Jak człowiek może uchronić swą duszę przed tym czy innym huraganem - tego właśnie szukamy. Aby to osiągnąć, konieczne jest, zgodnie ze słowami starca Paisjusza Hagioryty, utrzymywanie kontaktu z Bogiem, pozostawanie z Nim na tej samej "częstotliwości".
przeczytaj poprzednie rozważania
Jak człowiek może uchronić swą duszę przed tym czy innym huraganem - tego właśnie szukamy. Aby to osiągnąć, konieczne jest, zgodnie ze słowami starca Paisjusza Hagioryty, utrzymywanie kontaktu z Bogiem, pozostawanie z Nim na tej samej "częstotliwości". Kiedy tracisz kontakt z Bogiem, tracisz nadzieję na zbawienie.
W trudnych chwilach tylko Bóg może pomóc człowiekowi i dlatego musimy się modlić. I modlić się dużo. Modlić się i pokładać całą nadzieję w Bogu. Człowiek będzie wypijał kielich trudności jeden po drugim, ale Bóg go nie opuści. Człowiek opuszcza Boga, ale Bóg nigdy nie opuszcza człowieka. Nawet jeśli człowiek sam jest winny swych nieszczęść, jeśli woła do Boga, wzywa Jego imienia, prosi Go o pomoc, Bóg nie powie mu: "Zasłużyłeś na to! Zapamiętaj to, abyś następnym razem był mądrzejszy i tego już nie powtórzył". Nie, Bóg, jako Dobrotliwy Ojciec, pociesza człowieka, On, jak mówią słowa ektenii, "wspomaga" go, wyrywa z wiru smutków z wielką miłością i troską, bierze go w Swe ramiona, troszczy się o niego, tak jak lekarz troszczy się o chorego. Lekarz nie dba o to, czy jego pacjent jest dobrym czy złym człowiekiem, troszczy się o każdego pacjenta i daje mu wszystko, co dla niego potrzebne. W ten sam sposób Bóg postępuje z nami.
Nauczmy się wielkiej sztuki modlitwy, nauczmy się zwracać do Boga. Trudne chwile – to najkorzystniejszy i najlepszy czas na to, by człowiek nauczył się modlitwy. W żywocie św. Sylwana z Góry Athos jest taka historia. Mnich Sylwan zauważył, jak pewien młody robotnik modlił się gorliwie, z całego serca i zapytał tego człowieka:
- Gdzie nauczyłeś się tak gorliwej modlitwy?
Na co ten odpowiedział:
- Na wojnie. Kiedy wokół łomotały bomby i pociski, wtedy nauczyłem się modlić.
Św. Paisjusz Hagioryta opowiadał, że nie mógł zrozumieć, dlaczego starzec N. żył w jaskini, nad wejściem do której zwisała skała, gotowa w każdej chwili spaść. I choć starcowi proponowano przeniesienie się stamtąd, gdyż inaczej przyjdzie dzień, kiedy skała spadnie mu na głowę, on nie odszedł z jaskini, a dalej w niej mieszkał. Dlaczego tak postąpił? Ponieważ doświadczając potrzeby i trudności, odczuwając nikczemność wszystkiego, starzec uczył się modlitwy. Tak jak woda, będąc ściśnięta ze wszystkich stron, unosi się w górę, z taką siłą i impetem dusza człowieka, ugniatana ze wszystkich stron trudnościami i pokusami, kieruje się do Boga i poszukuje Jego miłości. A Bóg w niewyobrażalny sposób pociesza człowieka w tych trudnych chwilach. Tak wielkie jest Boże pocieszenie, że ten, kto go skosztował, gdy pokusy przeminą z nostalgią wspomina łaskę, której doświadczył w chwili próby. Przyznaje: „Tak, było bardzo, bardzo ciężko, ale była też ogromna łaska.”
Kiedy wszystko jest w porządku, kiedy nie mamy trudności i problemów, wtedy często siła naszej modlitwy słabnie, a żarliwość naszego serca stygnie. Stajemy się, powiedzmy, pogodzeni z codziennością i tracimy rozgrzewającą obecność Bożej łaski.
Pamiętam, jak nasz starzec Józef z Watoped, który musiał stawić czoła wielu pokusom w swoim życiu, powiedział mi kiedyś:
- Wiesz, dziecko, czuję pragnienie w mojej duszy.
- Jakie pragnienie, Geronda?
- Ach, gdybym mógł wyjść na plac miasta, gdzie wszyscy ludzie wyśmiewaliby mnie, upokarzali i pluli na mnie! Ponieważ w pokusach, które znosiłem, otrzymałem wielką łaskę od Boga.
Starzec mówił to podczas jednego z tych rzadkich okresów, kiedy był wolny od pokus. W jego życiu było bardzo niewiele takich "przerw" między okresami próby. Tylko ostatni okres swego życia spędził on we względnym spokoju, podczas gdy w poprzednich latach był miotany z burzy w burzę, ze sztormu w sztorm, jak samolot, który przechodzi z jednego cyklonu w drugi. Starzec Józef tęsknił za poprzednim stanem, ponieważ wiedział, jak wielką łaskę otrzymuje człowiek w godzinie kuszenia i jak żarliwie się wtedy modli.
Przez wszystkie lata, które spędziłem ze Starcem Józefem na Świętej Górze, ani razu nie widziałem, aby podszedł do Eucharystii bez łez. Byłem hieromnichem w naszej wspólnocie i każdego dnia sprawowałem św. Liturgię i udzielałem Eucharystii starcu Józefowi i braciom. Starzec przyjmował Eucharystię cztery razy w tygodniu i zawsze ze łzami. I jakie to były łzy! Nie te łzy, które z trudem płyną z naszych oczu. Nie, to były prawdziwe łzy! Starzec modlił się w kaliwie z małym oknem wychodzącym na świątynię. Przez to okno starzec słuchał Liturgii aż do „wielkiego wejścia”. Po „wielkim wejściu” wchodził do świątyni, zajmował swoją stasidię i modlił się tam aż do Pryczastia. Stał z pochyloną głową, a łzy lały się z jego oczu tak obficie, że jego mnisze szaty stawały się mokre.
Należy zauważyć, że generalnie starzec Józef nie był ponury, nadąsany czy zrzędliwy. Był bardzo pogodną osobą. Z łatwością nawiązywał kontakty, śmiał się, żartował i z przyjemnością słuchał różnych historii. Oczywiście z umiarem. Ale kiedy zaczynał się modlić, jakby się zmieniał. Podobna zmiana zachodziła w nim podczas czytań przy wspólnym monasterskim posiłku. Ilekroć czytający recytował imię Jezusa Chrystusa lub Matki Bożej, wielkich Męczenników Jerzego lub Pantelejmona (szczególnie ulubionych świętych Starca), starzec Józef natychmiast zaczynał płakać i nie mógł dalej jeść. W rezultacie my też nie mogliśmy jeść. Tak więc w te dni, kiedy starzec jadł z nami posiłki, staraliśmy się znaleźć jakąś "neutralną" lekturę. Raz nawet powiedziałem mu:
- Geronda, byłoby lepiej, gdybyś przychodził do nas na poranny posiłek, podczas którego nie ma czytania.
Z czego starzec Józef zebrał tak obfite duchowe owoce? Z ogromu smutków, prób i trudności, które musiał przetrwać w swoim życiu. Kiedy dusza człowieka przechodzi przez to wszystko, wtedy zwraca się do Boga. Człowiek jednoczy się z Bogiem, a Bóg pociesza jego duszę. Dusza uspokaja się, łagodnieje, stopniowo rośnie w siłę, stopniowo nabiera duchowej dojrzałości, staje się "upieczonym słodkim chlebem", jak mówił św. Ignacy Teofor. Dobrze wypieczony, pachnący chleb spożywa się z przyjemnością, podczas gdy chleb surowy lub przypalony nie nadaje się do jedzenia. Takim dobrze wypieczonym chlebem jest osoba, która przechodzi przez próby i uciski w chrześcijański sposób, w czyjej duszy objawiają się wszystkie te szlachetne siły i dary, którymi Bóg obdarzył człowieka przy stworzeniu. Dzieje się to, o czym mówi prorok Dawid: "Dobrze mi, że ukorzyłeś mnie, bo nauczyłem się Twych przykazań" (Ps 118,71). Ty, Boże, wyświadczyłeś mi wielką przysługę, uniżając mnie i upokarzając, pokazując mi moją słabość, abym mógł poznać Twoją drogę, abym mógł poznać, jak Wszechdobry, Sprawiedliwy i Święty Jesteś.
Więc co ostatecznie ma znaczenie? Jedyną rzeczą, która ma znaczenie, jest to, czy mam Boga w swoim sercu. Temu, kto ma Boga w swoim życiu i w swoim sercu, niczego nie brakuje. On ma wszystko. Wszystko jest w nim. Natomiast ten, kto nie ma w sobie Boga, nawet jeśli posiada wszystkie dobra tego świata, tak naprawdę nie ma nic. Taka osoba nieustannie próbuje wypełnić swoje życie tysiącami rzeczy, ale jej dusza pozostaje pusta, nic nie jest w stanie jej wypełnić. Dusza jest stworzona przez Boga i jest wypełniana tylko Jego obecnością, niczym innym. Włóż do swojej duszy jedno, drugie, trzecie... - cokolwiek chcesz, z wyjątkiem Boga, a nie zostanie ona wypełniona i nie może być wypełniona, ponieważ nie została stworzona, aby być wypełniona czymś próżnym i fałszywym.
metropolita Limassol Atanazy (tłum. Justyna Pikutin)
za: sestry.ru
fotografia: alik /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.