Wiara, będąc pragnieniem, czyni sakrament możliwym, bez wiary byłby on bowiem „magią", aktem całkowicie zewnętrznym i arbitralnym, niszczącym wolność człowieka.
Gdzie nie ma wiary i pragnienia, tam nie może być wypełnienia. Jednak wypełnienie jest zawsze wolnym darem Boga: łaską w najgłębszym znaczeniu tego słowa. Sakrament jest więc właśnie tym: decydującym spotkaniem wiary i Bożej odpowiedzi na nią, spełnieniem jednego przez drugie. Wiara, będąc pragnieniem, czyni sakrament możliwym, bez wiary byłby on bowiem „magią", aktem całkowicie zewnętrznym i arbitralnym, niszczącym wolność człowieka. Tylko Bóg, odpowiadając na wiarę, wypełnia tę „możliwość", czyni ją prawdziwie tym, czego wiara pragnie: umieraniem z Chrystusem i powstawaniem z Nim z martwych. Tylko dzięki wolnej i suwerennej łasce Bożej wiemy, mówiąc słowami św. Grzegorza z Nyssy, że „ta woda jest prawdziwie dla nas i grobem, i matką…".
Tu można przewidzieć pewien zarzut. Jak, może ktoś zapytać, odnieść to wszystko do chrztu niemowląt, do dzieci, które w sposób oczywisty nie mają ani osobistej, świadomej wiary, ani osobistego „pragnienia"? W istocie jest to zarzut „pomocny", ponieważ właśnie odpowiadając na niego, możemy uchwycić ostateczny sens i głębię sakramentu chrztu. Przede wszystkim pytania tego nie należy wiązać wyłącznie z dziećmi, lecz rozciągnąć je na każdy chrzest. Gdyby bowiem to, co powiedzieliśmy wyżej o wierze i pragnieniu, rozumieć jako twierdzenie, że rzeczywistość i skuteczność chrztu zależy od osobistej wiary, że jest uwarunkowana świadomym pragnieniem jednostki, wówczas „ważność" każdego chrztu, czy to niemowlęcia, czy dorosłego, należałoby postawić pod znakiem zapytania. Komu bowiem dane jest mierzyć wiarę, wydawać sąd o stopniu zawartego w niej „zrozumienia" i „pragnienia"?
Jeśli Kościół prawosławny pozostał obcy długiej zachodniej debacie o chrzcie niemowląt i chrzcie dorosłych, to dlatego, że przede wszystkim nigdy nie przyjął redukcji wiary wyłącznie do „wiary osobistej", redukcji, która uczyniła tę debatę nieuniknioną. Z prawosławnego punktu widzenia zasadnicze pytanie o wiarę w jej odniesieniu do sakramentu brzmi: jaka wiara, a ściślej jeszcze, czyja wiara? Zasadnicza odpowiedź na to pytanie brzmi: jest to wiara Chrystusa dana nam, stająca się naszą wiarą i naszym pragnieniem, wiara, przez którą, według słów św. Pawła, „Chrystus może zamieszkać w sercach naszych", abyśmy, „w miłości zakorzenieni i ugruntowani, zdołali pojąć ze wszystkimi świętymi, czym jest szerokość i długość, głębokość i wysokość" (por. Ef 3, 17–18). Istnieje różnica, nie tylko co do stopnia, lecz i co do istoty, między wiarą, która nawraca niewierzącego lub niechrześcijanina do Chrystusa, a wiarą, która stanowi samo życie Kościoła i jego członków, i którą św. Paweł określa jako posiadanie w nas umysłu Chrystusowego, to znaczy Jego wiary, Jego miłości, Jego pragnienia. Obie są darami Boga. Ale pierwsza jest odpowiedzią na wezwanie, druga zaś samą rzeczywistością tego, ku czemu to wezwanie prowadzi. Galilejski rybak, który usłyszawszy wezwanie, porzuca sieci i idzie za Jezusem, czyni to z wiary; wierzy już w Tego, który go powołał, ale nie zna jeszcze i nie posiada wiary Tego, który go powołał. To osobista wiara w Chrystusa przyprowadza katechumena do Kościoła; to Kościół pouczy go i obdarzy wiarą Chrystusa, którą sam żyje. Nasza wiara w Chrystusa, Chrystusowa wiara w nas: jedna jest spełnieniem drugiej, jedna dana jest nam po to, abyśmy mogli otrzymać drugą. Kiedy jednak mówimy o wierze Kościoła, o tej, którą on żyje i która prawdziwie jest samym jego życiem, mówimy o obecności w nim wiary Chrystusa, Jego samego jako doskonałej wiary, doskonałej miłości, doskonałego pragnienia. Kościół zaś jest życiem, ponieważ jest życiem Chrystusa w nas, ponieważ wierzy w to, w co On wierzy, kocha to, co On kocha, pragnie tego, czego On pragnie. On zaś jest nie tylko „przedmiotem" wiary Kościoła, lecz „podmiotem" całego jego życia.
Możemy teraz powrócić do wspomnianego wyżej zarzutu, który, jak widzieliśmy, dotyczy chrztu nie tylko dzieci, lecz i dorosłych. Teraz bowiem wiemy, dlaczego chrzest nie „zależy" i nie może „zależeć" w swojej rzeczywistości (to znaczy w tym, że jest prawdziwie naszą śmiercią i naszym zmartwychwstaniem z Chrystusem) od wiary osobistej, jakkolwiek „dorosła" czy „dojrzała" by ona była. I nie z powodu jakichś braków czy ograniczeń tej osobistej wiary, lecz jedynie dlatego, że chrzest zależy, całkowicie i wyłącznie, od wiary Chrystusa; jest samym darem Jego wiary, jej prawdziwą łaską. „Wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa", mówi św. Paweł (Ga 3, 27); a cóż znaczy „przyoblec się w Chrystusa", jeśli nie to, że w chrzcie otrzymujemy Jego życie jako nasze życie, a tym samym Jego wiarę, Jego miłość i Jego pragnienie jako samą „treść" naszego życia? Obecnością zaś wiary Chrystusa w tym świecie jest Kościół. Nie ma on innego życia niż życie Chrystusa, innej wiary, innej miłości, innego pragnienia niż Jego; nie ma też w świecie innego zadania, jak tylko przekazywać nam Chrystusa. Dlatego to właśnie wiara Kościoła, czy lepiej powiedzieć, Kościół jako wiara i życie Chrystusa, czyni chrzest zarówno możliwym, jak i rzeczywistym: naszym uczestnictwem w śmierci Chrystusa, naszym udziałem w Jego zmartwychwstaniu. Tak więc jeśli chrzest od czegoś „zależy", to od wiary Kościoła; to wiara Kościoła zna go i pragnie jako tego, czym on jest, i dlatego czyni chrzest tym, czym jest: „grobem" i „matką".
Wszystko to jest wyraźnie widoczne w tradycyjnej praktyce chrzcielnej Kościoła. Z jednej strony nie tylko dopuszcza on do chrztu nowo narodzone dzieci (a więc te, które nie mogą mieć „osobistej wiary"), lecz wręcz prosi, aby były chrzczone. Z drugiej jednak strony nie chrzci wszystkich dzieci, lecz tylko te, które już do niego należą, czy to przez rodziców, czy przez odpowiedzialnych chrzestnych, które, innymi słowy, przychodzą do chrztu z wnętrza wspólnoty wiary. To, że Kościół uważa takie dzieci za należące do siebie, potwierdza obrzęd wocerkowlenia, który, właściwie rozumiany, odnosi się właśnie do nieochrzczonych dzieci chrześcijańskich rodziców. Kościół nie „kradłby" jednak dzieci rodzicom niechrześcijańskim; nie chrzciłby ich za plecami rodziców, bez przynajmniej wyraźnej zgody tych, którzy mają rzeczywistą możliwość zachowania i wychowania ich w Kościele. Takiego chrztu Kościół w istocie nie uznałby za „ważny". Dlaczego? Ponieważ jeśli Kościół wie, że wszyscy ludzie potrzebują chrztu, to wie również, że „nowość życia", którą chrzest daje, spełnia się tylko w Kościele, czy raczej, że Kościół sam jest tym życiem, tak radykalnie różnym od życia „tego świata", że jest ono „ukryte z Chrystusem w Bogu"; że, innymi słowy, choć chrzest zostaje udzielony osobie, jego rzeczywistością i spełnieniem jest Kościół. Dlatego chrzci on tylko tych, których przynależność do niego jest wyraźna i może być stwierdzona: przez „osobistą wiarę" i jej wyznanie w przypadku katechumenów; w przypadku dzieci zaś przez obietnicę i wyznanie wiary tych członków Kościoła, rodziców lub chrzestnych, którzy mają władzę ofiarować swoje dziecko Bogu i odpowiadać za jego wzrastanie w „nowości życia".
o. Aleksander Schmemann (tłum. Jakub Oniszczuk)
za: Of water and of Spirit, Alexander Schememann, Crestwood 1995, p. 54-56.
fotografia: Łukasz Troc
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.