Jezus przykazał uczniom: "Uzdrawiajcie chorych, trędowatych oczyszczajcie, zmarłych wskrzeszajcie, demony wyrzucajcie, darmo otrzymaliście, darmo dawajcie". Darmo otrzymaliście - w tych dwóch słowach kryją się całe piękno i ogrom miłości i miłosierdzia Boga. Nie uczyniliśmy nic, aby na to zasłużyć.
Za św. Janem Chryzostomem bardzo często nazywamy Kościół szpitalem, w którym my, ludzie wierzący, wskutek grzechu znajdujący się w stanie duchowej choroby, zyskujemy pomoc i dążymy do uzdrowienia. Kościół jest miejscem czy zgromadzeniem, w którym czeka na nas sam Bóg, gdzie obecne są dane nam przez Niego sakramenty, szczególnie sakrament pojednania – spowiedź oraz Eucharystia. Dzięki nim możemy oczyścić się z grzechu, wzmocnić duchowe siły i ustawić naszą wewnętrzną optykę tak, by zawsze widzieć przed sobą Boga i zbawienie jako nasz życiowy cel. Już św. Cyprian z Kartaginy (III w.) pisał, że extra Ecclesiam nulla salus – poza Kościołem nie ma zbawienia, ale łacińskie słowo salus oznacza nie tylko zbawienie, ale także zdrowie.
Kościół będący szpitalem to piękne i bardzo trafne określenie, oparte wprost na słowach Jezusa: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz chorzy (Łk 5, 31). On sam zresztą nie tylko o tym mówił, ale nieustannym poszukiwaniem tych, którzy uleczenia potrzebowali, oraz swymi czynami – jakże często nie tylko cudami uzdrowienia ciała, ale także duszy (por. Mt 9, 2 i Łk 5, 20 - odpuszczone są twoje grzechy; Łk 7, 47 – jej liczne grzechy są odpuszczone) – pokazywał, że to jedynie w Bogu ludzkość może doznać oczyszczenia i powrócić do swego pierwotnego stanu.
Poruszająca jest przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, w interpretacji której ratującym poranionego człowieka jest sam Chrystus, a gospodą, do której ranny został zawieziony, by tam wyzdrowiał, jest Kościół.
Nasze uleczenie jest w Jezusie Chrystusie. To On przechodził wszystkie miasta i wioski, nauczając w ich synagogach i zwiastując Ewangelię Królestwa, i lecząc wszelką chorobę i wszelką niemoc wśród ludzi (Mt 9, 35). Swoim uczniom zaś przykazał: Uzdrawiajcie chorych, trędowatych oczyszczajcie, zmarłych wskrzeszajcie, demony wyrzucajcie, darmo otrzymaliście, darmo dawajcie (Mt 10, 8).
Darmo otrzymaliście. W tych dwóch słowach kryją się całe piękno i ogrom miłości i miłosierdzia Boga.
Darmo otrzymaliśmy. Nie uczyniliśmy nic, aby na to zasłużyć. Jeśli coś uczyniliśmy, to jedynie odeszliśmy od Niego. Wybraliśmy pozorną wolność i niezależność – i śmierć ku wiecznemu osamotnieniu.
Bóg nie musiał nas ratować. Nie musiał przebaczać. Nie musiał ofiarowywać nam odkupienia, kosztem cierpienia i śmierci Jezusa Chrystusa. Nie musiał – ale chciał. Darmo otrzymaliśmy.
Te słowa to nie tylko świadectwo, jak wielki i ponad wszelkie zrozumienie jest Bóg, ale też niesamowite potwierdzenie naszej wartości dla Niego, wartości każdego człowieka. Bóg ukazuje swoją miłość ku nam przez to, że kiedy byliśmy jeszcze grzesznikami, Chrystus za nas umarł (Rz 5, 8).
Chrystus umarł za grzeszników. Za tych, którzy rozpoznali Go i uwierzyli weń, ale i za tych, którzy Go odrzucili. Umarł za tych, którzy w kolejnych pokoleniach, po nasze i każde następne, rozpoznają Go jako Zbawiciela i uwierzą weń, ale i za tych, którzy Go odrzucą. Chrystus nie tylko umarł – On także zmartwychwstał i jako Dobry Pasterz nadal wytrwale poszukuje zaginionej owcy, zagubionej drachmy, oczekuje powrotu syna marnotrawnego. Można by rzec – póki istnieje ten świat, i póki żyje choć jeden człowiek jeszcze do Niego nienależący, Jego misja trwa.
Darmo otrzymaliście. Te słowa powinniśmy pamiętać, powinniśmy je powtarzać cały czas, zwłaszcza gdy nas kusi, by myśleć o sobie jako o tych już sprawiedliwych i godnych. Nie jesteśmy tacy. Uwierzenie nie równa się absolutnej czystości i bezgrzeszności aż do ostatniego tchnienia w tym życiu. Upadniemy, i to w Bogu – poprzez Kościół – będzie nasze kolejne uzdrowienie i dalsze życie.
Tak – Kościół to naprawdę szpital, który leczy, w którym można odzyskać zdrowie duchowe i siły na każdy kolejny dzień. Dobrze jest go mieć. I dobrze jest w nim być.
Coraz częściej jednak zadaję sobie pytanie, czy nie zamieniliśmy go w prywatną klinikę? Taką z systemem abonamentowym, tylko dla wybranych, z dumą trzymających w ręku kartę członkowską? „Płacimy” składkę, chodząc do niego, identyfikując się z nim, broniąc go przed atakami, wyznając wiarę, która jest jego wiarą. Czujemy się jego częścią, jest drogi naszym sercom. Wiemy, że jest najlepszy, ma pełnię wiedzy ratującej duszę (Pismo Święte, dzieła Ojców), ma doskonale wykształcony i kompetentny personel (księża, stan mniszy, świeccy teologowie), leki ratujące życie (sakramenty), ma też najlepsze wyposażenie i wspaniałe sale (nasze świątynie). Dba o nasze ukojenie wewnętrzne (nabożeństwa), ale i o to, żeby było w nim przyjemnie i tak trochę „nieziemsko” (śpiew i muzyka, ikony, kadzidło, „tajemny” język). To wszystko powoduje, że w pewnym sensie możemy się czuć wyróżnieni, jakoś wybrani, że w nim jesteśmy. Pamiętam jeden z komentarzy skierowany niegdyś do konwertytów na prawosławie – powinniście być wdzięczni, że was w ogóle przyjęto. No właśnie…
Przyjdźcie do Mnie wszyscy trudzący się i dźwigający ciężary, a Ja wam dam odpoczynek. Weźcie jarzmo Moje na siebie i nauczcie się ode Mnie, albowiem jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie odpoczynek dla dusz waszych. Jarzmo bowiem Moje jest łagodne i brzemię Moje lekkie (Mt 11, 28-30).
Wszyscy trudzący się i dźwigający ciężary. Nie – wybrani, wyselekcjonowani, godni tego. Wszyscy.
Jezus zaprasza, wzywa wszystkich, bez wyjątku. Czy człowiek to zaproszenie przyjmie, to już jest jego decyzja. Czy nałoży na siebie „jarzmo Chrystusowe” - lub kiedy je nałoży, także. Ale wezwani, zaproszeni są wszyscy.
Zanim u Zacheusza nastąpiły przemiana i nawrócenie, był przełożonym celników i nie można było podejrzewać go o uczciwość i prawość. Wiedziony ciekawością, wszedł na drzewo, z którego został ściągnięty pragnieniem Jezusa, chcącego to właśnie z nim – z tym grzesznikiem – spędzić czas. Jezusowi jego stan nie przeszkadzał – wręcz przeciwnie, rzekł bowiem: trzeba Mi pozostać w domu twoim (Łk 19, 5). Zacheusz zmienił się dopiero pod wpływem tego bezpośredniego spotkania, na wieść o którym inni szemrali, że [Jezus] do człowieka grzesznego poszedł na spoczynek (Łk 19, 7) .
Jezus Chrystus nie przyszedł i nie wzrastał w świecie idealnym – ten świat był taki sam jak nasz. Ślady tego odnajdujemy w słowach Chrystusa i w Jego przypowieściach – każda z nich brzmi jak autentyczna historia, która mogła się wydarzyć. Chrystus urodził się, wzrastał w mądrości, w latach oraz łasce u Boga i u ludzi (Łk 2, 52) w świecie, w którym ścierały się dobro i zło – jak w naszym; w którym żyli Łazarze umierający z głodu, ale i syci, i ślepi bogacze; w którym jedni celnicy bez cienia żalu okradali rodaków, a inni – bili się w piersi, ze wzrokiem utkwionym w ziemi, błagając o wybaczenie. Chrystus przyszedł do takiego świata i do takich ludzi; nie unikał nikogo, nie wybierał tylko tych godnych siebie.
Tymczasem patrząc na główne w tej chwili narzędzie komunikacji ze światem i do świata – media społecznościowe – tak często trudno jest tam znaleźć potwierdzenie zaproszenia skierowanego do wszystkich. Raczej odcinamy się od tego złego, lewackiego świata, chroniąc nasze dziedzictwo, naszą wiarę. A chcącym do nas przyjść, od razu stawiamy warunek – nawróć się i bądź jak my. To my ocenimy, czy i kiedy będziesz godny przyjęcia lub pozostania wśród nas. I pamiętaj też, że Jezus co prawda przebaczył jawnogrzesznicy przyłapanej na cudzołóstwie, którą chciano ukamienować, ale powiedział jej: Idź i odtąd więcej nie grzesz (J 8, 11). Można mieć wrażenie, że nie ma częściej cytowanego zdania z Ewangelii; wydaje się, że je wręcz uwielbiamy, bo jest tak cudownie odcinające...
Świat wokół – i ludzie tego świata – jawią się nam głównie jako zło i zagrożenie. Miast iść do niego z przesłaniem Dobrej Nowiny, coraz bardziej uszczelniamy więc nasz zewnętrzny mur, coraz bardziej pogrubiamy jego ściany i wzmacniamy zamki. Chronimy siebie i naszą wiarę przed tym, co na zewnątrz. Tylko można sobie w takim razie zadać pytanie – czy nasza wiara ma jeszcze w ogóle jakąkolwiek moc? Czy jesteśmy jej pewni, skoro tak bardzo boimy się drugiego człowieka i jego przekonań, jego postawy? Czy ufamy jeszcze w ogóle zapewnieniu Chrystusa – I oto Ja z wami jestem przez wszystkie dni aż do skończenia wieku (Mt 28, 20)?
Ten świat wokół to nie jakaś jednolita konstrukcja. To pojedynczy ludzie. Wielu jest poranionych, wielu – jak ofiara zbójców z przypowieści o miłosiernym Samarytaninie – leży gdzieś na poboczu. Niektórzy zostali pobici przez innych – słowem lub czynem; niektórzy – przez samych siebie, swoimi własnymi wyborami. To jednak nie powinno mieć znaczenia. Każdego z nich dotyczy zawołanie Chrystusa – wszyscy.
My, którzy idziemy tą samą co oni drogą życia, tak często jednak ich mijamy. Dbamy o naszą rytualną czystość i święty spokój, i zostawiamy ich na poboczu. Dzierżymy w dłoni kartę członkowską naszej kliniki i czujemy się bezpieczni i dobrzy. Nie pamiętamy już, że darmo otrzymaliśmy – i darmo nadal otrzymujemy, gdy mimo wszystko grzeszymy, gdy tracimy nadzieję, gdy doznajemy zranienia, z którym trudno jest nam sobie samym poradzić. Mamy gdzie pójść po pomoc – jest nasza klinika. A inni? Cóż, ich problem…
Jeden z prawosławnych teologów, metropolita Pergamonu Jan Zizioulas, uważał, iż Kościół leczy nie tyle tym, co ma – jak zazwyczaj się uważa ‒ ale raczej tym, czym jest, czyli komunią. Kościół jest komunią miłości – nie na jakiś sposób sentymentalny, ale jej początkiem jest przebaczenie doświadczane w chrzcie i spowiedzi, które pozwala wyjść z izolacji wywołanej indywidualizmem objawiającym się skupieniem na sobie. Przebaczenie i akceptacja ludzi jako osób w komunii Kościoła jest sercem terapeutycznego rozumienia Kościoła jako szpitala. Ów proces integracji osoby w komunię Kościoła polega na uzdolnieniu jej do wzrostu w zdolności do kochania i bycia kochanym. Ten sposób uzdrawiania jest szczególnie czytelny przy chorobach duchowych oraz mentalnych, gdy wejście w komunię Kościoła pozwala przekroczyć indywidualizm i egoizm, które są przyczyną izolacji i lęku, by wejść w relacje osobowe budujące komunię, gdzie istotą jest wyjście z siebie w miłości ku innym. [1]
Te ostatnie słowa – wyjście z siebie w miłości ku innym – są echem postawy Chrystusa, Którego kenoza, dobrowolne uniżenie czy wręcz ogołocenie się z bycia Bogiem, i Wcielenie, by dokonać zbawienia – uzdrowienia rodu ludzkiego, mają być dla nas wzorem. Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje (Mt 16, 24) – to właśnie wezwanie do zaparcia się swego egoizmu, do wejścia w relację z innymi, do działania na rzecz zbawienia, nie tylko swojego, ale i innych, na miarę naszych ludzkich możliwości. Czasem wystarczy otworzyć komuś (nawet po raz kolejny) drzwi szpitala i zaprosić go do środka (także po raz kolejny), jemu pozostawiając decyzję, co w danym momencie zrobi.
Bliskie są mi też inne słowa, które nie tyle mówią o czekaniu na drugiego człowieka, co wręcz o wyjściu do niego: Kościół nie jest na świecie po to, by potępiać, lecz by pozwolić na spotkanie z tą przenikającą do trzewi miłością, jaką jest Boże miłosierdzie. Aby mogło się to zdarzyć, trzeba wyjść. Wyjść z kościołów i parafii, wyjść i pójść szukać ludzi tam, gdzie żyją, gdzie cierpią, gdzie mają nadzieję. Szpital polowy, ten obraz, za pomocą którego lubię opisywać ów „Kościół wychodzący”, charakteryzuje się tym, że zakładany jest tam, gdzie toczy się walka: nie ma stałej struktury, nie jest wyposażony we wszystko, jak miejsce, gdzie udajemy się, by leczyć i drobne, i poważne dolegliwości. Jest przenośny, ma zapewniać pierwszą pomoc, szybką interwencję, ma zapobiegać temu, by poszkodowani w walce umierali. [2]
Może to, co nas powinno odróżniać od tego „złego świata wokół’ to właśnie wychodzenie do niego – bez osądzania, a z wiarą, że mamy coś, co ratuje ludzkie istnienie. Coś, co darmo otrzymaliśmy i co darmo, z radością, miłością i uporem – mimo może i niechęci czy nawet nienawiści - chcemy dawać innym. Taki właśnie, niestrudzony, pozytywnie uparty i cierpliwy był przecież Jezus z Nazaretu.
Nie można oczekiwać natychmiastowego cudu – masowego nawrócenia, absolutnego przyjęcia wszystkich zasad, rzeszy nowych ludzi na nasz wzór – to byłaby naiwność. Ale jeśli nic nie będziemy robić lub będziemy tylko pogrubiać mury i siedzieć w zamknięciu – to zgubimy Chrystusowy depozyt, który otrzymaliśmy – wiarę i nadzieję. To przytrzymamy miłość jedynie dla samych siebie, i ona umrze, bo nie będzie miała gdzie dalej rosnąć.
Znalazłem kiedyś przepiękne słowa przypisane brytyjskiemu kaznodziei baptystycznemu z XIX wieku, Charlesowi Spurgeon’owi: Wiara wchodzi po schodach, które zbudowała miłość, i spogląda przez okna, które otworzyła nadzieja.
Czy – skoro wierzę – buduję schody dla innych? Czy otwieram dla nich okna? Czy daję – i czy podsycam ludzką nadzieję? Z czym idę do innych ludzi – z miłością i współczuciem, czy deszczem siarki i ognia (Rdz 19, 24)? Do każdego człowieka, niezależnie od tego, jak bardzo odmienny i grzeszny mi się wydaje – bo to tylko moja wizja, moje postrzeganie, a Boże może być (i zapewne jest, bo Bóg zna każdy sekret duszy) zupełnie odmienne?
Jeśli otrzymałem łaskę wiary, to nie mam innego zadania, niż budować, otwierać, dawać. Bo darmo otrzymałem. I darmo, i w obfitości mam dawać.
Gabriel Szymczak
[1] Jacek Froniewski, „Biblijna koncepcja etiologii choroby i integralnego uzdrowienia w ujęciu teologii prawosławnej”, Papieski Wydział Teologiczny we Wrocławiu
[2] Franciszek, „Miłosierdzie to imię Boga”, Znak, 2016
fotografia: Lazo /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.