Życie chrześcijańskie, jak każde ważne dzieło, jak każda dziedzina sztuki, ma swoje tajemnice. Byłoby dziwne, gdyby ich nie było. Bo przecież życie jest nie tylko pracą ważną, ale najważniejszą, nie tylko sztuką, ale sztuką najwyższą.
Wszyscy mamy jakieś wyobrażenie o tym, czym jest życie chrześcijańskie. Niektórzy mniej wyraźne, inni bardziej. Czytamy Pismo Święte, żywoty świętych i biografie pobożnych ascetów, chcemy ich naśladować i wypełniać przykazania Chrystusa. Chcemy być cisi i miłosierni, kochający i pokorni, niechciwi i niemściwi, niegadatliwi i łatwo przebaczający, niezniechęceni i niezrozpaczeni. Pragniemy... Ale dzień po dniu przekonujemy się, że nasze pragnienie jest zbyt słabe. Albo samo pragnienie to za mało. Potrzebujemy czegoś więcej.
Albo... Albo jest jakiś sekret.
Niesekretny sekret
I rzeczywiście istnieje pewna tajemnica. Życie chrześcijańskie, jak każde ważne dzieło, jak każda dziedzina sztuki, ma swoje tajemnice. Byłoby dziwne, gdyby ich nie było. Bo przecież życie jest nie tylko pracą ważną, ale najważniejszą, nie tylko sztuką, ale sztuką najwyższą. Jedyna różnica polega na tym, że w każdej dziedzinie ludzkiej działalności mistrzowie, artyści z reguły ukrywają swoje sekrety, dzielą się nimi tylko z wybranymi uczniami, a często zabierają je ze sobą do grobu, ponieważ nie chcą, aby ktokolwiek powtarzał ich ścieżkę, dążąc do pozostania niedoścignionym. Inaczej jest z chrześcijaństwem: wszystkie „sekrety” zostały odkryte, wyjaśnione i szczegółowo przeanalizowane. Dlaczego więc pozostają tajemnicą, dlaczego w ogóle możemy je tak nazywać? Ponieważ niewielu ludzi zwraca na nie uwagę, niewielu ludzi chce je naprawdę poznać. A ci, którzy to robią, rozumieją, że wiedza nie wystarczy, wymaga codziennej i nieustannej pracy. Pracy, która wymaga wiele wysiłku, ale przynosi najpiękniejsze owoce - nie tylko docześnie, ale także w wieczności.
Dlaczego, mając dobre intencje, pragnąc czynić dobro i unikać zła, tak rzadko nam się to udaje? I czy naprawdę jest jakiś sposób, by- parafrazując słowa apostoła Pawła - czynić to, co kochamy, i trzymać się z dala od tego, czego nienawidzimy (por. Rz 7, 15-25)?
Istnieje. A nazywa się to uczeniem się. Moglibyśmy nazwać to inaczej, ale jest to najbardziej logiczne. Człowiek odnosi sukces w tym, czego jest nauczany - to jest droga i to jest tajemnica.
Raz za razem
Co to znaczy? Tak długo, jak pozostajemy w procesie - niezależnie od tego, czy jest to produkcja, nauka, czy coś innego - jesteśmy w nim zanurzeni i wszystko w nim jest jakby jednością z nami. Łatwo jest nam robić rzeczy, które stały się dla nas nawykiem, a szczególnie jeśli stało się to dla nas czymś naturalnym. Nie wahamy się zbyt długo, by rozwiązać zadania, które wydają się najtrudniejsze dla postronnego obserwatora. Dla nas wynik naszej pracy jest całkiem naturalny, podczas gdy ktoś może uznać go za cud. Podobnie jest w życiu duchowym: musimy być cały czas w jego procesie, aby z niego nie wypaść, nie dać się wybić, nie dać się złamać. Albo też, tym samym, nieustannie się uczyć.
Uczyć się, na przykład, bycia miłosiernym. To nie to samo, co starać się dawać coś każdemu żebrakowi, którego spotkamy na naszej drodze; jeśli nie jesteśmy szczególnie bogaci, możemy nie mieć wystarczająco dużo pieniędzy dla wszystkich, lub wręcz przeciwnie, czasami nie spotykamy żebraków przez długi czas. Jednakże miłosierne serce jest dla nas niezbędne, gdyż tylko ono jest w stanie pomieścić łaskę - po tym, jak nauczy się mieścić w sobie smutki i radości naszych bliźnich oraz ich samych z tym, co z nimi związane. Bo, jak powiedział starzec Emilian z Simonopetry, jeśli twoje serce nie może pomieścić małych ludzi, jak zdoła pomieścić Wielkiego Boga? Dlatego konieczne jest, abyśmy nieustannie skłaniali się ku miłosierdziu. Kiedy widzimy, że nasze myśli są skłonne do potępienia, nasza dusza staje się zatwardziała, zimna, niemiła, musimy pamiętać, że wszystko to jest dla nas całkowicie nienaturalne, że naturalne jest bycie życzliwym i miłosiernym. I wtedy dusza odzyskuje światło, ciepło i spokój, czyli to, co napełnia nas uczuciem szczęścia. I tak raz za razem.
Przede wszystkim zachować duchowy spokój
Lub uczyć się spokojnego usposobienia. Niczego nie tracimy tak często, jak tracimy wewnętrzny spokój. Wróg ma milion sposobów, by pozbawić nas równowagi, zdezorientować, wzburzyć wszystko w naszych duszach, sprawić, że stracimy panowanie nad sobą, a następnie pozostawić nas zdruzgotanych i rozbitych, jak kruche naczynie przewrócone przez gwałtowny podmuch wiatru. Ale nie ma w tym nic gwałtownego: wiemy, że upadłe duchy nienawidzą nas nie od czasu do czasu, ale zawsze, że ich walka z nami nie jest tymczasowa, czy prywatna, ale stała i wszechstronna. A kiedy chcemy odpocząć, one nie odpoczywają, ponieważ nie potrzebują odpoczynku, i w przeciwieństwie do nas wykonują swoją straszną pracę pilnie i gorliwie. Dlatego nie powinniśmy odpoczywać, a pracować, by odbudować to, co one zniszczyły, lub jeszcze lepiej, by zapobiec temu zniszczeniu.
Jak ważne jest spokojne usposobienie? Bardzo ważne. Św. Izaak Syryjczyk porównuje chaos lub zamieszanie do rydwanu szatana, na którym wjeżdża on do naszej duszy, do naszego życia i wywraca tam wszystko do góry nogami. Praktycznie wszystkie najistotniejsze błędy popełniamy właśnie w tym stanie, to jest jak walka: stworzyć człowiekowi niestabilną sytuację, wyprowadzić go z równowagi - a potem robić z nim, co się zechce.
A zatem... Oznacza to, że musimy zawsze pamiętać, że nic nie powinno pozbawiać nas równowagi, że przede wszystkim, zgodnie z myślą mnicha Nikodema Hagioryty, powinniśmy zachować spokój. Bez względu na to, co nas spotyka, bez względu na to, co się dzieje wokół nas, bez względu na wszystkie nieprzyjemności, które nas spotykają, ważne jest, abyśmy spokojnie i równomiernie przyjmowali wszystko, co faktycznie zsyła nam Bóg. Czy jest to możliwe? Jest to możliwe, jeśli nieustannie uczymy się zachowywać spokój, jeśli regularnie przypominamy sobie, że jest to o wiele ważniejsze niż to, czym teoretycznie moglibyśmy się denerwować i martwić.
Bądź pokorny i cichy
Kolejną ważną nauką jest pokora i cichość. Jak wiele jest sytuacji, spotkań, rozmów w ciągu każdego dnia, w których nasza duma zostaje zraniona, kiedy wydaje nam się, że rodzi się w nas jakiś straszny, ziejący ogniem smok, gotowy spalić i zniszczyć wszystko wokół nas, ale przede wszystkim nas samych lub to, co w nas najlepsze - nasze chrześcijaństwo! I jakie poczucie wyobcowania wobec Boga wkracza wtedy do naszego serca, zatwardziałego i niemiłego, jak niewygodnie, ciemno, wrogo zaczynamy postrzegać otaczający nas świat i ludzi w nim! Jak możemy tego wszystkiego uniknąć - i czy w ogóle możemy tego uniknąć?
Jest to możliwe, jeśli nieustannie pamiętamy, że „Bóg wyniosłym się sprzeciwia, a pokornym łaskę daje” (Jk 4, 6), ponieważ tak naprawdę nie chcemy, aby On był naszym przeciwnikiem, ale wręcz przeciwnie, pragniemy Jego łaski. Możemy, jeśli będziemy pamiętać przez cały dzień, że pokora wybawia nas - jak świadczy widzenie św. Antoniego Wielkiego - ze wszystkich pułapek zastawionych przez wroga naszego zbawienia, aby złapać nas w ten czy inny grzech. Jej - tj. pokory, powiedziano mnichowi - te sieci nie dotykają, jakby włókna, z których zostały utkane, płonęły w jej czystym i przejrzystym płomieniu. Wreszcie, zawsze należy pamiętać, że nasze uczynki są niewystarczające dla naszego zbawienia - bez względu na to, ile ich jest - i tylko pokora stawia nas przed Bogiem, dając nam możliwość poczuć Jego miłosierdzie. Trzeba pamiętać, że to ona nawet na sądzie przechyla szalę straszliwej, ostatecznej, decydującej o losie człowieka wagi na naszą korzyść. I że pokora, jak zapewniał Abba Izaak, jest szatą Boga.
A łagodność, której tak bardzo nam brakuje, gdy spotykamy się z agresją lub jej oznakami, jest bezcenna, ponieważ pozwala nam „odziedziczyć ziemię” (por. Mt 5, 5), a jej posiadacza czyni uczestnikiem błogosławionego udziału w życiu wiecznym. Jak możemy jej nie kochać i nie starać się jej zdobyć, mając to na uwadze?
Duszo moja, gdzie jesteś?
Jest jeszcze jedna rzecz: koncentracja. Ciągle ją tracimy i trafiamy „z patelni w ogień” – ten, kto jest nieuważny, jest tak łatwo oszukiwany, ciągle się potyka, błądzi, rozgląda się i nie może zrozumieć, gdzie nagle się znalazł i co się z nim stało. Dobre życie chrześcijańskie powinno być uważne, skoncentrowane, takie, w którym wszystko jest prawdziwe i poważne.
Tutaj bardzo pomaga obraz pola minowego: wystarczy, że się zamyślimy, coś odwróci naszą uwagę, wnet następuje eksplozja i już nas nie ma. Albo niebezpieczna produkcja, gdzie wystarczy się rozkojarzyć, aby stracić rękę lub nogę, a nawet głowę. Przypominanie sobie o tym, czyli uczenie się uważności, jest bardzo ważne. Pewien starzec powiedział, zwracając się do swojej duszy: „Moja duszo, jaka jesteś, gdzie jesteś i dokąd zmierzasz?”, sprawdzając od czasu do czasu, co dzieje się w jego wewnętrznej klatce, nie pozwalając, by wkradło się do niej coś nieprzyzwoitego, a nawet zbędnego. Musimy zadawać sobie to pytanie tak często, jak to możliwe.
Ucz się pamiętać o Bogu
Najważniejszą lekcją jest pamiętanie o Bogu. To korzeń wszystkiego. Święci ojcowie nazywali to nauczaniem, a święci Teofan i Ignacy pisali o tym w niesamowicie jasny i głęboki sposób, w języku, który jest nam bliski i zrozumiały. Całe zło, które spotyka nas w życiu, bierze się z tego, że zapominamy o Bogu. Natomiast wszelkie dobro rodzi się z pamięci o Nim.
Jak możemy pamiętać o Bogu nieustannie - pośród całego zgiełku, w którym jesteśmy zanurzeni, pośród prawdziwych trosk i zmartwień, pokus i smutków, które zabierają nam siły, wymagając uczestnictwa oraz aktywności - fizycznej, intelektualnej i umysłowej? Nauka ta jest jednak stopniowa. Po pierwsze, powinniśmy starać się pamiętać o Bogu tak często, jak to możliwe. Związać tę pamięć z czymś - jak radził św. Teofan - na przykład z zegarem. Dlaczego ihumen Nikon (Worobjow) nauczał kogoś w swoich listach: co godzinę poświęcać krótką chwilę, chociaż minutę, na modlitwę do Boga, prosząc o to, co najważniejsze, czyli zbawienie, wyznając grzechy i dziękując.
Następnie można zacząć uczyć się nie zapominać o Bogu. A potem... potem przychodzi to, co nazywa się pamięcią o Bogu, co całkowicie zmienia całe ludzkie życie.
A drogą ojców do tego celu jest modlitwa, krótka i w miarę możliwości nieustannie powtarzana, do której najpierw przyzwyczaja się język, umysł, a potem serce. Modlitwa, która objawia wieczność i sprawia, że żyjemy w oczekiwaniu na nią; która świadczy o tym, że nie ma w nas ani przy nas niczego, co nie byłoby ważne dla Boga; która uczy nas robić to, czego On chce i czego od nas oczekuje.
Prawdopodobnie jest to szczyt nauki, coś, co wydaje się nieosiągalne. Co jednak można osiągnąć. Trzeba tylko zacząć się uczyć.
igumen Nektariusz Morozow (tłum. Justyna Pikutin)
za: pravoslavie.ru
fotografia: Adam Matyszczyk /cerkiew-sokolka.pl/
— igumen Nektariusz (tłum. Justyna Pikutin)
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.