śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 6 maja 2008

Wywiad: O posłudze diakona w Cerkwi

Znakomity baryton saratowskiego protodiakona ojca Michała Bielikowa jest dobrze znany parafianom świątyń Wołgogradu i Saratowa.

0 czytelników poleca

Znakomity baryton saratowskiego protodiakona ojca Michała Bielikowa jest dobrze znany parafianom świątyń Wołgogradu i Saratowa. Jego posługa obfituje spotkaniami ze znanymi duchownymi oraz laikami, życie których jest przykładem wierności wierze Chrystusowej w warunkach państwa ateistycznego. Przedstawiamy obszerny wywiad, w którym o. Michał opowiada o swojej posłudze oraz ludziach, którzy zostawili ślad na drodze jego życia. Ojciec Michał wiele mówi również o posłudze diakona w Cerkwi.

Jakie miejsce zajmuje protodiakon w hierarchii kościelnej?

Istotą posługi diakońskiej jest wspólne celebrowanie nabożeństw z kapłanem. Diakon przede wszystkim pomaga podczas wykonywania sakramentów. Natomiast posługa protodiakona polega na współcelebrowaniu z biskupem. Zgodnie z tradycją rosyjskiego Kościoła prawosławnego odpowiedzialność za przebieg liturgii biskupiej (cs. archijerejskiej) ciąży głównie na protodiakonie: to on w razie konieczności musi uzgadniać pewne rzeczy z chórem, lektorami, subdiakonami oraz kapłanami.
Zorganizowanie liturgii biskupiej nakłada na protodiakona i wszystkich pozostałych uczestników szczególne obowiązki. Tradycyjnie nasz naród dostrzega w tej służbie szczególną uroczystość, wzniosłość, wspaniałość - wszystko to, co w służbie arcykapłańskiej przeważnie odzwierciedla ideę Cerkwi, jako Królestwa Niebieskiego na ziemi.
Ponadto, tak samo, jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, diakon odpowiada za porządek podczas Eucharystii. Mianowicie diakon wzywa parafian do modłów. Wszystkie wołania, które on wypowiada, tzw. ektenie - prośby, które zakończone są słowami "Gospodu pomolimsia", "U Gospoda prosim" i inne,- są, w istocie, wzywaniem do modlitwy.

Ale przecież protodiakon wykonuje oprócz posługi organizatorskiej również "wykonawczą".

Przymioty wokalne protodiakona są bardzo ważne. Przy czym posługa protodiakona w rosyjskim Kościele prawosławnym różni się od takiej samej posługi w innych lokalnych Kościołach szczególnym wymogiem. Rosyjscy protodiakoni według tradycji powinni posiadać niski mocny głos. Innymi słowy, powinni śpiewać basem albo barytonem. To bardzo stara tradycja. Dla przykładu, w siedemnastym wieku przebywała w Rosji delegacja pewnego bliskowschodniego Kościoła prawosławnego. Towarzyszący patriarsze arcydiakon Paweł spisał swoje wspomnienia o tradycjach liturgicznych Cerkwi w Rosji. Między innymi, pisze on, że „diakoni w Rosji celebrują nabożnie". I dodaje - "niskim głosem". Było to dla niego coś niezwykłego. Na Bliskim Wschodzie jest odwrotnie, diakoni śpiewają głównie tenorem. Połączenie w naszej cerkiewnej kulturze tradycji Wschodu i Zachodu w dużej mierze wpłynęło na odrębność naszych nabożeństw. Mieszanie się różnych stylów na rosyjskiej glebie narodziło szczególny śpiewacki sposób wykonania, również diakonów. Wymagania w stosunku do części wokalnej ich posługi są dość wysokie. Zrozumiałe jest, że praca nad głosem jest również częścią moich obowiązków, jako protodiakona.

Czy można się tego gdzieś nauczyć?

Oczywiście, że nie. Istnieje powstała jeszcze w czasach przed rewolucją październikową ogólna tradycja posługi protodiakońskiej, którą się kierują protodiakoni wszystkich diecezji. Są określone sposoby podania różnego rodzaju modłów: brzmienia czytanej Ewangelii, wymawiania "Wielkiej Pochwały"... Tradycja ta żyje i jest przekazywana w Kościele rosyjskim nowym pokoleniom diakonów. Wprawa przychodzi z praktyką. Również ja dużo się nauczyłem od swojego poprzednika, ojca Bazylego Sułtanowa.

Podobno ojciec Paweł miał wyjątkowy głos?

Jego unikalny bas, barwą bliski do barytonu, był nastawiony naturalnie i brzmiał zadziwiająco. Ojciec Bazyli posiadał praktycznie całą skalę basową – zaczynając od najniższych nut kończąc najwyższymi. Niekiedy wydawało się, że jego możliwości wokalne są nieograniczone. Ze swoim trzydziestoletnim doświadczeniem, znał wyśmienicie liturgię. Pochodził z rodziny duchownych – Sułtanowów. Jego ojciec, Andrzej Iwanowicz Sułtanow, był zasłużonym protoprezbitrem. Święcenia kapłańskie otrzymał jeszcze przed rewolucją. Wielu swoim synom zdołał przekazać miłość do posługi cerkiewnej. Oprócz tego, wszyscy Sułtanowowie albo śpiewali, albo grali na jakimś instrumencie. Nie jest więc przypadkowe, że z takiej rodziny wyszło trzech protodiakonów: ojciec Włodzimierz Sułtanow niósł posługę w cerkwi Kazańskiej Ikony Bogurodzicy wWołgogradzie, a ojciec Mikołaj - w Samarze.
Ojciec Bazyli był nadzwyczaj przyciągającym człowiekiem. Z tej przyczyny miał ogromną liczbę przyjaciół - zaczynając od syna pierwszego sekretarza komitetu partyjnego po pracownika portu. I wszyscy szczerze go kochali. Na pogrzeb Bazylego Sułtanowa przyszła niemal połowa mieszkańców miasta.
Obecnie wymiana doświadczenia jest łatwiejsza: nagrania dźwiękowe pozwalają zapoznać się ze sposobem celebrowania innych - moskiewskich, petersburskich, ukraińskich - diakonów. W Moskwie odbywa się nawet festiwal sztuki diakońskiej. Niemniej jednak dużo ważniejsza jest żywa tradycja. Rady i podpowiedzi starego protodiakona znacząco pomogły w ukształtowaniu mojej posługi.

Czy można mówić o istnieniu różnych szkół śpiewu diakońskiego?

Wszystko jest względne. Diakonów moskiewskich, czy też petersburkich cechuje rygor w trakcie nabożeństw. Jest to uwarunkowane bliskością katedry patriarszej. I wszyscy biorą przykład z jej arcydiakona. W dodatku styl nabożeństw naszych stolic znajduje się pod mocnym wpływem Ławry Troicko-Sergiejewskiej z jej pełną rygorów mniszą liturgią. Ektenie, dla przykładu, czytane są jednostajnie, bez emocji. Myślę, że swój ślad w tym zostawił między innymi mocny bas Konstantina Rozowa, który na początku minionego wieku niósł posługę, jako arcydiakon przy patriarsze Tichonie. Ten człowiek o sylwetce prawdziwego osiłka miał spokojny i skupiony sposób celebrowania, który robił takie wrażenie na wiernych, że przyznano mu szczególny tytuł – „Wielkiego arcydiakona”.
Basy ukraińskich oraz południowo-rosyjskich protodiakonów są bardziej śpiewne oraz emocjonalne. Ciekawostką jest, że obecny arcydiakon patriarchy Aleksego II ojciec Andrzej Mazur długo posługiwał w Petersburgu, ale zaczynał w Ławrze Poczajowskiej, gdzie jego kształtowanie się, widocznie, odbywało się w ramach "południowej" tradycji. Ale również na jego sposobie celebrowania, jak mi się wydaje, odbił się moskiewski rygor.
Nie ma jednak podstaw by mówić o saratowskiej, czy wołżańskiej "szkole" w dniu dzisiejszym. Chociaż w swoim czasie protodiakoni-wołżanie byli również dość dobrze znani. Niegdyś, na przykład, prawdziwie "grzmiał" astrachański protodiakon Morkowin. Miał on potężny bas.

Rozwijając temat, sposób jaki Ojciec śpiewa w cerkwi również jest dosyć emocjonalny.

Jestem uczniem wspomnianego wyżej, nieżyjącego protodiakona, a on tak właśnie śpiewał... Nie uważam je za zbędne. Ale staram się ograniczać swoje emocje. Emocjonalność ma miejsce na scenie koncertowej, gdzie każdy pragnie podkreślić swoją indywidualność. Ale my znajdujemy się w świątyni. Czasem niektórzy protodiakoni zapominają o tym, pasjonując się efektami zewnętrznymi. Brzmi to nieco nienaturalnie, niemodlitewnie. Dla mnie przykładem jest przypadek z życia protodiakona, świadkiem którego stał się najstarszy nasz duchowny, św.p. ojciec Jerzy Łysienko. Pasjonujący się na początku swojej posługi młody jeszcze protodiakon ojciec Bazyli Sułtanow, pewnego razu po celebrze służby Arcykapłańskiej podszedł do swojego ojca - starego, zasłużonego protoprezbitra. Jednak zamiast oczekiwanej pochwały usłyszał: "Waśka, Bóg ciebie obdarzył głosem, a ty krzyczysz"...

Ojcze Michale, celebrował ojciec z wieloma hierarchami. Czy zmieniały przy tym wymagania wobec ojca jako protodiakona?

Wymagania biskupa zarówno kiedyś, jak i dzisiaj zostają w gruncie rzeczy , takie same: służby arcykapłańskie powinny być piękne, dokonywać się precyzyjnie i, co jest najważniejsze, niezawodnie. Wszyscy biskupi, w towarzystwie których miałem okazję celebrować, bardzo poważnie odnosili się do śpiewu cerkiewnego, dobrze sobie uświadamiając, jakie ogromne on ma znaczenie w sprawie głoszenia chrześcijaństwa. Oryginalny był władyka Pimen. Będąc człowiekiem inteligentnym, on dobrze znał i lubił muzykę klasyczną, zbierał płyty, przyjaźnił się ze znanymi śpiewakami i muzykami. Sam również lubił śpiewać za liturgią. Często podczas nabożeństw biskupich duchowni śpiewali hymny liturgiczne w ołtarzu. Robiło to na wiernych duże wrażenie. Nie przypadkowo władyka starał się dobierać dla soboru katedralnego dobrze śpiewających kapłanów. A starzy duchowni mieli przeważnie przyjemne głosy, ponieważ wychowani zostali w innym środowisku. Obecne pokolenie w kwestii muzycznej pozostaje w tyle.
Po przyjściu do saratowskiej katedry władyki Nektariusza śpiewający dostawali znaczne podwyżki. Władyka lubił śpiew, widząc w chórach jeden z elementów cerkiewnego piękna. Do samych świątyń odnosił się z szacunkiem, często powtarzał: "Jeżeli niedbale odnosimy się do świątyni Bożej, to oznacza, że nam też nie ma na co od Boga liczyć. A jeżeli świątynię staramy sie ozdobić, to również Pan będzie dla nas miłosierny". W trakcie jego posługi do cerkwi zaczęto kupować nowe utensylia, nowe obłaczenia, szaty i inne.
Zwierzchnik diecezji wołgogradzkiej władyka Herman, przy którym posługiwałem przez trzy lata, również bardzo gorliwie odnosił się do nabożeństw. Tłumaczy się to faktem, że był on uczniem metropolity leningradzkiego Nikodema (Rotowa). Ludzie wspominają, że za czasów władyki Nikodema nabożeństwa były bardzo uroczyste, radosne, z wielką liczbą śpiewających. W Wołgogradzie, jak i u nas, przed pierestrojką przy katedrze założono nowy chór z młodych śpiewających, zaczęło się ożywienie muzyczne.
Władyka Aleksander dużo zrobił w sprawie uporządkowania saratowskich nabożeństw. Po dwóch przerwach, kiedy nasza diecezja w przeciągu ośmiu miesięcy nie miała stałego zwierzchnika, pojawiło się pewne rozkojarzenie. Biskup sytuację naprawił. Właśnie on wprowadził pojęcie "rygorystyczny moskiewski styl nabożeństw". Jego troska o zdobieniu świątyń ukazała się w ustawie, zgodnie z którym cerkwie zostały opróżnione z mnóstwa prostych ikon, "ozdobionych" folią. Nakazał znaleźć dobre ikony, doprowadzić je do porządku i powiesić w widocznych miejscach.

Czy rodzice Ojca byli wierzącymi ludźmi?

O nie. Po raz pierwszy przekroczyłem próg dolnej świątyni soboru p.w. Świętej Trójcy latem 1975 roku, wracając z Wołgi w towarzystwie moich kolegów z szóstej klasy. Byliśmy chuliganami, babcie nas "zawróciły". Ale w głowie została niezwykła atmosfera, ozdoby... Za miesiąc wpadłem tam jeszcze raz. Rozpoczęła się służba. Wtedy śpiewały jeszcze w soborze nasze staruszki: Marta-lektorka, Jewdokija-dyrygentka i inne. Śpiewały spójnie, we czwórkę, na kilka głosów. Niby nic takiego, ale harmonia śpiewu cerkiewnego zrobiła na mnie wrażenie. Kolejnym razem znalazłem się w soborze, pamiętam jak dziś, szóstego grudnia. Trafiłem na służbę z polijelejem. Rozszerzony chór oraz mnóstwo świec wzbudziły we mnie jeszcze większy podziw. Ostatnią kroplą stała się moja obecność na całonocnym czuwaniu w sobotę w górnej świątyni soboru. Kiedy usłyszałem prawdziwy chór protodiakona ojca Bazylego, zobaczyłem kler, to ostatecznie stwierdziłem, że będę tu uczęszczał. Byłem strasznie ciekawy. Chór mnie po prostu przytłoczył, a sama świątynia zadziwiła. Dziecięce wrażenia od tego piękna żyją we mnie po dziś dzień.
Pewnego dnia po Bożym Narodzeniu, dobrze to pamiętam, w narodziła się u mnie myśl - przecież ludzie przychodzą tu już przez trzysta lat. Nie może być, żeby to wszystko było na daremnie. Boga nie może nie być. I ja po raz pierwszy się przeżegnałem. W ten sposób wyglądało moje nawrócenie.
Regularne uczęszczanie na wieczernie w środy, piątki i soboty (niedzielna liturgia - w miarę możliwości) nie poszły na marne. Zacząłem po cichu podśpiewywać w tych momentach, kiedy naród śpiewał "Theotokie Parthene, hiere", "Wieruju". Patrzę: duchowni zaczęli się do mnie przypatrywać. Pamiętam, jak pewnego wieczoru w piątek przed Wielkim postem diakon ojciec Borys Ławruszyn (obecnie rektor seminarium w Biełgorodzie), przechodząc z kadzidłem po raz pierwszy, zatrzymał się, spojrzał na mnie i poszedł dalej. Kadząc po raz drugi na w trakcie śpiewania pieśni "Czcigodniejszą do cherubinów" zatrzymał się i zapytał: "Do której klasy chodzisz?". Ledwie wymówiłem: "Do siódmej".- "Chcesz śpiewać w chórze?". - "Chcę". Aż gorąco mi się zrobiło. "Przyjdź jutro na lewy chór, powiedz, ojciec Borys mnie przysłał".
Na kliros wchodziłem jak na górę Tabor, bałem się na niego wstąpić... Tak zacząłem śpiewać z babciami. Przez dwa lata chodziłem. Naturalnie, przysłuchiwałem się do śpiewu na prawym klirosie. Później wzięli mnie również tam. Musiałem nauczyć się nut za pomocą podręcznika. Przecież na początku i tego nie umiałem.

Czy babcie śpiewające na klirosie znały nuty?

Nie. Ten niedobór zastępowały swoją płomienną wiarą. Śpiewające w chórze staruszki były najlepszymi przedstawicielami ówczesnej wspólnoty. Nie trzeba było im przypominać o wymogu nabożnego zachowywania się na klirosie. Odwrotnie, uczyły tego nas, młodych, będąc niesamowitym przykładem oddania sprawie. Wzorem doskonałości pod tym względem była ciocia Nina Barkowska, obecnie mniszka Neoniła w naszym żeńskim monasterze św. Aleksego. Siostra ojca Piotra Barkowskiego, niezwykle poczciwego i pokornego kapłana, posługującego w soborze Świętej Trójcy, która w ciągu czterdziestu lat była w soborze psalmistą. Nie wiem, czy się zachowała jeszcze zebrana przez nią biblioteka - szafa, zapełniona od góry do dołu materiałami hymnograficznymi: stichirami, troparionami, irmosami prawie na każdy dzień roku. Śpiewały nasze staruszki z ksiąg albo z tych kartek, napisanych przez ciocię Ninę od ręki dużymi literami. Co więcej, te teksty były przeniesione na papier z zachowaniem wszystkich akcentów i pauz, jakie są potrzebne podczas śpiewu.
Wszystkich nas, którzy przyszli wtedy do Cerkwi i zasilili potem szeregi duchowieństwa, ciocia Nina nauczyła czytać. Przez jej szkołę przeszedł również przyszły protodiakon ojciec Oleg Drozdow, także ojcowie Sergiusz Dogadin oraz Jerzy Krasnopiorow - wszyscy, którzy śpiewali u nas na klirosie. Po służbie kazała zostać, otwierała Czasosłow: "Czytaj". Czytam. "Tu akcent stoi nie w tym miejscu". Czyta sama. Otwiera w innym miejscu. I znów omawianie błędów. W ten sposób zachęciła ona do śpiewu bardzo dużo ludzi.

Takie "treningi" i próby pochłaniały przecież dużo czasu. Jaka była reakcja rodziców na wielogodzinne zniknięcia ojca?

Do pewnego czasu ukrywałem swoje zainteresowanie dzięki temu, że często nocowałem u swojej babci, która mieszkała w pobliżu Troickiego soboru. Ale pewnego razu przydarzyło się nieszczęście. Moi rodzice, należący do "średniej klasy" kierownictwa obwodu (jednostka administracyjna w ZSSR), dowiedzieli się o moich "wyprawach". Przy ich stanowisku to było jak ostry nóż na gardle. Oczywiście, podjęto niezbędne kroki. Za pośrednictwem urzędnika do spraw religii naciskano na władykę Pimen i zmuszono go, by odebrał mi możliwości śpiewania w chórze. Wydarzył się także wielki skandal. Przychodzili jacyś kagiebiści, próbowali mnie zbić z tropu opowiadaniem "o wszystkich popach, którzy byli więźniami-bandytami". Były też dochodzenia na zebraniach Komsomołu, chociaż nigdy nie byłem członkiem tej organizacji.

A więc to rówieśnicy osądzali Ojca?

To dziwne, ale nie. Młodzi w tamtym czasie mieli do Cerkwi pewny szacunek. Zresztą, nikt jej, w istocie, nie znał. Krążyły plotki o tym, że "popi są zbyt inteligentni, kończą dziesięć uniwersytetów, znają trzydzieści języków". Nic złego w porównaniu do tego, co można usłyszeć dziś... Chociaż na zebraniach klasowych koledzy byli zmuszeni mówić odpowiednie rzeczy typu: jak to możliwe w dwudziestym wieku, nie rozumiemy...
Kiedy emocje ucichły, pojechałem do Engielska, gdzie później spokojnie śpiewałem przez dwa lata w chórze Pokrowskiej cerkwi. Dopóki i tu mnie nie znaleźli. Co prawda, tym razem było mniej hałasu. Rodzice w jakimś stopniu się pogodzili. Zresztą zacząłem śpiewać również w chórze Saratowskiej opery, w którym po powrocie z wojska pracowałem jeszcze przez siedem sezonów. W 1984 ożeniłem się, a po czterech latach przyjąłem święcenia.

Wcześniej ojciec nie mógł się zdecydować?

Przed tysiącleciem Chrztu Rosji (1988 rok. przyp tłum.) to było niemożliwe. Ojciec jeszcze pracował i stawiał opór. Ale po tym, jak chirotonia jednak się odbyła, stosunek rodziców gwałtownie się zmienił. Wyjechałem w celu duszpasterskim doWołgogradu. W niedzielę odbyła się moja chirotonia, a już następnego dnia stałem przed ołtarzem w świątyni Kazańskiej w Wołgogradzie i wygłaszałem swoją pierwszą ektenię.

Co tak naprawdę ciągnęło ojca do Cerkwi? Czy było to poczucie estetyki, który raz na zawsze zakochał się w pięknie prawosławnego nabożeństwa?

Miałem odczucie, tu nie obeszło się bez Opatrzności, Anioła Stróża, czegoś nadprzyrodzonego. Przecież bez względu na to, że uwierzyłem, wątpliwości nie dawały mi spokoju jeszcze przez bardzo długi czas. W końcu, co ja wiedziałem o istocie chrześcijaństwa na początku? Nic. Ale, nie zważając na to, zawsze miałem gdzieś w środku pewność, że na wszystkie swoje pytania uzyskam odpowiedzi. I rzeczywiście te odpowiedzi znajdowałem. Na szczęście kapłani, z którymi miałem do czynienia, byli wyedukowani, zahartowani w polemicznych walkach z ateistami.
W związku z powyższym przypominam sobie przypadek z bogatej biografii cerkiewnej wspominanego już protoprezbitra Jerzego Łysienki. Pewnego razu zaczął on się dyskusję z komunistą, który twierdził, że wszyscy wierzący wiary nie mają. "Chcesz, bardzo łatwo ci udowodnię, że nie jesteś żadnym ateistą, tylko prawdziwym wierzącym człowiekiem?" - "Chcę". - "Wyobraź siebie zimą w głuchym lesie obok padłego konia, a do ciebie zbliża się wilcza zgraja. Jak będziesz krzyczał? "Karolu Marksie, pomóż! Rewolucjo, ocal!" Na pewno zaczniesz krzyczeć: "Panie, zbaw! Matko Boża, obroń!"
Wzmacniała wiarę również samokształcenie. Pewnego razu, przeczytawszy jednym tchem "Katechizm" św. biskupa Filareta (Drozdowa), pożyczony mi na trzy dni, przepisałem go do zeszytu. Książek przecież nie było. Czerpaliśmy wiedzę nawet ze słowników ateistycznych. Zawsze odczuwałem, że to jest moje, że muszę znajdować się w prawosławnym środowisku, że jest ono bardzo bliskie. Uczucie to z roku na rok tylko się wzmacnia.

Czemu mając tak obszerną wiedzę o liturgii i takie doświadczenie do tej pory nie został Ojciec kapłanem?

Każdy człowiek powinien dawać najwięcej z siebie na odpowiednim miejscu, zajmując się tym, do czego jest powołany. Wszelkiego rodzaju posługa w Cerkwi jest czcigodna i błogosławiona przez Pana. Pan przysyła do nas młodych ludzi. Cieszę się z tego, że u nas obecnie stosunek do śpiewu cerkiewnego się zmienił. Nieźle śpiewają w Pokrowskiej świątyni. Pojawiła się u nas pewna stabilność. W takiej atmosferze zawsze jest możliwość wyboru i wychowania dobrych diakonów oraz protodiakonów.

Czy chciałby Ojciec, żeby Ojca synowie poszli drogą ojca, oddając siebie posłudze dla Kościołowi?

Przed rewolucją w Rosji stan duchowny przechodził z pokolenia, na pokolenie tzn. ojciec przekazywał parafię synowi. Dziedziczność nie była oczywiście przymusem, jednak priorytetem wtedy było „dziedziczenie” parafii. A jaki będzie mój syn? Któż to wie. Oczywiście, każdemu ojcu jest miło, kiedy syn kroczy jego śladami. Nie miałem jednak nigdy na celu wychować ich na posługujących przy ołtarzu. Taki wybór, moim zdaniem, powinien być głęboko przemyślany. I to jest powołanie.
Wiem, że dużo księży stawia przed sobą taki cel. Doświadczenie jednak uczy, że nie zawsze zostaje on osiągnięty. Mam nadzieję, że wychowałem swoich synów na dobrych chrześcijan. A dalej niech sami wybierają sobie drogę. Starszy syn uznał za najlepsze dla siebie dostanie się na Wydział Historii naszego uniwerystytu. Niech mu Bóg pomaga!

Czy na jego wybór wpłynęło w jakiś sposób Ojca zainteresowanie historią?

Niewątpliwie. Zawsze lubiłem historię, szczególnie historię Rosji. Myślę, że zdołałem przekazać to poczucie również jemu. Ale jednakowo mocno interesuje mnie astronomia. Lubię mając wolny czas penetrować teleskopem niebo. Trzy lata temu zrobiłem porządną maszynę o dużym powiększeniu. A zaczęło się wszystko w dzieciństwie, kiedy zacząłem orientować się w tym, co to jest niebiański południk. Wiecie, jak to bywa: natrafiłem przypadkiem na odpowiednią książkę, wzbudziło się we mnie zainteresowanie... Zachwyt od obserwowania sfer niebiańskich czuję do dziś. Odczucie to porównać można do wrażenia po przesłuchaniu dobrego koncertu muzyki klasycznej, organów. Do tego ogromne zdziwienie i wzruszenie. Codzienne kłopoty stają się małostkowymi, nie godnymi uwagi. Kiedy się obserwuje niebo z bliska, widać odbłysk boskiego piękna i mądrości. Prawdziwe są wypowiedziane kiedyś słowa: "Stwórcę widać w Jego stworzeniach".

Źródło: www.deacon.ru

— tłum. Andrzej Nieścierowicz, Szymon Krzyszczuk

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Polecane przez czytelników

z ostatniego kwartału
wszystkie →

Najnowsze ze świata

wszystkie →