śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 13 sierpnia 2015

„Żeby Bóg mógł nam pomóc, trzeba żyć po bożemu” - rozmowa z przyszłym kapłanem z Kosowa

Prezentujemy Państwu rozmowę z Jovanem Cvetkoviciem, przyszłym kapłanem z Kosowa.

0 czytelników poleca

Prezentujemy Państwu rozmowę z Jovanem Cvetkoviciem, przyszłym kapłanem z Kosowa.

W miejscowości Pasjane pokazano film „Enklawa” Gorana Radovanowicia. Smutna ironia: premiera „Enklawy” w serbskiej enklawie! Widzów – pełna sala. W większości dzieci, pomimo dosyć późnej pory. Dorośli zajęli tylne rzędy. Projekcja filmu, mówiącego o życiu Serbów w warunkach okupacji, upłynęła w pełnej ciszy – tylko pod koniec słychać było płacz. „Enklawę” nakręcono mistrzowsko – gra aktorów nie tylko robi wrażenie, ale zachwyca. Przy okazji, sami aktorzy stoją tutaj. Oto Filip Šubarić, odtwórca głównej roli, peszy się: chłopak dopiero zaczął przywykać do popularności, uścisków dłoni, owacji – już cała Serbia oklaskiwała film. Filip pochodzi z Štrpce, niedalekiej kosowskiej wsi, ale teraz żyje w Belgradzie.

– Mam wielką nadzieję – mówi – że ten nasz film pomoże, żeby tu, w Kosowie, wszyscy ludzie żyli w pokoju. Wszyscy ludzie. – Ciężko było grać w filmie – Nie to słowo! Chociaż pogromu z 2004 roku nie pamiętam – mały jeszcze byłem – a ci dorośli – oni tak, oni wiedzą. – A gdzie film był nagrywany? Tutaj, w Kosowie? – Nie, w Centralnej Serbii. Tu, na pewno, póki co, jest trudno. – Ostatnie słowa filmu: „Serbie, wracaj!” – wypowiedziane przez Albańczyka, który uratował twojemu bohaterowi życie przed tym, jak zmuszony był uciekać do Belgradu. Jak myślisz: to nie tylko piękne słowa wywołujące łzy, ale oparte na rzeczywistych uczuciach? – Mam na to wielką nadzieję. Wybaczcie, musimy już jechać dalej – teraz premiera w Partešu!

Opowiadać o filmie, z pewnością, nie warto: on jest w programie XXXVII Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Moskwie i 20 czerwca pierwszy z filmów będzie prezentowany w kinach Moskwy. Jeśli pojawi się możliwość obejrzenia – proszę, koniecznie obejrzyjcie: wyjaśni się wiele o życiu i Serbów, i Albańczyków w Kosowie w obecnych warunkach. Główna myśl filmu, według mnie, zawiera się w tym, że praktycznie każdy naród i każdego człowieka można doprowadzić do szaleństwa, do nieludzkiego stanu, myśli i działań. I że powrót do ludzkiej godności możliwy jest tylko przez współczucie dla drugiego – niech na początku wydaje się innym, obcym, ale stopniowo stającemu się bliskim tobie człowiekiem.

Film był omawiany długo, gorąco – Serbowie dobrze to umieją. Na uboczu jeden stoi w zamyśleniu. – A ty czemu nie kłócisz się? – Nie, ja chcę pomyśleć, rozważyć całą tę sprawę. Nazywam się Jovan. Tak zapoznaliśmy się z Jovanem, studentem wydziału teologii Uniwersytetu w Belgradzie. Wymieniliśmy się telefonami, dogadaliśmy się spotkać przy okazji w Belgradzie. Okazja pojawiła się szybko, za tydzień: Jovan pomagał w cerkwi św. Sawy podczas odprawiania tam liturgii przez Świątobliwego patriarchę Ireneusza w dzień pamięci spalenia przez Turków relikwii świętego – Serbowie także z tragedii mogą zrobić święto. Po nabożeństwie i skromnym (naprawdę, skromnym!) patriarszym obiedzie był czas na krótką rozmowę w domu parafialnym. Tam też porozmawialiśmy.

***

– Jovan, spotkaliśmy się z Tobą w Kosowskim Pomoravlju, w Pasjane. Co Ty, student wydziału teologicznego Uniwersytetu w Belgradzie, robisz w Kosowie i Metochii?

– Po prostu urodziłem się w Kosowie i Metochii, a Pasjane to moja rodzinna wieś. Tam mieszka moja rodzina, mój starszy brat, a ja z młodszym uczymy się teraz w Belgradzie. Żyję tu, w stolicy, już kilka lat, ale jak tylko pojawia się możliwość, zawsze jadę do ojczyzny – to logiczne. Dusza i serce wzywają do ojczyzny: nasz naród tam jest dobry i miejsca są piękne – sam widziałeś. Oprócz tego, i Ty to bardzo dobrze wiesz, naszemu narodowi w Kosowie jest niezbędna pomoc, nadzieja – temu też uczę się na kapłana, aby po ukończeniu wydziału teologii służyć Świętej Cerkwi tam, w Kosowie.

– Z jakimi uczuciami, myślami przyjeżdżasz do domu?

– Z różnymi. Najczęściej – smutnymi. Sądzę, że ogromnym wsparciem dla Serbów żyjących w Kosowskim Pomoravlju będzie kult nowej męczennicy Bosiljki Pasjańskiej, która swoim trudem duchowym daje siłę i nadzieję na przezwyciężenie naszych licznych cierpień na dawnej serbskiej ziemi. Niestety, nie mogę powiedzieć, że duchowy stan naszego narodu w Kosowie i Metochii można nazwać pomyślnym, idealnym. Dlatego władyka Teodozjusz zaproponował zaliczyć do świętych naszej Cerkwi imię tej nowej męczennicy, sądząc, że przykład jej życia pomoże wielu Serbom przeżyć cierpienia, próby wiary w miłość Chrystusa i Jego pomoc.

Nazywamy Kosowo i Metochię „serbską Jerozolimą”, świętą ziemią Serbów, znowuż, będzie logiczne, jeśli to będą nie tylko pobożne deklaracje, ale słowa potwierdzane przez życie ludzi, którzy się tam znajdują. To znaczy, na świętej ziemi należy żyć odpowiednio. Pamiętam, pewnego razu do naszej wsi przyjechał Świątobliwy Patriarcha Paweł: była Liturgia, wielu przystąpiło do Pryczastia– było prawdziwe święto! Ale dla kształtowania się prawdziwego chrześcijańskiego życia, moim zdaniem, potrzebna jest stałość w Chrystusie –pojedynczymi, rzadkimi świętami, nawet i radosnymi, sprawy się nie załatwi. Potrzebna jest stałość, świadomość, że ty i twoje problemy nie są Bogu obojętne, że przed twoimi oczami jest przykład przeżycia cierpień. Przy czym ten przykład daje ci człowiek, który żył całkiem niedawno w twojej wsi, którego krewnym się okazujesz albo którego rodzina – to twoi sąsiedzi. Kiedy Bosiljka żyła w Pasjane, życie Serbów ani na trochę nie było lżejsze od dzisiejszego: XIX wiek, jarzmo osmańskie, potem – Arwanici-Albańczycy, coś w rodzaju janczarów – jeszcze gorsi niż Turcy. Dzisiaj możemy zrobić proste porównanie z tym niedawnym czasem i dojść do wniosku: tylko z wiarą w Boga, my, Serbowie, możemy przetrwać. Będziemy prawosławnymi – i ziemia, na której żyjemy, będzie prawosławna nie w deklaracji – nostalgicznie, a faktycznie. Dlatego przykład nowej męczennicy Bosiljki Pasjańskiej powinniśmy mieć w pamięci.

Oczywiście, w Kosowie i Metochii bardzo niezbędne jest duchowieństwo, które pomagałoby ludziom, karmiło ich duchowo – właśnie organizowany jest fundusz, który będzie wspierał studentów-absolwentów duchownych uczelni w Serbii, którzy służą w Kosowie. Nie zwykłych studentów, a prymusów, czyli takich, którzy poważnie odnoszą się do wybranej służby.

– Serbia, tak jak Rosja – to tradycyjnie prawosławny kraj. Być może nieprzyjemnie jest mówić o tym, ale czasami wydaje mi się, że „tradycji” jest więcej niż Prawosławia, jeśli rozumiesz, o co mi chodzi.

– Z zewnątrz Serbowie są prawosławni, to fakt. I ikon jest wiele: w domach, sklepach, kafanach – wszędzie. I przeżegnają się kilka razy przed tym, jak wypiją łyk rakii, i czotki noszą na rękach, i jest obecnych wiele innych zewnętrznych oznak Prawosławia. Ale – jak sprawa ma się nie na zewnątrz, a wewnątrz? Tu jest problem, i to duży, mówię poważnie. Można, oczywiście, winić za to komunistyczny okres historii Serbii, kiedy ludzi odrywano od Cerkwi. Mama mi mówiła, że jej dziadek znał na pamięć Biblię, będąc wychowanym w starej prawosławnej rodzinie – a zapytajcie teraz dowolnego człowieka w Kosowie, czy zna on Biblię albo chociaż poranne lub wieczorne modlitwy na pamięć – on na was popatrzy, na pewno, ze zdumieniem. Można winić, ale i o własnej odpowiedzialności nie wolno zapominać: powinniśmy poważnie zająć się chrześcijańskim wychowaniem, jeśli chcemy być chrześcijanami. Najważniejsze jest to, co wewnątrz. Właśnie tym wewnętrznym wychowaniem powinniśmy się zajmować, tak sądzę.

– Czy Serbska Cerkiew ma autorytet w społeczeństwie?

– Politykom teraz nie wierzą, tak sądzę. A Cerkwi – wierzą, i jest bardzo ważne, żeby Cerkiew zachowała to poważne zaufanie do siebie, nie zawiodła go. Teraz w kosowskim monasterze Draganac jest ihumen Hilarion, dzięki Bogu, że on tam jest: człowiek, który wszystkie swoje talenty wykorzystuje na służenie Chrystusowi i Jego Cerkwi. Znany w przeszłości belgradzki aktor, nawiasem mówiąc – po wstrząsie, który wydarzył się z nim, gwałtownie zmienił swoje życie, został mnichem, a teraz służy w Kosowie.

Chrześcijańskie oświecenie jest potrzebne wszystkim Serbom, jak również, z pewnością i innym narodom – szczególnie to widoczne po sytuacji w Kosowie i Metochii. Tam jest po prostu żywotnie niezbędne.

– Czy wielu absolwentów seminariów, wydziału teologicznego, chce służyć w Kosowie? Są u nich takie chęci, według Ciebie?

– Nie, niewielu. Nie tak wielu studentów z Kosowa i Metochii uczy się w seminariach, których można by było wysłać do służby w domu. Ale wiele razy mniej jest tych, którzy urodzili się w Centralnej Serbii, i jak ojciec Hilarion, rzuciliby wszystko i pojechali służyć w straszną niewiadomą. Ludzie po prostu nie znają całej sytuacji w Kosowie, nie znają tamtejszych mieszkańców, ich mentalności. Oprócz tego, tam może być też niebezpiecznie – więc się boją. A trzeba przecież być w całości swoim: i ludzi rozumieć, i ziemię czuć jak swoją ojczystą – wtedy to będziesz prawdziwym pasterzem na polu Chrystusowym. Przykład ojca Hilariona nazwałbym więc jedynym w swoim rodzaju.

– Czy można powiedzieć, że Serbowie, żyjący w Kosowie, odróżniają się od innych Serbów?

– Na pewno można, zwłaszcza po okupacji kraju. Wydaje mi się, że ci, którzy żyją w innych częściach Serbii, spotykają się z takimi samymi wyzwaniami, co mieszkańcy innych krajów, a kosowscy Serbowie są zmuszeni rozwiązywać trudności innego rodzaju. Zaczynając, na przykład od tego, że status materialny kosowskich Serbów jest o wiele gorszy, niż w innych rejonach kraju – już nie mówię o organizowaniu kulturalnego życia: bibliotek, kin itp. Oprócz tego tutejsi, nazwijmy ich „pokojowi”, Serbowie nie doświadczają tego potwornego nacisku, który jest wywierany na ich braci tam, za Ibarem. Tutaj problemy są znane: bezrobocie – wypłata – gospodarka komunalna – dokąd pojechać odpocząć – wszystko tak jak u was, w Rosji. A tam, w Kosowie, sami pamiętacie: przed bezrobociem zawsze należy postawić, tak uważam, chociażby zwyczajne i naturalne bezpieczeństwo człowieka – o tym, dokąd pojechać odpocząć, i czy w ogóle pojechać, pytania z zasady się nie stawia. Oto jakie „drobiazgi” odróżniają dzisiaj Serbów od Serbów, według mnie. Ale to bynajmniej nie znaczy, że zapominamy o sobie nawzajem i czujemy się rozdzielonym narodem: w naszych cerkwiach zawsze na ektenii czytana jest specjalna prośba o cierpiących braciach w Kosowie i Metochii. Naród jest jeden, po prostu doświadczenia różne: jedne w Nowym Sadzie i Niszu, inne w Prizrenie i Prisztinie. Co zaś tyczy się mentalności, to, myślę, kosowscy Serbowie są bardziej pokorni, zwarci i wytrzymali – być może, lepiej przywykli do cierpień. Żeby Bóg mógł pomóc, trzeba zachowywać się godnie Jego pomocy, trzeba żyć po bożemu.

Co jeszcze nas odróżnia? Ano, jakieś dialektyczne szczegóły – to jasne. Nasza mowa jest bardziej konserwatywna – używamy więcej starych zwrotów i słów niż miejscowi, belgradczycy. Jesteśmy też bardziej prostolinijni, jak mówią u nas: što na um, to na drum [dosłownie „co przychodzi do umysłu, to na bęben”; przenośne znaczenie odnosi się do mówienia tego, co się myśli, bez zastanowienia].

– U nas mówią „co na myśli, to i na języku”, ale to bynajmniej nie jest pochwała…

– A, wiem, to o pijanych! Ale u nas z tym prościej, u nas piją o wiele mniej. Nie, tu chodzi o otwartość człowieka: nie będzie on dyplomatycznymi frazami upiększać swojej niezgody, po prostu powie ci swoje zdanie i tyle.

– Często bywam w Kosowie, przyglądam się życiu i Serbów, i ich sąsiadów. Nie mogę powiedzieć, że jestem zachwycony. Jak myślisz, pokojowe współżycie Serbów i Albańczyków jest możliwe?

– Nie można zapominać, że Albańczycy – to także ludzie stworzeni przez Boga. I także do nich zwrócone jest słowo Chrystusa. Oto niektórzy nasi studenci uczą się języka albańskiego, aby prowadzić chrześcijańską misję w tym narodzie. Niestety, w przeszłości w większości chrześcijańskiego, prawosławnego. I żadnej nienawiści we mnie, Serba z Kosowa, do Albańczyków nie ma – ci, którzy żyją wstrętnie, godni są współczucia z powodu utraty Bożego obrazu; nienawiści godne są ich grzechy (jak i nasze), ale nie sami ludzie. Przecież wiemy, że doprowadzić do szaleństwa można zarówno pojedynczego człowieka, jak i całe narody – historia XX wieku doskonale to pokazuje. Myślę, że dobrą pomoc w uzdrowieniu z szaleństwa może okazać to samo chrześcijańskie oświecenie, o którym z tobą mówiliśmy, chrześcijańska misja, modlitwa i kultura. Weźmy monaster Wysokie Deczany: tamtejsi mnisi często przyjmują Albańczyków, którzy przychodzą pomodlić się do tego świętego klasztoru, pokłonić się relikwiom świętego Stefana Deczańskiego. Czytają im modlitwy po albańsku, rozmawiają z nimi, pocieszają, modlą się razem. Przychodzą i Albańczycy-muzułmanie: mnisi rozmawiają z nimi o wierze, objaśniają Prawosławie. W ostatnim czasie Albańczycy zaczęli coraz częściej prosić o tekst pokajanego Psalmu 50. – czy to nie daje nadziei na nastanie pokoju – zarówno w duszach ludzi, jak i na ziemi, gdzie żyją? A są też tajni prawosławni chrześcijanie wśród Albańczyków w Kosowie – w samej Albanii po prostu.

– Mówiłeś o męczennicy Bosiljce Pasjańskiej, twojej rodaczce, można powiedzieć. Proszę, opowiedz więcej o niej.

– Po prostu zacytuję trochę z niedawno opracowanego żywota świętej męczennicy:

„W Pasjane, starej serbskiej wsi niedaleko Gnjilane, znanej już w średniowieczu, żyła pobożna rodzina Rajčić. W rodzinie rosła córeczka Bosiljka, odznaczająca się łagodnym usposobieniem i pokorą, pracowitością i posłuszeństwem rodzicom. W święta razem z rodzicami chodziła na nabożeństwa, a wieczorami modliła się przed domowymi ikonami Bogurodzicy i świętej Paraskiewy (serb. Petka).

Kiedy miała 17 lat, Bosiljka razem z rodzicami poszła pierwszy raz w Gnjilane na święto św. Apostoła i Ewangelisty Jana Teologa, gdzie zbierali się ludzie z całego Pomoravlja. Chodziła na pielgrzymki do monasteru Draganac, znajdującego się niedaleko.

Bosiljka była bardzo piękna, wielu chciało pojąć ją za żonę. Nieczystą namiętnością do niej zapłonął pewien Arwanita-muzułmanin z sąsiedniej wsi i zechciał ją porwać. Kiedy Bosiljka pracowała w lesie razem z ojcem i bratem, przygotowywała drewno na zimę, trzech niechrześcijan, zakrywszy twarze, jak dzikie zwierzęta rzuciło się na nią, strzelając do ojca i brata. Bosiljkę porwali oni i odprowadzili do swojej wsi, gdzie trzymali ją w zamknięciu.

Turecka władza była przychylna Arwanitom i odmówiła prawosławnym pomocy. Tymczasem porywacze wyczekiwali i mieli nadzieję, że przestraszona dziewczyna pogodzi się z losem i wyjdzie za mąż za niewiernego, wstydząc się krewnych i znajomych. Ale wiara dziewczyny była silniejsza od ich haniebnych nadziei: Bosiljka stanowczo odmówiła przyjęcia islamu, nie zważając, że przyjęcie go zapewniało jej i ziemskie bogactwo, i sympatię porywaczy. Wszystkie obiecanki i obietnice słodkiego życia odrzucała, oddając się Bożej miłości i mając nadzieję na zbawienie. Męczyli ją, poddawali cierpieniu – ona cierpiała i modliła się, mając Pana w sercu i z modlitwą na ustach pokonywała wszystkie pokusy. Porywacz zrozumiał, że nie zostanie jego żoną i poddał ją strasznym mękom. Przyprowadzili też do niej starą sturczoną Serbkę, która namawiała Bosiljkę, aby nie gubiła swojej młodości, ulitowała się nad rodzicami i przyjęła islam. Bosiljka odpowiedziała:

– Mam swoją wiarę i innej nie potrzebuję! Mam swojego Oblubieńca – Chrystusa. I nie wyrzeknę się Go, tak jak ty – żal mi cię!

– Weź chociaż jedzenie i wodę, została z ciebie skóra i kości – powiedziała starucha.

– Pan karmi mnie i poi – odpowiedziała Bosiljka.

Porywacz, czując się ośmieszonym i poniżonym, widząc, że krucha dziewczyna gardzi mękami i pozostaje wierna Chrystusowi i wierze swojego narodu, postanowił zabić Bosiljkę: we trzech razem ze swoimi krewnymi pocięli Bosiljkę nożami, krzycząc: „śmierć Serbce!” A męczennica odpowiedziała:

– Dla mnie to nie śmierć, a życie, to wy umieracie na zawsze!

Tak zginęła Bosiljka. Jej ciało odnaleźli później prawosławni. A jej matka, jak mówią, powiedziała na pogrzebie: „Jestem dumna, że moja córka jest u Chrystusa”. Dzisiaj relikwie Bosiljki znajdują się w wiejskiej cerkwi w Pasjane”.

Oto taka historia. Mam nadzieję, że dzięki modlitwom świętej męczennicy i Serbowie będą zachowywać Prawosławie, i Albańczycy odkryją dla siebie Chrystusa – u Boga przecież nie ma niczego niemożliwego. Jeśli my, prawosławni, będziemy żyć tak, jak tego wymaga Chrystus, to i nasi sąsiedzi zobaczą Jego światłość.

Z Jovanem Cvetkoviciem rozmawiał Piotr Davydov. 16 czerwca 2015 roku. pravmir.ru

— Tłum. Michał Diemianiuk

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze ze świata

wszystkie →