Na przełomie lipca i sierpnia (27.07 – 07.08.2004) 20-osobowa grupa członków i sympatyków Bractwa św.
Na przełomie lipca i sierpnia (27.07 – 07.08.2004) 20-osobowa grupa członków i sympatyków Bractwa św. Grzegorza Peradze odbyła 10-dniową pielgrzymkę do Gruzji. Idea pielgrzymowania do Gruzji urodziła się chyba razem z samym bractwem – jego patron stamtąd właśnie pochodzi. Co więcej, Gruzja to nie jest jakiś tam kraj na granicy Europy i Azji, położony w ciągle nękanym wojnami Kaukazie. Gruzja jako drugi kraj na świecie stała się krajem chrześcijańskim (tuż po Armenii). Naród ten przyjął chrzest na początku IV w. (tj. sześć wieków wcześniej niż Polska). Co ciekawe, stało się to za sprawą kobiety – świętej Nino.
Prawdziwie renesansowy rozkwit w XII i XIII w. (gruziński renesans jest o dwa wieki wcześniejszy niż włoski) kraj zawdzięcza również kobiecie – carycy Tamarze. Jednak – w odróżnieniu od powyższych – chyba nie wszystkie gruzińskie tradycje przypadłyby do gustu feministkom: do cerkwi bez chustki i długiej spódnicy ani rusz.
Do cerkwi... no właśnie. Typowa gruzińska cerkiew pochodzi z XII lub XIII w. (podkreślam: typowa – odwiedzaliśmy również cerkwie z VI w.). Jest to kamienna budowla. Wewnątrz posiada nieduży w porównaniu z naszymi ikonostas, zawierający tylko jeden rząd, kilku zaledwie, ikon. Ta uboga jakby konstrukcja ikonostasu wynika z faktu, że w Gruzji nie było ikonoklazmu, a w związku z tym nie było też potrzeby podkreślania kultu ikon. O ile w ikonostasach ikon nie dużo, o tyle ściany i sufity cerkwi w całości pokryte są ikonami; freski niektórych cerkwi pochodzą nawet z XII w. (np. Gelati). Straszną krzywdę wyrządzili Gruzinom Rosjanie, kiedy w XVIII w. zaanektowali kraj. Wiele cerkwi zostało wtedy wewnątrz wybielone wapnem (!), tylko dlatego, że gruzińskie freski były obcą dla Rosjan tradycją.
Co jeszcze można uznać za charakterystyczne dla gruzińskich cerkwi to ich malownicze położenie: na ciemnozielonych zboczach górskich - jak monaster w Gelati, albo na szczycie góry - jak cerkiew Dżwari w Mcchecie, czy monaster Świętej Trójcy w Kazbegi. Zresztą, Gruzini budowali cerkwie nie tylko na ziemi - oni je także rzeźbili w skałach, pod ziemią.
Niesamowitym tego przykładem jest Vardzia – skalne miasto z XII/XIII w., w którym oprócz głównej cerkwi, znajdującej się we wnętrzu góry, było też kilka mniejszych kaplic. Po dziś dzień funkcjonuje tam klasztor i w niektórych skalnych celach „normalnie” mieszkają mnisi. Pięknie wygląda to wieczorem, kiedy hen wysoko w górze, w skalnych okienkach migoczą płomyki świec.
Większość z tego cośmy w Gruzji zobaczyli lub przeżyli trudno oddać teraz słowami, ale chyba najmniej jest to możliwe w przypadku gruzińskiego śpiewu – zarówno cerkiewnego, jak i ludowego. Parafrazując pewną autorkę trzeba by rzec: ja nie wiedziałam, że można tak śpiewać! Lecz cóż, lata, stulecia i tysiąclecia praktyki robią swoje. Niedzielną liturgię, zaśpiewaną przez trzy zaledwie osoby w cerkwi klasztoru Sapara, chyba wszyscy uznali za wyjątkową. Dzięki uprzejmości biskupa Lagodekhi, Sergiusza, mogliśmy przez kilka godzin zachwycać się śpiewem młodzieżowego chóru Nekresi. Był to chór męski dyrygowany przez kobietę. Śpiewali po prostu cudnie. Wszyscy mamy nadzieję, że uda się zaprosić ich do Polski. Choć przyznać trzeba, że nie do przecenienia byłaby tu pomoc sponsorów.
Obraz Gruzji byłby niepełny bez wspomnienia o gruzińskiej gościnności. Spotykaliśmy się z nią w klasztorach i domach prywatnych. Nie miało znaczenia, czy nasza wizyta była wcześniej zapowiedziana, czy nie. W każdym przypadku można się było poczuć jak długo oczekiwany gość, który godzien jest wszystkiego, co dom ma najlepsze.
Dzięki uprzejmości i zaangażowaniu organizatorów mogliśmy spotkać się z samym patriarchą Gruzji, Eliaszem II. Było to bardzo ciepłe spotkanie. Patriarcha interesował się sytuacją prawosławia w Polsce, ale także naszymi wrażeniami z pobytu w Gruzji. Opowiadał m.in. o budowanej właśnie największej gruzińskiej cerkwi, pw. Świętej Trójcy, której wyświęcenie planowane jest na 23 października tego roku. Ta budowa – obecnie największa w Tbilisi – w pewien sposób odzwierciedla sytuację w kraju. W sferze gospodarczej, materialnej panuje kryzys, widać to m.in. na stołecznych ulicach. Jednakże w Kościele, w sferze duchowej jest wręcz przeciwnie: rozwija się życie monastyczne, w cerkwiach nie brakuje młodych ludzi, budowanych jest wiele nowych cerkwi. Tu są powody do radości.
Nasz pobyt w Gruzji zorganizowany został przez biuro pielgrzymkowe przy Gruzińskim Patriarchacie. Natomiast wszelkimi potrzebnymi do załatwienia sprawami w Polsce, jak również przedwyjazdowym kontaktem z biurem zajmowała się szefowa naszej grupy, pani Walentyna Perzyńska. Opiekunem duchowym był ksiądz Henryk Paprocki.
Czy da się jakoś podsumować te 10 dni? Jeśli miałoby to być jedno zdanie, to tylko takie: Wróćmy tam za rok! – jeżeli nie uda się wcześniej.
zdjecia: Andrzej Markowski, Mirosław Fiedorczuk
— Justyna Jakubowska
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.