Łatwo kochać abstrakcyjną „ofiarę kolonializmu i wyzysku”, łatwo głosić równość z tymi, z którymi nie spotykamy się na co dzień, z którymi nie żyjemy ramię w ramię. Trudno natomiast przyjąć obcego jako swojego – nie nawet jako „równego”, lecz jako bliźniego.
Dzisiaj kilka słów o tym, jakie znaczenie chrześcijaństwo nadaje pojęciu „bliźni”. Pojęcie to jest wszystkim znane, ale wcale nie jest tak proste, jak się wydaje. Współcześni Chrystusowi Żydzi niewielu ludzi tak nienawidzili i tak nimi pogardzali jak Samarytanami – narodem zamieszkującym północną część Palestyny i wyznającym inne obyczaje i tradycje niż oni. I na wszystkie wieki ich nienawiść, nieufność i pogarda wobec Samarytan stały się symbolem naszego własnego wyobcowania wobec wszystkich „obcych”, „nie naszych”, „nie takich jak my” – czy to ze względu na kolor skóry, obyczaje i nawyki, kulturę itd. Dlatego tak wyjątkowe, centralne i ponadczasowe znaczenie ma przypowieść Chrystusa o miłosiernym Samarytaninie.
Przypowieść ta opowiada o tym, jak człowiek napadnięty przez zbójców został porzucony, ciężko poraniony, przy wielkiej drodze. I oto dwóch „swoich”, to znaczy ludzi z tego samego narodu, zjednoczonych z nim więzami krwi i języka, zobaczywszy go, przeszło obok. Natomiast przejeżdżający Samarytanin ulitował się i, podszedłszy, opatrzył jego rany, zawiózł go do gospody i zatroszczył się o niego. A następnego dnia – jak dalej czytamy – odjeżdżając, wyjął dwa denary, dał je gospodarzowi i powiedział: zatroszcz się o niego; a jeśli wydasz coś więcej, ja, gdy wrócę, oddam ci (Łk 10,35). I wtedy Chrystus kończy tę przypowieść pytaniem: „Który z tych trzech był bliźnim temu człowiekowi?” (por. Łk 10,36).
Przypowieść ta nie jest jedynie o litości i współczuciu wobec człowieka, który popadł w nieszczęście. Jej sens jest znacznie głębszy, ponieważ głównym tematem jest tutaj pytanie: kto jest naszym bliźnim?
Wiele mówimy – i sami to słyszymy – o powszechnej równości, o konieczności zapewnienia wszystkim jednakowych praw, o potrzebie zburzenia wszelkich barier między ludźmi. Wszystkie te słowa odbieramy jako abstrakcyjne i ograne. Tymczasem Chrystus nigdy nie głosił abstrakcyjnych teorii. Zawsze zaczynał nie od zasad, lecz od samego życia. A w życiu teorie i zasady bardzo często okazują się pustym dźwiękiem. Oto zamieszkuje wśród nas ktoś „obcy” – i natychmiast zapominamy o wszystkich teoriach, widząc w nim jedynie jego obcość, jego inność wobec nas. I okazuje się, że w świecie, w którym wypowiedziano tyle pięknych słów o równości i braterstwie, bardzo strasznie jest być „obcym”.
Chrystus pokazuje nam, że same teorie tutaj nie wystarczą. Teoria może nauczyć „miłości do dalekiego”, o której mówił Fryderyk Nietzsche. Dalekiego łatwo jest kochać. Łatwo kochać abstrakcyjną „ofiarę kolonializmu i wyzysku”, łatwo głosić równość z tymi, z którymi nie spotykamy się na co dzień, z którymi nie żyjemy ramię w ramię. Trudno natomiast przyjąć obcego jako swojego – nie nawet jako „równego”, lecz jako bliźniego. A przecież na tym, i tylko na tym, polega cały sens Chrystusowej przypowieści. Teoria nie zbawia i nie pomaga, gdy w nasze życie wchodzi ten właśnie „obcy” i oczekuje od nas nie abstrakcyjnej „równości”, nie „praw” i nawet nie pomocy, lecz miłości i uznania właśnie jego – a nie abstrakcyjnej „ofiary” czegokolwiek – za bliźniego, to znaczy za pożądanego i niezbędnego uczestnika wspólnoty.
Tego pragnie każdy człowiek i tego nigdy nie zrozumie ani nie pomieści w sobie abstrakcyjna i zimna teoria. Teoria odnosi się do wszystkich w ogóle, a więc w istocie do nikogo. Człowiek natomiast chce być nie abstrakcyjnym „człowiekiem”, lecz sobą samym. Jak chleba, jak powietrza potrzebuje tych, którzy kochają go i przyjmują jako swojego bliźniego.
A zatem – kto jest naszym bliźnim? Ten, kto wszedł dziś w nasze życie, choćby przypadkowo, choćby na krótko. Ten, którego oczy spotkały się z naszymi w taki sposób, że przeżyliśmy to jako spotkanie z jedynym i niepowtarzalnym – z tym, który w tym spotkaniu stał się moim bliźnim.
Teoria zawsze rozbija się o życie. Ale w życiu zawsze możliwy jest cud spotkania i uznania – cud wydobycia abstrakcyjnego „człowieka” i „obcego” z bezosobowości i anonimowości, cud przemienienia go w bliźniego. Dopóki jednak ten cud nie wszedł w nasze życie, dopóki go nie pragniemy – martwe są nasze faryzejskie teorie i nie ma w nich miejsca dla żywego człowieka.
o. Aleksander Schmemann (tłum. Jakub Oniszczuk)
fotografia: Aleksander Wasyluk /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.