Największym cudem prawosławia nie jest to, że zmienia świat z dnia na dzień. Zmienia nas… jedno serce, jedną rozmowę, jeden akt miłości na raz. Nie uczy nas tylko, jak modlić się przez godzinę w niedzielę. Uczy nas, jak stać się innymi ludźmi od poniedziałku.
Kilka lat temu, po nabożeństwie w Wielkim Poście, zauważyłem starszą kobietę, która cicho prostowała świece rozrzucone po całej cerkwi. Nie była członkiem rady parafialnej. Nie szukała uznania. Po prostu uśmiechała się, pracując.
Zadrwiłem z niej od progu: „… Mam nadzieję, że nie oczekujesz zapłaty…?”.
Spojrzała na mnie z uśmiechem i powiedziała: „Ojcze, jeśli zostawię dom Boży trochę piękniejszym, niż go zastałam, to i moje serce też będzie trochę piękniejsze”.
Nigdy nie zapomniałem tych słów.
Właśnie to czyni prawosławie. Nie uczy nas tylko, jak modlić się przez godzinę w niedzielę. Uczy nas, jak stać się innymi ludźmi od poniedziałku.
Przemienia sposób, w jaki rozmawiamy z małżonkiem, jak wychowujemy dzieci, jak wybaczamy tym, którzy nas zranili, jak pracujemy, jak radzimy sobie z rozczarowaniami, a nawet jak dźwigamy codzienne brzemię. Modlitwa daje nam pokój. Skrucha uwalnia nas od goryczy. Pokora uzdrawia relacje. Wdzięczność przemienia zwykłe chwile w błogosławieństwa.
Największym cudem prawosławia nie jest to, że zmienia świat z dnia na dzień. Zmienia nas… jedno serce, jedną rozmowę, jeden akt miłości na raz.
Bądź blisko Chrystusa. Im bardziej się do Niego zbliżamy, tym bardziej nasze codzienne życie wypełnia się cichą radością, siłą i pokojem, których żaden sukces ani posiadanie nie zapewni.
Nigdy nie zapomnę rozmowy, której kiedyś byłem świadkiem. Lata temu byłem na Górze Athos i siedziałem na dziedzińcu klasztoru.
Pewien człowiek, pełen pasji i uporu, rozmawiał tam ze starszym mnichem. „Ojcze” – powiedział – „dlaczego Kościół nie walczy zacieklej? Dlaczego nie pokonujemy tych, którzy nam się sprzeciwiają? Dlaczego nie udowadniamy, że mamy rację?”.
Stary mnich słuchał w milczeniu. Nie sprzeciwiał się. Nie podnosił głosu. Po chwili wskazał po prostu na krzyż nad bramą klasztoru i zapytał: „Dziecko, czy Chrystus, wisząc na krzyżu, mógł pokonać wszystkich?”.
„Oczywiście” – odpowiedział gość.
„Dlaczego więc tego nie zrobił?”.
Mężczyzna stał w milczeniu.
Mnich uśmiechnął się łagodnie i powiedział: „Bo Chrystus nie przyszedł, by podbić ludzi. Przyszedł, by ich zbawić. Nie przyszedł, by udowodnić swoją moc, lecz by objawić swoją miłość”.
Przez chwilę panowała całkowita cisza. Nawet wyraz twarzy gościa się zmienił.
Tego dnia nauczyłem się czegoś, co pozostało ze mną do dziś: świat ma już dość ludzi krzyczących, kłócących się i próbujących wygrać. Tym, czego rozpaczliwie potrzebuje, są ludzie, których serca zostały zdobyte przez Chrystusa. Bo kiedy Chrystus zdobywa serce, to serce nie szuka już zdobywania innych… po prostu uczy się kochać, przebaczać, służyć i nieść Jego światło, dokądkolwiek się udaje.
Niech Bóg chroni nas przed wszelkimi pokusami!
archimandryta Avgoustinos Psomas (tłum. Gabriel Szymczak)
za: Kimisis Tis Theotokou Greek Orthodox Church, Holmdel
fotografia: jarek11 /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.