Dzisiaj, kiedy ludzkość ma wszystko, by być razem, coraz więcej osób odczuwa przytłaczającą, niemal fizycznie odczuwalną samotność. Nie jest to tylko lekki smutek, który ogarnia nas w deszczowy wieczór, ani chwilowa chandra, ustępująca po rozmowie telefonicznej z przyjaciółką. To głębokie, egzystenc
Żyjemy w niewiarygodnych czasach. Technologia dała nam możliwość wysyłania listów na inny kontynent jednym kliknięciem, oglądania twarzy rozmówcy, nawet jeśli dzielą nas tysiące kilometrów, oraz natychmiastowego śledzenia wiadomości z dowolnego miejsca na świecie. Portale społecznościowe, komunikatory i wideorozmowy stworzyły tę samą „hiperłączność”, o której nasi przodkowie nie mogli nawet marzyć. Wydawałoby się, że paradoks współczesności powinien rozwiązać się sam: im więcej sposobów komunikacji, tym mniej samotności. Jednak rzeczywistość okazuje się znacznie bardziej sprzeczna. Dzisiaj, kiedy ludzkość ma wszystko, by być razem, coraz więcej osób odczuwa przytłaczającą, niemal fizycznie odczuwalną samotność. Nie jest to tylko lekki smutek, który ogarnia nas w deszczowy wieczór, ani chwilowa chandra, ustępująca po rozmowie telefonicznej z przyjaciółką. To głębokie, egzystencjalne poczucie odseparowania od świata, które czasami nie opuszcza nas nawet w tłumie. Jako psycholog nieustannie spotykam się z tym stanem w swej praktyce i doszedłem do wniosku: można go zrozumieć jedynie na styku współczesnej psychologii i wielowiekowej tradycji duchowej.
Dlaczego tak się dzieje? Wirtualna komunikacja to cienki, ale bardzo wytrzymały lód, który jedynie imituje bliskość. Lajki, emotki i krótkie wiadomości w komunikatorach tworzą pozory burzliwego zaangażowania. Dodajemy reakcje pod zdjęciami, ale często nie wiemy, co tak naprawdę dzieje się w sercu naszego przyjaciela. Wymieniamy się informacjami, ale przestajemy naprawdę uczestniczyć w życiu innych. Za pozorem komentarzy i udostępnień często kryje się pustka, ponieważ autentyczna komunikacja wymaga czasu, siły psychicznej i, co najważniejsze, wrażliwości.
W prawdziwym życiu boimy się otworzyć, a w sieci w ogóle chowamy się za przefiltrowanymi obrazami.
Drugą przyczyną jest szalone tempo życia. Praca, obowiązki domowe, niekończący się szum informacyjny wysysają siły i uwagę. Współczesnemu człowiekowi po prostu nie pozostaje wystarczająco dużo wewnętrznych zasobów na długą, niespieszna rozmowę „od serca”. Oduczyliśmy się słuchać i słyszeć, a przecież właśnie to jest lekarstwem na samotność.
Z punktu widzenia klasycznej psychologii samotność nie polega na obojętności otoczenia ani nawet na braku towarzystwa jako takiego. Jest to bolesna rozbieżność między tym, jak często i w jaki sposób chcielibyśmy nawiązywać kontakty, a tym, co faktycznie mamy. Człowiek może być otoczony współpracownikami, członkami rodziny i dziesiątkami wirtualnych przyjaciół, a mimo to czuć się całkowicie samotny, jeśli nie znajduje w tych ludziach szczerego wsparcia. Ten stan uruchamia niebezpieczny łańcuch konsekwencji: rośnie poziom lęku, bezlitośnie spada samoocena, pojawiają się natrętne myśli depresyjne. Koło się zamyka: im bardziej czujemy się samotni, tym mniej wierzymy w swoje umiejętności społeczne i tym bardziej oddalamy się od ludzi, prowokując nową falę izolacji.
Istnieje jednak inne spojrzenie – głębsze, wywodzące się z tradycji prawosławnej. W tym ujęciu samotność nie sprowadza się do izolacji społecznej czy dyskomfortu psychicznego. Postrzega się ją jako konsekwencję utraty więzi z Bogiem, z własną duszą i z bliźnimi – na najwyższym duchowym poziomie. Święci Ojcowie wiele mówili o znaczeniu „trzeźwości” – niezwykłej umiejętności postrzegania siebie i otaczającego świata bez upiększeń i złudzeń. Współczesna rzeczywistość wirtualna, w której prezentujemy się w „ulepszonej”, wyretuszowanej postaci, przeszkadza tej trzeźwości jak nic innego. Chowamy się za maskami ludzi odnoszących sukcesy i radosnych, boimy się pokazać swoją słabość i ból. Jednak prawdziwa bliskość, ta, która ratuje przed samotnością, jest możliwa tylko w stanie szczerości, pokory i zaufania.
Jak więc przezwyciężyć ten bolesny stan i uwolnić się z pułapki samotności, kiedy wokół jest tak wielu ludzi? Droga – choć może się to wydawać paradoksalne – zaczyna się od zatrzymania się i szczerego spojrzenia w głąb siebie. Pierwszym i najważniejszym krokiem jest akceptacja własnej samotności, nie wstydzenie się jej, nie spychanie jej w najdalszy zakątek świadomości, ale dostrzeżenie w niej niepokojącego, choć pożytecznego sygnału do zmian. W prawosławnej ascezie istnieje piękna koncepcja „poświęcanie uwagi sercu” – zdolności wsłuchiwania się we własne uczucia, nie tłumiąc ich zimnym racjonalizmem, ale też nie pozwalając im bezgranicznie nami kierować. To właśnie jest początek uzdrowienia: zrozumienie, co dokładnie wywołuje ból duszy i jaką głęboką potrzebę on odzwierciedla. Być może nie brakuje ci liczby przyjaciół, ale jednej osoby, która po prostu będzie milczeć obok?
Kolejny etap polega na odbudowie autentycznych więzi. I tutaj ważny jest jakościowy skok, a nie mechaniczne nawiązywanie kontaktów. Nie trzeba zapisywać się na dziesiątki szkoleń ani dodawać do znajomych wszystkich po kolei. Wystarczy wykonać jeden, ale odważny krok: rozpocząć szczerą rozmowę z kimś, kto jest ci bliski, znaleźć czas na udział w życiu małej wspólnoty, w której ludzi łączą nie formalne interesy, ale wspólne wartości. Dla osoby wierzącej najpotężniejszym źródłem siły stają się modlitwa i uczestnictwo w sakramentach Cerkwi, które za każdym razem cicho, ale stanowczo przypominają duszy: nie jesteś sam, ponieważ Bóg jest zawsze z tobą.
Nie należy też zapominać o wewnętrznej ciszy. Wielu boi się jej jak ognia, ponieważ to właśnie w niej najgłośniej rozbrzmiewają nasze lęki. Jednak tradycja duchowa uczy, że samotność to także wyjątkowa okazja, by spotkać się z samym sobą, usłyszeć głos sumienia, zastanowić się nad tym, co wieczne, zanim zgiełk zagłuszy wszystko, co żywe. W tej ciszy, przed którą zwykle uciekamy w pasek aktualności, można odnaleźć nie pustkę, ale zadziwiającą pełnię. Wystarczy spróbować wypełnić ją spokojną modlitwą, lekturą dobrej książki duchowej lub po prostu refleksjami nad sensem przeżytego dnia.
Wreszcie, jako praktykujący specjalista, zawsze radzę: nie lekceważcie pomocy profesjonalisty. Dobry psycholog, zwłaszcza taki, który rozumie i szanuje wartości prawosławne, jest w stanie pomóc człowiekowi uporać się z plątaniną przyczyn jego stanu, odnaleźć ukryte zasoby, które pomogą pokonać trudności oraz opracować jasną strategię pozytywnych zmian. Cerkiew nie zaprzecza wartości takiej profesjonalnej pomocy – jedynie delikatnie przypomina, że uzdrowienie duszy zawsze ma charakter całościowy. Nie może ono ograniczać się do tabletki czy techniki, dotyka bowiem jednocześnie serca, umysłu i ducha.
Samotność w erze hiperłączności to bez wątpienia jedno z najtrudniejszych wyzwań naszego stulecia. Jednak każde wyzwanie niesie ze sobą również ukrytą szansę na rozwój. Kiedy przestajemy w panice uciekać przed samym sobą, pośpiesznie przewijając pasek aktualności, i zaczynamy szczerze szukać Boga i bliźniego, iluzoryczne wirtualne więzi rozpadają się, ustępując miejsca czemuś prawdziwemu. W ich miejsce rodzą się relacje przepełnione cichą miłością i głębokim sensem. I wtedy nawet w najgłośniejszym tłumie przestajemy czuć się jak obcy. Ponieważ na nowo odnaleziona wewnętrzna więź z wiecznością sprawia, że jakakolwiek samotność staje się niemożliwa.
Viktor Łużkov (tłum. Justyna Pikutin)
za: pravoslavie.ru
fotografia: levangabechava /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.