powiedzieć o duchowych dzieciach? W jaki sposób ona czy on przyczynia się do tej wzajemnej więzi pomiędzy przewodnikiem i uczniem?
Tym, co wnosi uczeń jest szczere i dobrowolne posłuszeństwo. Klasyczny przykład, to opowieść Sentencji Ojców Pustyni o mnichu, któremu polecono podlewać codziennie wetknięty w ziemię suchy patyk. Źródło wody było tak daleko od jego celi, że wychodził do niego wieczorem i wracał z wodą dopiero następnego ranka. Przez trzy lata cierpliwie wypełniał polecenie swego abba. Pod koniec tego okresu patyk ożył, wypuścił liście i wydał owoce. Abba zebrał te owoce, przyniósł do kościoła i zaprosił braci, by ich skosztowali, mówiąc: "Bierzcie, jedzcie owoc posłuszeństwa".
Przykładem posłuszeństwa jest również mnich Marek, który został przywołany przez swego abba w czasie przepisywania manuskryptu. Jego odpowiedź była natychmiastowa i przez to nie dokończył nawet pisanej wówczas litery O. Innym razem, gdy byli razem w drodze, jego abba dostrzegł małego dzika i chcąc wypróbować Marka powiedział: "Czy widzisz tego młodego bawołu, mój synu?" "Tak, ojcze" odpowiedział Marek. "A jego rogi, jakie imponujące!" "Tak, abba", odpowiedział powtórnie bez wahania. Abba Józef z Panefo, stosując podobną metodę, sprawdzał posłuszeństwo swych uczniów, wyznaczając im paradoksalne, a nawet skandaliczne polecenia, dopiero po ich wypełnieniu, dawał im prawdziwe zadania. Inny geron pouczał swego ucznia, aby wykradał różne rzeczy z cel braci; inny z kolei polecił swemu uczniowi (który nie był wobec niego prawdomówny), aby wrzucił swego syna do pieca.
W tym miejscu z pewnością postawić trzeba pewne poważne zastrzeżenia. Opowieści w rodzaju tych, które właśnie przedstawiliśmy, mogą na współczesnym czytelniku wywołać głęboko ambiwalentne wrażenie. Czy nie opisują zachowania, które być może niechętnie podziwiamy, ale nie bardzo chcielibyśmy naśladować? Z pewnym oburzeniem możemy pytać, co stało się z "chwałą wolności, jaką cieszą się dzieci Boga" (Rz 8,21)?
Mało kto poddaje w wątpliwość potrzebę poszukiwania rady innego mężczyzny czy kobiety, którzy posiedli większe od naszego doświadczenie duchowej drogi. Ale czy człowiek ten powinien być traktowany jak nieomylna wyrocznia, a każde jego słowo przyjmowane bez jakiejkolwiek dyskusji? Tego rodzaju pojmowanie wzajemnej więzi pomiędzy uczniem a jego duchowym ojcem czy matką zdaje się być niebezpieczne dla obojga z nich. Pozbawiając ucznia wszelkiej mocy sądu i moralnego wyboru, sprowadza go do infantylnego, podludzkiego wręcz poziomu, a nauczyciela zachęca do przypisywania sobie władzy, która należy jedynie do Boga. Cytowaliśmy wcześniej stwierdzenie Sentencji Ojców Pustyni o tym, że podporządkowujący się starcowi "nie musi zważać na przykazania Boga". Ale czy tego rodzaju wyrzeczenie się odpowiedzialności jest pożądane? Czy geronta może uzurpować sobie miejsce Chrystusa?
W odpowiedzi na te pytania trzeba przede wszystkim stwierdzić, że "charyzmatyczni" starcy, jak św. Antoni Wielki, czy św. Serafim z Sarowa, zdarzają się niezmiernie rzadko. Więź pomiędzy nimi a ich uczniami, czy to mnichami, czy ludźmi świeckimi, nigdy nie była standardowym wzorcem w prawosławnej tradycji. Wielcy starcy czy to w przeszłości, czy obecnie, zaprawdę są światłem przewodnim, najwyższym punktem odniesienia, ale stanowią wyjątek, a nie normę.
Co więcej, istnieje wyraźna różnica pomiędzy mnichami, którzy składają specjalne śluby posłuszeństwa, a laikatem, który żyje w "świecie". (Nawet w przypadku mnichów z trudem można wskazać wspólnoty, w których posługa starca sprawowana jest w pełnym jej wymiarze, tak jak opisują ją Sentencja Ojców Pustyni czy też tak, jak praktykowana była w dziewiętnastowiecznym Optino.) Współczesny rosyjski duchowny, ojciec Aleksander Mień - wielce poważany jako ojciec duchowy przed swą przedwczesną śmiercią z rąk nieznanego sprawcy w 1990 r. - rozważnie podkreślał, iż praktyki monastyczne nie mogą być przenoszone hurtem do życia parafii:

Często wydaje nam się, że relacja pomiędzy duchowym dzieckiem a duchowym ojcem wymaga ciągłego posłuszeństwa pierwszego wobec drugiego. W rzeczywistości, zasada ta jest istotną częścią życia monastycznego. Mnich składa obietnicę posłuszeństwa, że zrobi wszystko, czego będzie wymagał jego duchowy ojciec. Parafialny duchowny nie może narzucać takiego modelu ludziom świeckim i nie może rościć sobie prawa wydawania nieodwołalnych rozporządzeń. Powinien zadowolić się odwoływaniem do kościelnych reguł, ukierunkowywaniem życia i wspomaganiem swych parafian w ich wewnętrznych zmaganiach.

Jednak przy pełnym uwzględnieniu tych trzech punktów, w celu poprawnej interpretacji tekstów w rodzaju tych zawartych w Sentencjach Ojców Pustyni lub postaci podobnej do starca Zosimy z Braci Karamazow, pod uwagę wzięte powinny być trzy kolejne kwestie. Po pierwsze, posłuszeństwo okazywane abba przez jego duchowe dzieci nie jest wymuszone, lecz spontaniczne i dobrowolne. Obowiązkiem starca jest ogarnąć naszą wolę swą własną wolą, ale może uczynić to tylko wówczas, gdy z naszego własnego wyboru pozostawimy ją dla jego rozporządzenia. Nie łamie on naszej woli, ale przyjmuje ją jako dar od nas. Posłuszeństwo wymuszone i mimowolne w oczywisty sposób pozbawione jest wartości moralnej - starec wymaga od każdego, abyśmy ofiarowali Bogu swe serce, a nie zewnętrzne uczynki. Rytuał ślubów monastycznych wyraźnie wskazuje na to, że posłuszeństwo jest dobrowolne nawet w tym kontekście - przełożony monasteru przystępuje do postrzyżyn dopiero po tym, jak nowicjusz trzykrotnie umieści nożyce w jego dłoniach.
Jednakże nawet w monasterze dobrowolnej ofiary naszej wolności nie dokonujemy poprzez pojedynczy gest, raz na zawsze. Jesteśmy powołani do codziennego podejmowania krzyża (Łk 9,23). Nasza ofiara musi być ciągła, musi obejmować całe nasze życie; nasze wzrastanie w Chrystusie odmierzane jest właśnie poprzez stopień wzrostu naszego samooddania. Nasza wolność powinna być ofiarowywana ciągle od nowa codziennie i o każdej godzinie, na różne, ciągle zmieniające się sposoby. Oznacza to, że więź pomiędzy starcem i uczniem nie jest statyczna lecz dynamiczna, nie jest niezmienna lecz nieskończenie urozmaicona. Każdego dnia i o każdej godzinie uczeń, pod przewodnictwem swego abba, będzie stawał w obliczu nowych sytuacji wymagających odmiennych reakcji, nowego rodzaju samooddania.
Po drugie, więź pomiędzy starcem i duchowym dziecięciem, jak już zauważyliśmy, nie jest jednostronna, lecz pełna wzajemności. Podobnie jak starec umożliwia uczniom dostrzeganie siebie takimi, jakimi są naprawdę, tak uczniowie pomagają starcu odkryć siebie. W większości przypadków starec nie jest świadom swego powołania do tej posługi, dopóki nie przyjdą do niego inni i nie zaczną nalegać, aby stał się ich przewodnikiem. Tego rodzaju wzajemność trwa przez cały czas więzi pomiędzy nimi. Ojciec duchowy nie ma wyczerpującego, starannie zawczasu przygotowanego programu, narzucanego każdemu w ten sam sposób. Wprost przeciwnie. Jeśli jest prawdziwym starcem, do każdego zwróci się innymi słowami; będzie postępował nie wedle jakichś abstrakcyjnych reguł, a na podstawie konkretnych ludzkich sytuacji. On i jego uczeń wstępują w każdą z tych sytuacji wspólnie, żaden z nich nie wie zawczasu, jaki dokładnie będzie efekt końcowy, ale każdy z nich oczekuje oświecenia Ducha. Obaj, zarówno uczeń, jak i jego duchowy ojciec, muszą uczyć się w trakcie tego postępowania.
Ta wzajemność ich więzi opisana jest w Sentencjach Ojców Pustyni, gdzie mowa o niegodnym abba, którego ratuje cierpliwość i pokora jego ucznia. Starzec jednego z braci poddaje się pijaństwu i przez to wywołuje w nim gorzką pokusę pozostawienia go samemu sobie. Nie czyni tego jednak i pozostaje ze swym abba aż do czasu, gdy ten ostatni oddaje się pokajaniu. Jak komentuje to narrator: "Zdarza się niekiedy, że to młodzi prowadzą swych starców do życia". Uczeń może być powołany do tego, aby dawać, jak również otrzymywać; nauczyciel często może uczyć się od swych uczniów. Jak podaje Talmud: "Rabbi Hanina zwykł mawiać,Wiele nauczyłem się od mych nauczycieli, jeszcze więcej od innych studentów, ale najwięcej od mych uczniów."
W rzeczywistości, jednakże, więź ta jest nie dwu- lecz trójstronna, bowiem obok abba i jego ucznia pojawia się w niej trzecia osoba, którą jest Bóg. Pan nasz nalegał, abyśmy nikogo nie nazywali "ojcem", albowiem mamy tylko jednego Ojca, który jest w niebie (Mt 19,8-10). Abba nie jest nieomylnym sędzią ani też ostatecznym sądem apelacyjnym, lecz współsługą żywego Boga; nie jest tyranem, lecz przewodnikiem i towarzyszem podróży. Jedynym prawdziwym "kierownikiem duchowym", w najbardziej pełnym znaczeniu tego słowa, jest Duch Święty.
W tym miejscu dotykamy trzeciej kwestii. W prawosławnej tradycji, w najlepszym jej wydaniu, przewodnicy duchowi w relacjach ze swymi uczniami zawsze starali się unikać wszelkiego rodzaju przymusu i duchowej przemocy. Jeśli pod wpływem natchnienia Ducha wypowiadają się i działają z mocą rozkazywania, jest to moc pokornej miłości. Pragnąc uniknąć wszelkiego machinalnego przymusu, mogą niekiedy odmówić swym uczniom udostępnienia reguły życia, zestawu zewnętrznych nakazów, które miałyby być stosowane automatycznie. Według współczesnego rumuńskiego mnicha, duchowy ojciec jest "nie prawodawcą, lecz mistagogiem". Jest przewodnikiem innych nie poprzez narzucanie im reguł, lecz poprzez dzielenie z nimi swego życia. Pewien mnich pytał abba Pojmena: "Mieszkają ze mną bracia: czy chcesz, abym wydawał im polecenia?" "Nie" - odpowiedział starzec. Brat jednak nalegał: "Ale, ojcze, oni sami chcą, abym nimi rządził". Pojmen odpowiedział: "Nie. Bądź dla nich przykładem, a nie prawodawcą". Taki sam morał wypływa z historii opowiadanej przez Izaaka Kapłana z Cel. Jako młody człowiek najpierw pozostawał przy abba Kroniosie, po czym przyłączył się do abba Teodora z Ferme, ale żaden z nich nie mówił mu, co ma robić. Izaak opowiedział o tym innym mnichom, a ci przyszli i upomnieli Teodora. W odpowiedzi usłyszeli: "Jeśli zechce, będzie robił tak, jak widzi, że ja robię". Gdy Barsanufiusz proszony był o udostępnienie szczegółowej reguły życia, odmówił mówiąc: "Nie chcę, abyś żył zgodnie z prawem, ale według łaski". W innym liście napisał: "Wiesz, że nigdy nikogo nie zakuliśmy w kajdany [...] Nie łam wolnej woli człowieka, lecz zasiewaj z nadzieją; bowiem nasz Pan nikogo nie zmuszał, lecz głosił dobrą nowinę, a ci, którzy chcieli, słuchali Go".
Nie łam wolnej woli człowieka. Zadaniem naszego duchowego ojca nie jest zniszczyć naszą wolność, lecz wspomóc nas, abyśmy sami mogli dostrzec prawdę; nie stłumić naszą osobowość, ale umożliwić nam odkrycie prawdy o nas samych, wzrastanie do pełnej dojrzałości i stawanie się tym, czym naprawdę jesteśmy. Jeśli niekiedy zdarza się, że duchowy ojciec wymaga od swego ucznia bezwzględnego i na pozór "ślepego" posłuszeństwa, nigdy nie jest to cel sam w sobie, ani też nie chodzi tu o jego zniewolenie. Celem tego rodzaju "terapii wstrząsowej" jest po prosty uwolnienie ucznia od jego fałszywego i złudnego "ja", aby mógł dostąpić prawdziwej wolności: w ten sposób, posłuszeństwo jest drogą do wolności. Ojciec duchowy nie narzuca swych własnych idei i form poświęcenia, lecz pomaga uczniowi odnaleźć swe własne, wyjątkowe powołanie. Mówiąc słowami siedemnastowiecznego benedyktyna, Dom Augustyna Bakera: "Kierownik nie powinien nauczać swej własnej drogi ani też żadnej określonej drogi modlitwy, lecz pouczać swych uczniów, jak mogą sami odnaleźć drogę odpowiednią dla nich. [...] Słowem, jest jedynie Bożym odźwiernym i musi prowadzić dusze na Boży sposób, a nie na swój własny".
Takie było również podejście ojca Aleksandra Mienia. Zgodnie ze słowami jego biografa, Yves Hannanta: "Ojciec Aleksander chciał doprowadzić każdego do chwili, kiedy sam był w stanie decydować za siebie; nie chciał rozkazywać lub wymuszać. Porównywał swą rolę do posługi położnej, która obecna jest jedynie po to, aby pomóc matce urodzić swe dziecko własnymi siłami. Jeden z jego przyjaciół napisał, że ojciec Aleksander był ponad nami, ale jednak tuż przy nas".
Tak więc w ostateczności, tym, co duchowa matka lub ojciec daje uczniowi, nie jest kodeks spisanych lub ustnych nakazów ani też zestaw techniki medytacji, lecz osobowa więź. W obrębie tej więzi abba, podobnie jak uczeń, wzrasta i zmienia się bowiem Bóg nieustannie ukierunkowuje ich obydwu. Abba może niekiedy dawać swemu uczniowi dokładne słowne wskazówki, udzielać precyzyjnych odpowiedzi na określone pytania. Może się jednak zdarzyć, że nie udzieli żadnej odpowiedzi, bowiem uważa, iż pytanie to nie wymaga odpowiedzi, albo też sam nie wie jeszcze, jaka powinna być ta odpowiedź. Jednakże wszystkie te odpowiedzi - albo ich brak - pojawiają się w ramach osobowej więzi. Nie wszystko można ubrać w słowa, ale wiele można wyrazić jedynie poprzez bezpośrednie, osobowe spotkanie. Jak utrzymywał chasydzki mistrz rabbi Jakub Icchak z Lublina: "Drogi nie można nauczyć się z książki ani ze słyszenia, ale może być przekazywana jedynie od człowieka do człowieka".
W tym miejscu dotykamy najważniejszej ze wszystkich kwestii, a jest to personalizm, który ożywia to spotkanie pomiędzy uczniem i duchowym przewodnikiem. Ten osobisty kontakt chroni ucznia przed surowym legalizmem, niewolniczym podporządkowaniem literze prawa. Poznaje on drogę nie poprzez zewnętrzne przestrzeganie pisanych reguł, lecz postrzeganie ludzkiego oblicza i przysłuchiwanie się żywemu głosowi. W ten sposób duchowa matka lub ojciec jest strażnikiem ewangelicznej wolności.

Pod nieobecność starca

Cóż mamy jednak począć, jeśli nie udaje nam się znaleźć duchowego przewodnika? Jak już bowiem zauważyliśmy, przewodników rodzaju św. Antoniego czy św. Serafima jest niewielu i pojawiają się w dużych odstępach czasu.
Możemy zwrócić się przede wszystkim do ksiąg. Piszący w piętnastowiecznej Rosji św. Nil Sorski biadał nad niedostatkiem kompetentnych przewodników duchowych; jakże jednak częściej można było spotkać ich w jego czasach niż obecnie! Nawoływał, aby usilnie poszukiwać pewnego i godnego zaufania przewodnika, po czym dodawał: "Jeśli jednak nie możesz odnaleźć takiego nauczyciela, święci Ojcowie nakazują nam zwrócić się do Pisma Świętego i słuchać głosu Samego Pana". Skoro świadectwo Pisma Świętego nigdy nie powinno być odseparowane od ciągłego świadectwa Ducha w życiu Kościoła, wskazówkę tę można uzupełnić stwierdzeniem, że szukający powinien studiować również dzieła Ojców, a przede wszystkim Filokaia. Jawi się tu jednak pewne niebezpieczeństwo. Starzec dopasowuje swe przewodnictwo do wewnętrznego stanu każdego ze swych podopiecznych; księgi każdemu dają jednakowe porady. Na jakiej podstawie mamy zdecydować, że dany tekst odnosi się do naszej własnej sytuacji? Nawet jeśli nie jesteśmy w stanie odnaleźć ojca duchowego w pełnym znaczeniu, powinniśmy przynajmniej próbować znaleźć kogoś bardziej od nas doświadczonego, kto mógłby pokierować naszą lekturą.
Wiele można nauczyć się odwiedzając miejsca, w których w sposób szczególny objawiła się łaska Boża i gdzie, jak ujął to T. S. Eliot, "dominuje modlitwa". Przed podjęciem ważnej decyzji, w obliczu niedostatku innej formy ukierunkowania, wielu prawosławnych chrześcijan udaje się w pielgrzymkę do Jerozolimy lub na Górę Athos, do monasteru lub sanktuarium jakiegoś świętego, z modlitewną prośbą o oświecenie. W ten właśnie sposób podejmowałem pewne trudniejsze decyzje mojego własnego życia.
Po trzecie, możemy uczyć się od wspólnot religijnych z ustaloną tradycją życia duchowego. Pod nieobecność osobistego nauczyciela, rolę abba może spełniać same środowisko monastyczne. Na nasze kształtowanie się może oddziaływać uporządkowany program każdego dnia: czas wspólnej, liturgicznej i osobistej, cichej modlitwy, równowaga pracy, nauki i odpoczynku. Właśnie to zdaje się być głównym sposobem, poprzez który św. Serafim z Sarowa otrzymał swe duchowe przygotowanie. Dobrze zorganizowany monaster, w dostępnej i żywej postaci, uobecnia odziedziczoną mądrość wielu starców. Tym doświadczeniem życia wspólnoty mogą być kształtowani i ukierunkowani nie tylko mnisi, ale również ci, którzy przybywają tam na dłuższe czy krótsze okresy czasu.
To doprawdy nie przypadek, że opisywane wyżej "charyzmatyczne" ojcostwo duchowe w Egipcie czwartego wieku nie pojawiło się w obrębie w pełni zorganizowanych wspólnot pod kierownictwem św. Pachomiusza, lecz pośród eremitów i w semi-pustelniczym środowisku Nitrii i Sketis. W pachomiańskiej koinonia, przewodnictwo duchowe prowadzone było przez samego Pachomiusza, przez przełożonych każdego z monasterów i zwierzchników poszczególnych "domów" w obrębie monasteru. Reguła św. Benedykta również ukazuje przeora, jako duchowego ojca i właściwie nie ma tu żadnych warunków dla dalszego przewodnictwa w bardziej "charyzmatycznym" wydaniu. Z czasem, co prawda cenobickie wspólnoty przyjęły wiele elementów tradycji przewodnictwa duchowego rozwiniętych pośród eremitów, ale w cenobii ich potrzeba zawsze odczuwana była w mniejszym stopniu właśnie dlatego, że ukierunkowanie zapewniane było za pośrednictwem życia prowadzonego pod przewodnictwem reguły monastycznej.
W końcu, zanim pozostawimy to zagadnienie nieobecności starca, podkreślić trzeba niezwykłą elastyczność więzi pomiędzy duchowym przewodnikiem i uczniem. Niektórzy widują swych duchowych przewodników codziennie lub nawet o każdej godzinie, modląc się, jedząc i pracując z nim, być może dzieląc tę samą celę, jak często bywało na pustyni Egiptu. Inni mogą widywać go tylko raz w miesiącu czy raz w roku; jeszcze inni znowuż, odwiedzają abba jeden jedyny raz w swoim życiu, a jednak okaże się to w pełni wystarczające, aby skierować ich na właściwą ścieżkę. Poza tym mamy do czynienia z różnymi rodzajami duchowego ojcostwa i macierzyństwa. Niektórzy z nich, jak św. Serafim z Sarowa to cudotwórcy. Wielu duchownych i świeckich ludzi, którzy, choć pozbawieni tych bardziej spektakularnych zdolności słynnych starców, z pewnością są w stanie wspomagać innych radą i pomocą, której potrzebują. Co więcej, nie zapominajmy nigdy o tym, że wraz z duchowym ojcostwem i macierzyństwem, istnieje również duchowe braterstwo i siostrzeństwo. W szkole czy na uniwersytecie często zdarza się, że więcej uczymy się od kolegów i koleżanek studentów niż od nauczycieli. To samo może zdarzyć się również w naszym życiu modlitwy i wewnętrznych poszukiwań.
Często ludzie mają wrażenie, że nie udało im się odnaleźć przewodnika. Dzieje się tak dlatego, że z góry zakładają, jakiego on czy ona będzie rodzaju; rozglądają się za kimś w rodzaju św. Serafima i z tego powodu nie dostrzegają posyłanych im właśnie przez Boga przewodników. Ich domniemane problemy często nie są aż tak bardzo skomplikowane i w rzeczywistości we własnym sercu odczuwają już, jakie byłoby ich właściwe rozwiązanie. To rozwiązanie nie odpowiada im jednak, ponieważ wymaga od nich cierpliwych i długotrwałych starań: tak więc poszukują deus ex machina, który jednym cudownym słowem sprawi, że wszystko nagle stanie się proste. Ci ludzie potrzebują pomocy w zrozumieniu prawdziwej natury duchowego przewodnictwa.

Współczesne przykłady

Na zakończenie chciałbym przedstawić dwóch starców naszych współczesnych czasów, których miałem zaszczyt i przyjemność osobiście spotkać i poznać. Pierwszy z nich to ojciec Amfilochiusz (+1970), swego czasu zwierzchnik monasteru św. Jana na wyspie Patmos, a nastepnie geronta wspólnoty sióstr, którą założył nieopodal monasteru. Tym, co najbardziej wyróżniało jego charakter, była jego delikatność, poczucie humoru, ciepło jego uczuć i poczucie niezmąconej, a mimo to tryumfalnej radości. Jego uśmiech był pełen miłości, ale pozbawiony wszelkiej czułostkowości. Życie w Chrystusie w jego pojmowaniu nie jest ciężkim jarzmem, ciężarem, który trzeba znosić z posępną rezygnacją, lecz osobistą więzią, do osiągnięcia której trzeba dążyć pragnieniem serca. Zdecydowanie przeciwstawiał się wszelkiej duchowej przemocy i okrucieństwu, co w pełni odpowiadało jego charakterystyce. Gdy umierał i żegnał się z siostrami, nalegał, aby przełożona nie była dla nich zbyt surowa: "Pozostawiły wszystko i przyszły tutaj, nie wolno ich unieszczęśliwiać".
W mojej pamięci o nim zapisały się zwłaszcza dwie rzeczy. Pierwsza z nich to miłość do natury, szczególnie do drzew. "Czy wiesz - zwykł mówić - że Bóg dał nam jeszcze jedno przykazanie, które nie jest zapisane w Piśmie Świętym? To przykazanie Kochaj drzewa". Był przekonany, że kto nie kocha drzew, nie kocha Chrystusa. Wysłuchując spowiedzi miejscowych rolników, jako pokutę (gr. epitimion) zalecał im sadzenie drzew; pod jego wpływem liczne wzgórza Patmos, które niegdyś były nagą skałą, teraz każdego lata pokryte są zielenią.
Druga rzecz, która utkwiła w mej pamięci, to rada, której mi udzielił wkrótce po tym, jak przyjąłem święcenia kapłańskie, gdy nadszedł czas powrotu z Patmos do Oxfordu, gdzie miałem rozpocząć wykłady na uniwersytecie. On sam nigdy nie był na Zachodzie, ale wnikliwie postrzegał sytuację prawosławia w diasporze. "Nie bój się" - nalegał. - Nie bój się z powodu twego prawosławia; nie bój się, że jako prawosławny na Zachodzie, często będziesz wyobcowany i zawsze w drobnej mniejszości. Nie idź na kompromis, ale też nie atakuj innych chrześcijan; nie bądź ani defensywny, ani agresywny; bądź po prostu sobą".
Drugi, znany mi osobiście przykład dwudziestowiecznego starca to św. Jan Maksymowicz (+1966), rosyjski biskup w Szanghaju, później w Zachodniej Europie i w końcu w San Francisco. Wzrostem niewiele większy od karła, ze splątanymi włosami głowy i brody, z wadą wymowy, na pierwszy rzut oka zdawał się posiadać coś więcej niż odrobinę z "szaleńca Chrystusowego". Od czasu swych monastycznych ślubów, z wyjątkiem czasu choroby lub spoczynku w łóżku, pracował i modlił się przez całą noc, łapiąc sen w wolnych chwilach całej doby. Chadzał boso po ulicach Paryża, a pewnego razu sprawował nabożeństwo żałobne w porcie w Marsylii, dokładnie tam, gdzie doszło do zamachu na jugosłowiańskiego króla Aleksandra, na środku ulicy, pośród tramwajowych torów. Punktualność nie miała dla niego wielkiego znaczenia. Co bardziej konwencjonalni spośród jego wiernych, zmieszani jego postępowaniem, uważali, że nie nadaje się na publiczne stanowisko i do administracyjnej pracy biskupa. Jeśli nawet był nieprzewidywalny, nie brakowało mu również zdolności praktycznych i realizmu. Całkowicie lekceważąc wszelkie formalności, odnosił sukcesy tam, gdzie inni, zdając się na świeckie wpływy i ekspertyzę, całkowicie zawodzili - jak na przykład, gdy nie poddając się utraconym nadziejom, nie zważając na system "quota", tysiącom bezdomnych rosyjskich uchodźców umożliwił wjazd do USA.
W prywatnej rozmowie był szorstki, a mimo to dobrotliwy. Szybko zyskiwał zaufanie małych dzieci. Szczególnie uderzająca była moc jego modlitewnego orędownictwa. Gdy tylko było to możliwe, zwykł sprawować Boską Liturgię codziennie, a ze względu na wielką liczbę tych, których wspominał oddzielnie po imieniu, nabożeństwo często obejmowało dwa razy dłuższy niż zazwyczaj przedział czasu. Gdy modlił się za nich, nigdy nie byli jedynie imieniem na liście, ale zawsze osobami. Znamienna jest historia, którą mi opowiedziano. Św. Jan miał w zwyczaju raz w roku odwiedzać monaster Trójcy Świętej w Jordanville w stanie Nowy Jork. Gdy po jednej z takich wizyt przygotowywał się do wyjazdu, jeden z mnichów wręczył mu kartkę papieru z czterema imionami ludzi, którzy byli śmiertelnie chorzy. Św. Jan otrzymywał tysiące podobnych próśb o modlitwę w ciągu każdego roku. Gdy wrócił do monasteru po jakichś dwunastu miesiącach, natychmiast rozpoznał tego mnicha i ku jego wielkiemu zdziwieniu, z przepastnych głębi swej sutanny św. Jan wyjął tę samą, teraz zmiętą i zniszczoną, kartkę papieru. "Modliłem się za twych przyjaciół - powiedział - ale dwaj z nich - wskazał na ich imiona - już nie żyją, a dwaj wyzdrowieli". I tak w rzeczywistości było.
Nawet z dala dzielił troski swych duchowych dzieci. Jedno z nich, ojciec (później arcybiskup) Jakub, przełożony małego monasteru w Holandii, przesiedział do późnych godzin w swym pokoju, bowiem niepokój powodowany finansowymi i wieloma innymi problemami nie pozwalał mu zasnąć. W środku nocy zadzwonił telefon. Był to św. Jan, który przebywał za oceanem. Zatelefonował, aby powiedzieć, że ojcu Jakubowi czas już iść do łóżka: "Idź już spać, a to, o co prosisz Boga, z pewnością się ułoży".
Taka właśnie jest rola duchowego ojca. Jak wyraził to św. Barsanufiusz, "Dbam o ciebie bardziej, niż ty sam troszczysz się o siebie".

[Niniejszy tekst to uproszczona wersja (bez przypisów) jednego z 12 rozdziałów pierwszego tomu dzieł zebranych biskupa Kallistosa p.t. „Królestwo wnętrza”. Wydawcą polskiego tłumaczenia tej książki jest Prawosławna Diecezja Lubelsko-Chełmska. Więcej informacji i całą książkę znajdziesz w sklepiku www.cerkiew.pl]

— bp Kallistos (Ware), tłum. o. Włodzimierz Misijuk

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze ze świata

wszystkie →