śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 17 listopada 2013

Archiwalna rozmowa z ks. Rościsławem Sołopenko

Dziś w Rosji w wypadku samochodowym zginął ks.

0 czytelników poleca

Dziś w Rosji w wypadku samochodowym zginął ks. Rościsław Sołopenko. Duchowny był przez wiele lat proboszczem parafii w Lidzbarku Warmińskim w Diecezji Białostocko-Gdańskiej. Był dobrze znany wielu prawosławnym wiernym w Polsce. W związku z jego śmiercią prezentujemy wywiad, jakiego o. Rościsław udzielił w 2005 roku gazecie „Spas”.

Z ojcem Rościsławem Sołopenko, proboszczem prawosławnej cerkwi Piotra i Pawła w Lidzbarku Warmińskim, (województwo warmińsko-mazurskie) zapoznaliśmy się na skraju tej miejscowości w pensjonacie „Leśne Zacisze”. Przyjechał on tu, by odwiedzić dzieci ze szkoły z Kaliningradu, które przyjechały tu na wakacyjny odpoczynek. Starym zniszczonym volkswagenem przywiózł on dzieciom jabłka, pomidory i inne dary hojnego w tym roku urodzaju. Wraz z nim przyjechali: matuszka Małgorzata, syn i córka. Między nami zawiązała się ciekawa rozmowa.

Jak u wielu, do prawosławnej wiary przysposobiła mnie babcia – rozpoczął swoją opowieść o. Rościsław – Urodziłem się w Kijowie w 1974 roku, ale do Ławry czy do innych cerkwi, których wiele było w mieście w czasach sowieckich, chodziłem tylko w Paschę i w inne większe święta cerkiewne. Oczywiście, w domu były ikony, babcia modliła się, ale byłoby dużą przesadą, gdybym powiedział, że już wtedy byłem nasycony wiarą w Boga. Babcia również nie namawiała specjalnie, żebyśmy wraz z bratem, siostrami i rodzicami chodzili do cerkwi, a i czasy były wówczas ateistyczne. Ale myślę, że to dzięki jej modlitwom, już w latach 90-tych i ja i moje siostry zbliżyliśmy się do Boga.

Jak rozpoczęła się ojca świadoma droga do Cerkwi?

Ukończyłem szkołę i wstąpiłem do Kijowskiej Akademii Rolniczej, którą skończyłem w 1995 roku. Nad wiarą nie zastanawiałem się wówczas szczególnie. Chociaż już wtedy nie lubiłem hałaśliwego towarzystwa i praktycznie nie chodziłem na imprezy i dyskoteki. Zajmowałem się sportem, głównie ciężką atletyką, wtedy modna była kulturystyka. Również zacząłem trenować, ćwiczyć mięśnie. W rezultacie zapadłem na ciężką chorobę serca. Werdykt lekarzy – inwalida na całe życie. Na początku było bardzo ciężko, przezwyciężyły niechęć i smutek. Próbowałem różnych metod leczenia – medycyny ludowej, leków. Zacząłem również odwiedzać cerkiew przy stacji metro „Moskowskaja płoszczad’”. Pod koniec drugiego roku czułem się niewygodnie, jeśli choć raz w tygodniu nie byłem na nabożeństwie. Zacząłem się spowiadać, przyjmować Eucharystię. I choroba zniknęła! Czyż to nie był cud?

Czy to nie wtedy dojrzała decyzja, by poświęcić swoje życie na służbę Bogu i zostać prawosławnym kapłanem?

Nie, do tego było jescze daleko. Bóg dał, że wraz z innymi studentami po czwartym roku pojechałem popracować do Anglii – na zbiorach w gospodarstwach. Trafiłem do miasta Canterbury na południu kraju, w hrabstwie Kent, gdzie znajduje się słynne opactwo. W pierwszym roku pobytu w Anglii tylko zarabiałem pieniądze, w kolejnym zaś, zdobywszy już w akademii specjalizację inżyniera agronoma, skierowałem się tam, by studiować ogrodnictwo. Naukę odbywałem w filii Uniwersytetu Greenwich w odległości 50 kilometrów od Londynu. Tam znajduje się prawosławna cerkiew, której proboszczem był wówczas metropolita surożski Antoni Bloom.

Pojawiło się radosne uczucie kontaktu ze współwyznawcami w obcym kraju. Przy czym nie tylko z rosyjskimi. Dużo było również prawosławnych Anglików. Czułem, że znajduje się coraz bliżej i bliżej Boga.

Koniec końców nastąpił poranek, który bardzo wyraźnie zapadł mi w pamięci. Pamiętam, siedzę w akademiku i rozmyślam: albo rozpłynę się w tym środowisku, jak zdecydowana większość studentów wokół mnie, stoczę się po równi pochyłej braku duchowości i rozpusty, albo wybiorę drugą drogę w swoim życiu. Nie inaczej, jak dzięki modlitwom moich sióstr, które nieustannie modliły się za mnie w Kijowie, przyszło to oświecenie. Pojechałem do prawosławnego kapłana – ojca Bazylego – do Oksfordu, długo z nim rozmawiałem o nękających mnie problemach. Bardzo pomógł mi on spojrzeć na moje życie na nowo.

W ten sposób skończył ojciec z ogrodnictwem...

Nie od razu. Mimo wszystko nie chciałem od razu rzucać nauki i pracy. Ponadto jakiś czas później poznałem Małgorzatę – studentkę z Polski. Z katolickiej wiary przeszła ona na prawosławie. Wzięliśmy ślub. W cerkwi stałem się już swoim człowiekiem. Po tym, jak zakończyłem naukę w Anglii, mój ojciec duchowy, ihumen Kijowsko-Pieczerskiej Ławry, udzielił mi błogosławieństwa na wstąpienie do Prawosławnego Seminarium Duchownego w Warszawie. Uczyłem się tam zaocznie i jednocześnie służyłem w jednej z cerkwi w Olsztynie.

A jak ojciec trafił do Lidzbarka Warmińskiego?

O przyjęcie tej parafii prosił mnie ojciec Aleksander Szełomow, który opiekował się wtedy duchowo prawosławnymi wiernymi odbywającymi służbę w Marynarce Wojennej. Parafie w takich miejscowościach są małe. Było dużo wątpliwości czy się sprawdzę, ale mimo wszystko zdecydowałem się. I dlatego od 2002 roku tu służę.

Jak ojciec zaczynał?

Mój poprzednik był proboszczem prawie trzynaście lat, dlatego dużo było już zrobione, nie od zera zacząłem tu służbę Bogu. Cerkiew była wzniesiona na początku XIX wieku przez znanego architekta Schinkla. Do 1945 r. była to ewangelicko-luterańska kircha, później przekazana prawosławnym. Sam budynek jest drewniany, wymaga stałej opieki, wiele razy był remontowany.

Ale spotkałem się z taką sytuacją, że wielu mieszkańców miasta w ogóle nie wiedziało, że jest to funkcjonująca cerkiew. Przed moim przybyciem nabożeństwa odprawiane były przy zamkniętych drzwiach, parafianie, których było bardzo mało, chyba czegoś się bali, starali się jak najmniej zwracać na siebie uwagę. Problem w tym, że większość prawosławnych była przeniesiona tu po wojnie z zachodnich części Ukrainy w rezultacie akcji „Wisła”. I jak widać, z tamtych czasów został strach.

Wraz z moim przyjściem liturgie zaczęły być sprawowane przy otwartych drzwiach, obowiązkowymi stały się procesje wokół cerkwi w święta. Wcześniej odbywały się one wewnątrz świątyni, co w ogóle było dla mnie dziwne.

Jak mieszkańcy miasta, których większość jest katolikami, odnieśli się do ożywienia życia prawosławnych w waszej parafii?

Muszę powiedzieć, że ludzie są tu dobrzy. Ani razu nie miały miejsce żadne ekscesy czy przejawy nieżyczliwości. Co więcej, [ci ludzie – przyp. tłum.] zaczęli przychodzić do naszej cerkwi i z zaciekawieniem oglądać jej wewnętrzny wystrój, ikony. Nabożeństwa odbywają się u nas głównie w niedziele i dni cerkiewnych świąt, ale każdy, kto chce, może do mnie zadzwonić (telefon wisi na drzwiach cerkwi), jeśli trzeba pilnie sprawować sakrament.

Czy posty u prawosławnych wiernych w Polsce w jakiś sposób różnią się od przyjętych w Rosji?

Nie, pod względem kanonicznym absolutnie niczym. Również nabożeństwa odprawiane są u nas w języku cerkiewnosłowiańskim.

Czy polskie władze pomagają?

Wcześniej, jeśli oceniać na podstawie dokumentów, które pozostały po moim poprzedniku, pomoc była większa. Teraz jest ona o wiele mniejsza. Potrzebujemy sporych środków na remont i teraz nawet nie wyobrażam sobie, jak to zrobić.

A parafianie?

Służę w dwóch parafiach, jeszcze w Górowie Iławeckim. Jeśli w każdej z nich uzbiera się dwadzieścia-trzydzieści osób, to ich ofiary w żaden sposób nie rozwiązują problemu. Część pieniędzy pochodzi czasem od biskupa. Z pomocą Bożą udaje się jeszcze utrzymywać życie w parafii. Przy czym taka sytuacja jest charakterystyczna dla całej Polski i szczególnie naszego województwa warmińsko-mazurskiego. Wyjątek stanowią może wschodnie obszary. W Białymstoku, Grabarce prawosławnych jest tradycyjnie o wiele więcej.

A tu z sytuacji wychodzimy w sposób następujący: żeby święta odbywały się weselej, zbieramy się wspólnie po 150-200 osób. Z tego powodu musieliśmy nawet przenieść nasze główne święto apostołów Piotra i Pawła na dwa tygodnie później, dlatego, że wszyscy pojechali tego dnia do innej cerkwi.

Dzieci z Kaliningradu, odpoczywające każdego roku w „Leśnym Zaciszu” przychodzą do cerkwi?

Oczywiście. I bardzo pomagają urządzać oddzielne pomieszczenia, regularnie sprzątają cerkiew. Do poważnych prac remontowych nie mogę ich dopuścić – powinni zajmować się tym specjaliści. Ale pobielić, pomalować – tą pracę oni wypełniają z radością. Pomagają także mojej małżonce w gospodarstwie. Uczęszczają na nabożeństwa, przystępują do spowiedzi i Eucharystii...

Udaje się ojcu bywać w Obwodzie Kaliningradzkim?

Mój syn nazywa się Serafin, więc z radością odwiedziłem cerkiew św. Serafina z Sarowa w Swietłogorsku, bardzo dobrze znam ojca Olega Oniszczuka. Byłem również w miejscowości Zielenogradsk w cerkwi św. ap. Andrzeja. Udaje mi się utrzymywać kontakt, ale chciałbym, żeby takich spotkań było jeszcze więcej. Chociaż oderwanymi od Rosji się nie czujemy. I z radością zapraszam gości do siebie, do Lidzbarka Warmińskiego.

Dziękuję za rozmowę. Rozmawiał Dimitrij Osipow (gazeta „Spas”)

Tłumaczenie: Paweł Karczewski

— Paweł Karczewski

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze z Polski

wszystkie →