śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 16 grudnia 2012

O normalności, czyli wprowadzać dzieci do świątyni czy nie wprowadzać?

Za temat do refleksji, którymi chciałbym się z Czytelnikiem podzielić, posłuży wydarzenie, które Kościół prawosławny świętuje 21 listopada, co w przełożeniu na kalendarz powszechnie używany (tzw.

0 czytelników poleca

Za temat do refleksji, którymi chciałbym się z Czytelnikiem podzielić, posłuży wydarzenie, które Kościół prawosławny świętuje 21 listopada, co w przełożeniu na kalendarz powszechnie używany (tzw. nowy styl) przypada na czwarty dzień grudnia. Mowa o święcie Ofiarowania Przenajświętszej Bogurodzicy. Święto to w prawosławnym kalendarzu liturgicznym nosi nazwę Wwiedienija wo chram Prieswiatoj Bogorodicy, co tłumaczy się jako Wprowadzenie Matki Bożej do Świątyni.

Zarówno wydarzenia z historii Kościoła, jak i tekst Pisma Świętego, oprócz bezpośredniego znaczenia, dotyczącego swojej epoki, niosą również przesłanie dla przyszłych pokoleń. Jasną rzeczą jest, że jesteśmy w stanie rozumieć Pismo Święte odpowiednio do naszego poziomu rozwoju duchowego. Na szczęście, każdemu pokoleniu pomagają w tym prorocy, święci, teologowie, natchnieni kaznodzieje... Każde więc pokolenie odkrywa w tekstach objawionych coś nowego – i na tym, między innymi, polega uniwersalność Biblii. Podobnie jest z wydarzeniami biblijnymi. Pomyślmy więc chwilkę, czegóż to święto może nauczyć nas, współczesnych? Życie dziecka jest darem Bożym, często prosimy o nie w naszych modlitwach. Kiedy zachoruje – kierowani miłością ku niemu prosimy Boga o zdrowie. Kiedy w końcu dorasta, opuszcza nas, wyjeżdża do innego miasta, czasem za granicę – prosimy Boga o pomyślność, o to, by nad nim czuwał. Bo, jak mawiamy, taki dzisiaj zły świat. I to on może zepsuć nasze dzieci. I jest w tym sporo racji. Ale w tym narzekaniu na czasy, w których przyszło nam żyć, nie jesteśmy tacy znowu pierwsi. O tempora, o mores! – „O zgrozo, co za czasy, co za zwyczaje!” – dawno temu grzmiał sobie współczesnym, a było to przed naszą erą, rzymski filozof, pisarz i mąż stanu Cyceron. Nie zrzucajmy więc tak pochopnie winy na czasy. To nas nie rozgrzeszy. Problem leży chyba gdzie indziej...

W Liście do Efezjan św. Paweł napomina: „Wyzyskujcie chwilę sposobną, bo dni są złe” (Ef 5,16). To tekst jerozolimski. W tłumaczeniu interlinearnym brzmi to lepiej: „Wykupujcie okazję, bo dni niegodziwe są”. Tekst słowiański mówi: Iskupujuszczije wriemia, jako dnie łukawy sut'. Widzimy więc, że niezależnie od tłumaczenia, mowa o kupowaniu, zdobywaniu, cenieniu czasu, by wykorzystać chwilę sposobną. Sposobną do czego? Do tego, co prawdziwe. Co ważne. Co dobre i mądre, słuszne i zbawienne. Ilu z nas marnuje życie goniąc za czymś zupełnie odwrotnym? Nie cenimy czasu, lecz go marnujemy, przepuszczamy przez palce, po to, by... coś zdobyć, nabyć, kupić. Postępujemy więc zupełnie na odwrót niż radzi święty Apostoł! Mało tego, że czasy są złe, to my na dodatek sami marnujemy możliwość, mimo wszystko, dobrego ich wykorzystania. To samo dotyczy naszych relacji z dziećmi, bo to o nich mowa w dzisiejszym święcie. Marzy nam się często, by dzieci coś od nas miały (pomijam oczywiste zabezpieczenie bytu ze strony rodziców). Chcielibyśmy, aby nasze pociechy miały dobry start, możliwość rozwoju. Poniekąd słusznie, ale... Ale można zadać pytanie: czy bogaty oznacza mądry? Czy zamożny znaczy uczciwy? Czy zasobny będzie tym samym przyjazny, sumienny, skromny? Może lepiej zamiast marnować czas w pogoni za namiastką szczęścia nauczmy nasze dzieci tego, czego brakuje współczesności: uczciwości, poczucia honoru, przyzwoitości, sumienności, szacunku do ideałów, poszanowania starszych, poczucia wstydu, w końcu wrażliwości, czułości, miłości i wiary. Bo tego, niestety, dzisiejszemu światu brak. Ale sami, swoimi tylko siłami nie jesteśmy w stanie tego dokonać.

Święci rodzice przywiedli Marię do świątyni. Dlaczego my często nie potrafimy, czy może nie chcemy? Dlaczego czasem nie dopuszczamy dzieci do cerkwi? A przecież dzieci w sprawach wiary są o niebo mądrzejsze od nas. Są otwarte na Boga – do chwili, kiedy zaczną rosnąć i upodabniać się do nas, dorosłych. Przypomina mi się aforyzm Janusza Korczaka, mówiący o tym, że to nie dorośli powinni kształtować dzieci na swój obraz, lecz raczej dorastać do ich poziomu, poziomu dzieci. Więc dlaczego nie chodzimy z dziećmi do świątyni? Bo Kościół jest zły? Bo często słyszymy o nim rzeczy mało pochlebne? Bo Goździkowa gada, że dobrodziej proboszcz ma w garażu mercedesa, ale tylko nim po nocy na baby jeździ, coby się nie wydało? Może i jeździ, kto go tam wie... Może i na baby, kto go tam wie... A może tylko gada, bo od tego często Goździkowe są. Ale nie zrzucajmy odpowiedzialności na innych. Kościół to my wszyscy i nie oglądajmy się na nikogo. Przynajmniej spróbujmy. Dlaczego jednym odmawiamy prawa do słabości, a sami rozgrzeszamy się w swych wnętrzach praktycznie ze wszystkiego? Dlaczego „tamci” muszą być prawie świętymi, ale nas to nijakim prawem nie obowiązuje?

Kiedyś na mojej uczelni w stołówce wisiała tabliczka z napisem: „Żądasz czystości – zachowaj ją sam”. Może tu nie tylko o stołówkę chodzi? Może to właśnie my sami, rodzice, jesteśmy dla swych pociech jednym z powodów kryzysu wartości? Mamo, tato! Jeśli chodzicie do cerkwi co niedziela, a mimo to Prawda i Pokój rzadko goszczą w domu, nie zasłaniajcie się przed odpowiedzialnością rewelacjami Goździkowej. To pewnie coś w nas samych skrzypi. Spytajmy kiedyś nasze dzieci, czy chciałyby być w przyszłości takie jak my? Spytamy czy się nie odważymy, bojąc się szczerych odpowiedzi? Czując, jak wiele mamy do nadrobienia, zaufajmy Bogu, powierzmy Mu swoje pociechy. Czy Ewangelia nauczy je czegoś złego? Czy staną się przez to gorsze? A może to właśnie takie spotkanie jest szansą na normalność w tym naszym zakręconym świecie? Spytacie, dlaczego zakręconym? No, a jak można nazwać świat, który zamiast zabraniać (co prawda, nastoletnim, ale jednak dzieciom) pić, układa się z nimi o maksymalną liczbę puszek piwa: „Słuchaj, Wojtusiu, dobrze, ale błagam, nie więcej niż trzy”... Jak inaczej można określić dzisiejsze porady dla karmiących mam, które palą? Zamiast „przestań palić” mówi się „przestań karmić?”. Zamiast „Zwolnij tempo”, mówi się: „Wrzuć dopalacz, rób wyniki. A to, że potem będziesz nadawał się już tylko na śmietnik, to już nie nasz problem. Przyjdą inni, którzy depczą ci po piętach”. Albo ostatnio zasłyszane: „Mnie interesują wyniki. Strona moralna to twój problem i najlepiej, jakbyś sobie z nią jakoś poradził. Inni nie mają takich rozterek i osiągają lepsze rezultaty. Moja rada – wciskaj produkt i się nie zastanawiaj”.

Być może dlatego nie możemy się opędzić od telefonów od różnej maści dystrybutorów koców gaśniczych, pościeli z merynosów, kart kredytowych, pożyczek na superpreferencyjnych warunkach, operatorów telefonów komórkowych i stacjonarnych, tak zwanych badaczy rynku, wydawnictw kartograficznych, ubezpieczycieli, „obłatwiaczy” dotacji unijnych... Większość tych ludzi po chwili rozmowy, czując, że niewiele wskóra, zaczyna przyjmować rolę nie drapieżcy, lecz ofiary, pragnąc zapewne wzbudzić w trudnym kliencie poczucie winy i być może podejść go w taki sposób. „To ksiądz nie kupi koca ppoż.? Nie leży księdzu na sercu bezpieczeństwo ukochanej świątyni? Bo nam tak, i to jeszcze jak! Co z księdza za ksiądz? Bo ja dzwonię ze straży pożarnej ze Słupska, naprawdę, dlaczego ksiądz taki nieufny?”. Albo: „Halo, halo! Jak to, ja mam księdzu nie przeszkadzać? Przecież ja księdzu nie przeszkadzam, ja prowadzę badania marketingowe. To ksiądz mi przeszkadza je prowadzić, kiedy nie chce ze mną rozmawiać, albo utrudnia nawet, rozmawiając ze mną w taki sposób”. „Kredycik może na parafię? Dodatkowa gotóweczka? Rozumiem, ksiądz proboszcz zajęty. Oczywiście, zadzwonię później. Nie ma problemu przecież, proszę księdza proboszcza. Miłego dnia, z Panem Bogiem, proszę księdza proboszcza”. Następny telefon, z zasady, brzmi już nieco inaczej: „Ależ proszę pani, ksiądz proboszcz kazał mi zadzwonić, jesteśmy umówieni na rozmowę. W ważnej sprawie. Jak to nie ma księdza proboszcza? To ksiądz proboszcz prosił, chciał ze mną porozmawiać. No trudno, proszę numer na komórkę księdza proboszcza, jakoś sobie poradzę”. Dlaczego społeczeństwo chrześcijańskie, o wysokim stopniu rozwoju, dojrzałe, cywilizowane w takiej sytuacji nie bije na alarm? A może takie postępowanie uznawane jest dziś za dopuszczalną normę? Dlaczego każdy, kto nie zgadza się na takie postawienie sprawy, jest uznawany za dziwaka, mówi się o nim: „jest taki staroświecki”? A może coś stało się ze społeczeństwem, a przynajmniej z jego częścią? Ciekawe, jak wypadłby eksperyment, gdyby przy kasach w jakimś hipermarkecie sprzedawać cukier z napisem: „Superokazja! Pół kilo cukru w cenie kilograma. Do wyczerpania zapasów!”. Poszedłby z klientem do domów jak nic.

Czy nasze dzieci też muszą takie być? Może pozwólmy im wziąć się za rękę i zaprowadzić do domu Bożego, odkrywając Ewangelię i zmieniając się w głębi? Dajmy Bogu szansę zadziałać. Ktoś powie – agituję. I dobrze powie. W dobie rozpasanej agitacji przeciwko Kościołowi i wierze kilka słów „za” nie zaszkodzi. Ale jeśli Kościół ma być lepszy, to sami go zmieńmy. Zaczynając od siebie. Bo chyba rację miał prymas Wyszyński, mówiąc: „Dajcie mi święte rodziny, a ja wam dam świętych księży”.

Jak widzimy, święto Ofiarowania przygotowuje nas do spotkania Dziecięcia-Boga, które przychodzi na świat. Jak czytamy w troparionie: „W świątyni Bożej uroczyście Dziewica się zjawia i nadejście Chrystusa wszystkim zapowiada”. Od tego dnia Kościół prawosławny wplata również w swą liturgię pieśni traktujące o Bożym Narodzeniu. I takim akcentem pozwólcie mi zakończyć niniejsze rozważania, życząc, by łaska i radość, którą otrzymujemy podczas świąt, cementowały nasze rodziny, pomagały budować mocny fundament, na którym nie tylko nasze dzieci, ale również sami będziemy mogli budować własne życie, takie niezakręcone. Wiecie, co mam na myśli:). A w budowaniu tej normalności niech pomoże nam „Czcigodniejsza od Cherubinów i Chwalebniejsza od Serafinów, Ta, która zrodziła Boga – Słowo”. Ta, której Ofiarowanie właśnie świętowaliśmy.

Tekst można również przeczytać na portalu www.Cerkiew.info ---------------------------------------------------------------------------------- Ksiądz Mariusz Synak, proboszcz parafii w Słupsku. Żona, trójka dzieci. Absolwent Ukraińskiego Państwowego Uniwersytetu Medycznego, Wyższego Prawosławnego Seminarium Duchownego i Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Redaktor serwisu www.Cerkiew.info, w przeszłości współpracownik www.Cerkiew.pl. Ma to szczęście, że lubi to, co robi, a szczególnie służbę Cerkwi, stomatologię (z tego żyje), spotkania z ludźmi. Zapalony wędkarz i miłośnik natury.

— ks. Mariusz Synak

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze ze świata

wszystkie →