Chrystus - oto główny powód, dla którego jesteśmy gotowi przyjmować wszystko od naszych bliźnich, znosić wszystko i czynić to z radością i zadowoleniem.
Św. Mnich Sylwan z Góry Athos, rozmyślając, pisał: "Skąd mam wiedzieć, czy Bóg mnie kocha, czy nie?" To znaczy, czy Bóg raduje się mną, czy podoba Mu się sposób, w jaki żyję? My również czasami zadajemy sobie to pytanie. Starzec Sylwan znalazł na nie odpowiedź. Mówił: "Oto znaki. Jeśli usilnie walczysz z grzechem, Bóg cię kocha. Jeśli kochasz swoich wrogów, jesteś jeszcze bardziej kochany przez Boga. A jeśli oddajesz swoje życie za innych, jesteś bardzo umiłowany przez Boga, który również oddał za nas swoje życie".
Oto trzy oznaki, że człowiek jest miły Bogu. Po pierwsze, usilnie walczy z grzechem. Po drugie, kocha swoich wrogów. Po trzecie, oddaje życie za swoich bliźnich. Takie życie podoba się Chrystusowi! Św. mnich Sylwan zobrazował całe wzajemne powiązanie tych cnót. Przecież kiedy człowiek naprawdę zmaga się z grzechem, nieuchronnie zaczyna kochać swych nieprzyjaciół, czyli wszystkich tych, którzy w jakiś sposób go obrazili. A jeśli ktoś naprawdę kocha swoich krzywdzicieli, to bez zastanowienia oddaje za nich duszę, to znaczy poświęca dla nich swoje ego i swój spokój.
To właśnie z tego powodu Chrystus uznaje nas za swoich uczniów. Możemy dokonywać wielu dzieł, ale nie będziemy pewni, czy są one miłe Bogu. Jednak kiedy staramy się nie żywić do nikogo urazy, kochać nawet tych, którzy nas obrażają i oddawać za nich nasze dusze, wtedy możemy być absolutnie pewni, że Bóg przyjmie nasze uczynki z wielką miłością.
Niektórzy mogą myśleć, że miłowanie tych, którzy nas obrażają, jest bardzo wysokim stopniem, od którego jesteśmy tak daleko, że nie powinniśmy nawet o tym myśleć. Ale w rzeczywistości Bóg nigdy nie dzielił swoich przykazań na te dla doskonałych i te dla zwykłych ludzi. Wszystkie przykazania, które dał, są dane jednakowo dla wszystkich, łącznie z przykazaniem: Miłujcie nieprzyjaciół waszych. Wszyscy jesteśmy wezwani do wypełniania go w naszym codziennym życiu. W jaki sposób?
Oto jak: kiedy usłyszymy nieprzyjemne słowo - starajmy się, po pierwsze, nie odpowiadać tym samym, a po drugie, wybaczyć z głębi serca. To jest nasza miara. Kto tak czyni, naprawdę wypełnia Ewangelię i pokazuje głębię swojej wiary. W czym wyraża się nasza wiara? Oczywiście w tym, że chodzimy do świątyni, modlimy się, przestrzegamy postów. Ale szczególnie głębia naszej wiary wyraża się w tym, że przebaczamy naszym bliźnim. To jest najwyższy przejaw ducha! I właśnie za to człowiek otrzymuje obfitą łaskę Bożą.
Metropolita Antoni Surożski opowiada ciekawą historię o człowieku, który znalazł się w szpitalu. Zdiagnozowano u niego śmiertelną, nieuleczalną chorobę, ale jemu samemu o tym nie powiedziano. Wiedział tylko, że będzie musiał spędzić dużo czasu w przymusowej bezczynności i był tym zasmucony. Powiedział do Władyki Antoniego: „Mam jeszcze tyle do zrobienia w życiu, a zamiast tego leżę i nawet nie mogą mi powiedzieć, jak długo to potrwa!”. I Władyka dał mu dobrą radę. Przypomniał mu, że choroby wynikają nie tylko z przyczyn fizycznych, ale także z faktu, że człowiek nosi w sobie negatywne myśli i uczucia, tzn. nie pogodził się z kimś lub czymś w swoim życiu. Na zewnątrz może zachowywać się normalnie, ale wewnątrz ma nieuleczone urazy i żale. Wszystko to osłabia jego wewnętrzne siły witalne. I jak pisze Władyka Antoni: „Zasugerowałem mu, aby rozwiązał nie tylko zewnętrznie, ale także wewnętrznie wszystko, co było ”nie tak" w jego relacjach z ludźmi, z samym sobą, z okolicznościami życia, począwszy od chwili obecnej. Kiedy już uporządkuje wszystko w teraźniejszości, powinien iść dalej i dalej w przeszłość, godząc się ze wszystkim i wszystkimi, rozwiązując każdy węzeł, wspominając całe zło i godząc się - poprzez skruchę, poprzez akceptację z wdzięcznością - ze wszystkim, co wydarzyło się w jego życiu; a życie to było bardzo trudne. I tak, miesiąc po miesiącu, dzień po dniu, podróżowaliśmy tą drogą. On pogodził się ze wszystkim w swoim życiu. Pamiętam, że pod koniec swego życia leżał w łóżku, zbyt słaby, by samodzielnie trzymać łyżkę, i powiedział do mnie z lśniącym spojrzeniem: „Moje ciało jest prawie martwe, ale nigdy nie czułem się tak bardzo żywy jak teraz”.
Spójrzcie: ten człowiek przebywał w szpitalu od miesięcy, stopniowo gasnąc; a jednak czuł, że żyje pełnią życia. Dlaczego? Ponieważ łaska Boża wypełniała jego serce. Był wewnętrznie pojednany ze wszystkimi i nic nie powstrzymywało go od radości.
Tak też dzieje się z nami, gdy w każdej sytuacji staramy się nie chować urazy do nikogo. Jeśli ktoś powie nam coś nieprzyjemnego lub niesprawiedliwego, nie zwracajmy na to większej uwagi, starajmy się jak najszybciej zapomnieć i wybaczyć. Wtedy zobaczymy, jak łatwo będzie nam żyć. Osoba, która jest zawsze gotowa wybaczyć i pogodzić się, naprawdę żyje w radości.
Jeśli zaś ktoś zachowuje w pamięci każde słowo, które zostało mu powiedziane, obraża się, potępia, to nigdy nie może odczuwać prawdziwej radości. Św. Mnich Sylwan mówi o takiej osobie: "Cóż mogę powiedzieć o tym, kto nie miłuje swych nieprzyjaciół? Żal go, albowiem zadręcza siebie i innych, i nie pozna Boga". Taka osoba jest naprawdę udręczona psychicznie i fizycznie. Żyje jak na wulkanie, w ciągłym napięciu, nigdy nie odczuwając spokoju. Mnich Sylwan pisze o tym w ten sposób: "Bóg wiedział, że jeśli nie będziemy miłować naszych nieprzyjaciół, nie będzie pokoju w naszych duszach i dlatego dał nam przykazanie: »Miłujcie waszych nieprzyjaciół«. Jeśli nie pokochamy naszych wrogów, to tylko czasami dusza będzie jakby spokojna". Starzec Sylwan wyraża się bardzo trafnie: tylko czasami dusza będzie jakby spokojna. Nie prawdziwie spokojna, ale jakby spokojna. Dopóki nikt nie zaczepia człowieka, może się wydawać, że jest spokojny. Ale on jest tak spokojny jak uśpiony wulkan, w głębi którego wrze lawa. Gdy tylko ziemia się poruszy, wulkan budzi się i lawa wytryskuje ze wszystkich kraterów. Oznacza to, że jeśli ktoś usłyszy nieprzyjemne słowo - natychmiast wybucha z niego niezadowolenie, uraza i żal. Jeśli nie słowami, to wyrazem twarzy, niezadowolonym tonem, ogólnie złym nastrojem, ponurym milczeniem.
To nie przypadek, że Bóg dał nam przykazanie: „Miłujcie nieprzyjaciół waszych, dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą, błogosławcie tym, którzy was przeklinają i módlcie się za tych, którzy wam złorzeczą”. Dał nam je, aby nasz wewnętrzny wulkan zamienił się w spokojną, bezpieczną górę. Nasze serce musi stać się twardą, solidną, bezpieczną górą, która stoi w spokoju. Jak mówi Abba Doroteusz: „Miejcie serca twarde, miejcie wielkoduszność: niech wasza miłość do siebie nawzajem przezwycięży wszystko, co się wydarza”. Hojne serce wypełnione miłością jest jak góra, która nie chwieje się, bez względu na to, co się dzieje, i nie wylewa wrzącej lawy, czyli namiętności. Ta góra jest przesłonięta cienistymi zaroślami, panuje tam spokój i chłód, śpiewają tam ptaki, wszyscy znajdują tam odpoczynek. I tym właśnie staje się nasze serce poprzez dobrowolną wytrwałość w znoszeniu zniewag, obelg i nieprawdy.
Oczywiście wymaga to odwagi i nieustraszenia. Pewien asceta powiedział do swego ucznia: "Bóg nie dał nam ducha strachu, lecz siły. Będziemy jak kowadła bite młotami". Jaką to siłę dał nam Bóg? Łagodność. Kiedy pokornie znosimy każdą obrazę, każdą trudność - wtedy jesteśmy silni. Jesteśmy jak kowadło, w które ciężki młot może uderzać ile chce, a ono się nie przewróci ani nie zachwieje.
Pokorna cierpliwość nie tylko czyni nas silnymi, ale także pomaga naszym bliźnim. Zastanówmy się nad tym: jeśli ktoś nas obraża, na przykład karci nas, krzyczy na nas, mówi przykre rzeczy, oznacza to, że sam czuje się źle. Boli go dusza, bolą go nerwy. Jak możemy mu pomóc? Łagodną postawą. Tak jak Dawid, gdy Saul był rozgniewany, zaczął słodko grać na psałterium, a wtedy Saul uspokoił się, duch gniewu odszedł od niego - tak my możemy uspokoić naszego bliźniego naszą cierpliwością, łagodnością i pokorą. Jak mówi św. Dymitr z Rostowa: «Dawid grał na psałterium przed Saulem i tymi dźwiękami odpędził od niego ducha gniewu. Muzyka ta była pełna niewysłowionej słodyczy i jakiejś wielkiej, tajemniczej mocy. Na czym polegała tajemnicza moc tych psałterium? Głównym powodem było to, że święty Dawid, będąc łagodnego usposobienia, nie gniewał się w odpowiedzi na gniew Saula. A im więcej dobroci wypełniało serce Dawida, tym piękniej grał on na psałterium i tym silniejsze były te dźwięki w odpędzaniu ducha zła od Saula.
Wiemy też, że muzyka psalterium nie może być słodka, jeśli struny nie będą ze sobą w harmonii. Tak więc nikt nie może wypędzić ducha zła z innej osoby, jeśli się z nią nie zgadza. W psałterii, struna do struny, wzajemnie się harmonizując, wszystkie razem wydają słodkie dźwięki. Tak samo ten, kto miłuje swego nieprzyjaciela, poddaje mu się z łagodnością i pokorą, a okazując we wszystkim zgodność z nim, jak struna ze struną, wytwarza słodką muzykę pokornych i uprzejmych słów. Uważając się za takiego samego grzesznika, za jakiego uważa go jego nieprzyjaciel, niszczy jego gniew, pokornie mówiąc: „Ja jestem winien”, i w ten sposób odpędza jego gniewną zapalczywość».
To proste. Nie musisz bać się doświadczyć przykrości ze strony bliźniego, nie musisz się z nim kłócić, by się bronić. Wystarczy tylko ... grać mu na psałterium. To znaczy traktować go łagodnie, pokornie, czule, ze szczerym pragnieniem uspokojenia go.
Kiedy to zrobimy, stopniowo dojdziemy do tego, że nie będziemy mieli oprawców. I to nie dlatego, że wszyscy ludzie wokół nas zmienią się i przestaną nas krzywdzić, ale dlatego, że zmieni się nasze serce. Nauczy się kochać bliźnich, złagodnieje i nie będzie dostrzegać w nich zła. A wtedy nikt nie będzie w stanie nas obrazić.
W końcu skąd bierze się większość uraz w życiu człowieka? Z jego własnego słabego, samolubnego serca. Jeśli ktoś bardzo kocha swoje ego, swoją wolę, swój spokój, swój punkt widzenia, będzie nieustannie zderzał się z bliźnimi, obrażając ich i będąc obrażanym. Każdego dnia będzie spotykał tych którzy obrażają. Jak mówi starzec Emilian: "Ten, kto nas obraża, jest osobą, która wchodzi w kolizję z naszym egoizmem. Jeśli jest w nas coś skrytego, jakaś nasza wola lub punkt widzenia, pragnienie lub opinia, to z pewnością znajdą się dla nas krzywdziciele, ponieważ inni ludzie będą mieli przeciwną wolę, przeciwne pragnienie... Dlatego musimy stać się ludźmi o niebiańskich myślach, aby nie było dla nas krzywdzicieli".
Oczywiście bardzo łatwo jest powiedzieć - stać się ludźmi z niebiańskimi myślami. Ale jak to zrobić? Nie da się tego zrobić bez Chrystusa. Niemożliwe jest, aby ktoś stał się ubogim w duchu, to znaczy by żył tak, jakby był niewolnikiem i sługą każdego człowieka; niemożliwe jest, aby oczyścić swoje serce z ego, być miłosiernym, łagodnym i zawsze być rozjemcą, to znaczy nie obrażać się na nic - wszystko to jest niemożliwe dla człowieka, który nie ma Chrystusa w swoim sercu, nie wypowiada nieustannie Jego imienia. Jak można na przykład nie narzekać na osobę, która nas zasmuca i dręczy? Jak możemy nadal pracować w pokoju i miłości z osobą, która pokazuje swój nastrój, oskarża nas i wytyka błędy? To znaczy, jak można znosić obelgi, prześladowania, złośliwe słowa, a jednocześnie radować się i weselić, jak nakazuje nam Ewangelia? Kiedy nasze wewnętrzne spojrzenie jest utkwione w Chrystusie, kiedy Jego imię jest na naszych ustach i w naszych sercach, wtedy wszystko to staje się możliwe. Modlitwa „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznikiem” daje nam moc do wypełnienia najwznioślejszych przykazań. Mówiąc dokładniej, sam Bóg, którego wzywamy w tej modlitwie, daje nam taką moc.
Chrystus - oto główny powód, dla którego jesteśmy gotowi przyjmować wszystko od naszych bliźnich, znosić wszystko i czynić to z radością i zadowoleniem. A kiedy wypełniamy przykazania Chrystusa z wiarą, nawet jeśli jest ona tak mała jak ziarnko gorczycy, wtedy w tym życiu wchodzimy w relację z Nim. Bóg zbliża się do nas i sprawia, że odczuwamy błogość, dla której żyjemy. Człowiek nie może być usatysfakcjonowany w życiu jedynie tym, co cielesne i materialne. Nie do tego został stworzony. Potrzebuje Królestwa Niebios, potrzebuje Chrystusa! A kiedy człowiek patrzy na Chrystusa, dąży do Niego ze wszystkich sił swojej duszy, wtedy łatwo jest mu porzucić coś zewnętrznego, poświęcić na przykład swój spokój, a nawet oddać duszę za bliźniego.
Jak mówi Władyka Atanazy z Limassol: "Pokonanie samego siebie jest największym dziełem dla człowieka. Zazwyczaj boimy się wyprzeć samych siebie. Pod tym strachem kryje się inny, głębszy strach - strach przed śmiercią. Aby przestać się bać, człowiek musi poczuć nieśmiertelność i życie wieczne. Musi poczuć, że istnieje coś innego niż ten widzialny świat. Musi poczuć Bożą miłość i Bożą bliskość. Kiedy czujesz bliskość Chrystusa, uwalnia cię to od wszelkiego strachu. Daje ci poczucie nieśmiertelności, dzięki któremu pokonujesz śmierć i niczego się nie boisz: ani tego, że zostaniesz zniesławiony, ani tego, że zostaniesz obrażony - niczego. Przechodzisz przez wszystkie pokusy całkowicie spokojnie, bez żadnych trudności, właśnie dlatego, że jesteś prawdziwie wolny, co rodzi się z właściwego poglądu na rzeczy, z właściwej relacji z Bogiem, a przede wszystkim z obecności i błogosławieństwa Boga".
Dlatego nieustannie wzywajmy Chrystusa, nieustannie kierujmy oczy naszych serc na Niego w Modlitwie Jezusowej, powtarzając nieustannie: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem”.
ihumenia Dominika (tłum. Justyna Pikutin)
za: sestry.ru
fotografia: jarek11 /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.