Każdego z nas można określić jako człowieka żeglującego i podróżującego. Wszyscy jesteśmy w podróży, ponieważ nasze życie jest niczym innym jak wędrówką. Jesteśmy wędrowcami na tym świecie.
przeczytaj poprzednie rozważania
Ta prośba odnosi się do tych, którzy żeglują po morzu i podróżują. Nasi dalecy przodkowie najczęściej podróżowali pieszo. Obecnie spacerujemy wzdłuż wybrzeża tylko po to, by zrzuci zbędne kilogramy. W czasach starożytnych ludzie podróżowali pieszo lub - jeżeli mieli taką możliwość - konno, ponieważ nie było innego sposobu przemieszczania się. Tacy podróżnicy naturalnie potrzebowali modlitw Cerkwi, ponieważ w drodze byli zmęczeni, narażeni na niebezpieczeństwa i pokonywali wiele trudności. Wiedząc o tym, Kościół modlił się za nich, prosząc Boga, by nieustannie nad nimi czuwał.
Ale czy dzisiaj podróżujący nie są nadal narażeni na niebezpieczeństwa? Ile wypadków i nieszczęść zdarza się na drogach każdego dnia? Św. Paisjusz mówił: "Jeżeli w przeszłości Bóg strzegł świata jedną ręką, to dziś strzeże go dwiema". Sami jesteście świadkami tego, co się dzieje. Wsiadasz do samochodu i nie wiesz, czy dotrzesz do celu cały i zdrowy, czy też nie. Każdego dnia na drogach ginie lub odnosi poważne obrażenia wiele osób.
Dlatego Cerkiew obejmuje swoją modlitwą wszystkich, którzy wyruszają w drogę. I nie tylko ich. Każdego z nas można określić jako człowieka żeglującego i podróżującego. Wszyscy jesteśmy w podróży, ponieważ nasze życie jest niczym innym jak wędrówką. Jesteśmy wędrowcami na tym świecie. Św. Jan Chryzostom powiedział o tym: "Nie jesteś obywatelem, ale wędrowcem...". Jesteś podróżnikiem, który zawsze jest w drodze. A na drodze życia napotykasz wiele wydarzeń i okoliczności: szczęścia i nieszczęścia, sukcesy i porażki, niebezpieczeństwa i tysiące innych rzeczy. Na tym świecie jesteś podróżnikiem. Jesteś także żeglarzem, ponieważ unosisz się na falach morza życia. Ojcowie często porównują nasze życie do morza. Morze bywa spokojne, ale bywa też wzburzone. Dlatego wszyscy potrzebujemy spokojnej przystani, odpoczynku i pokoju, latarni morskiej, drogowskazów, które poprowadzą nas właściwą drogą.
Z wiekiem stajemy się coraz bardziej świadomi, że życie jest podróżą i że potrzebujemy obecności Boga, ponieważ nie wiemy, co napotkamy na naszej drodze. I niech nikt nie oczekuje, że spędzi swoje życie w całkowitej ciszy i spokoju. Bez względu na to, jak ostrożny i roztropny może być człowiek, bez względu na to, jak wiele warunków stworzył dla siebie, aby wieść piękne i spokojne życie, nie może jednak uniknąć pokus i ucisków.
Wielu z was zna współczesnego św. Hermana z klasztoru Stavrovuni. Mnisi pewnego klasztoru napisali do niego w liście: "...Abba, w końcu zakończyliśmy budowę naszego klasztoru i zabezpieczyliśmy go drutem kolczastym: rozciągnęliśmy drut wokół całego obwodu, aby nikt nam nie przeszkadzał". A starzec odpowiedział im: "Cieszę się, że skończyliście budować swój klasztor. Ucieszyłem się, że zabezpieczyliście go drutem. Ale chcę was zapytać: czy drut kolczasty, który rozciągnęliście wokół klasztoru, odstraszy również kusiciela?".
Niektórym okolicznościom w życiu można zapobiec, przed niektórymi rzeczami można się ustrzec i zabezpieczyć. Niemniej jednak, bez względu na to, jak bardzo człowiek stara się uchronić przed kłopotami, bez wątpienia napotka w życiu rzeczy, których nigdy by sobie nie życzył. Takie jest nasze życie. W tych trudnych chwilach potrzebujemy pomocy Boga. Bez niej człowiek nie poradzi sobie z trudnościami, one go zmiażdżą.
Wszyscy przechodzimy przez trudny okres z powodu zniszczenia bazy marynarki wojennej w Mari w lipcu tego roku. Miałem okazję spotkać się i porozmawiać z ludźmi, których krewni zginęli lub ucierpieli w wyniku eksplozji. Kilka lat wcześniej odbyłem podobne rozmowy z ludźmi, których krewni zginęli w katastrofie lotniczej. Odwiedzaliśmy cztery lub pięć rodzin dziennie i organizowaliśmy nabożeństwa żałobne. Byłem świadkiem tego, jak ważna dla człowieka jest wiara. Widziałem, jak w tych trudnych chwilach wiara ukryta w ludzkim sercu może się ujawnić, jak podbudowuje i stanowi wsparcie dla człowieka. Gdyby wiara nie podtrzymywała człowieka, nie byłby on w stanie znieść smutku, który go spotkał. Rozpacz by go przygniotła, bo nagła śmierć najbliższej i najdroższej osoby głęboko rani duszę.
Nie wiem, jak jest w przypadku innych narodów, ale na przykładzie naszych Cypryjczyków widzę, że prawosławna tożsamość pomaga człowiekowi, nawet jeżeli nie jest on szczególnie praktykujący lub jest czysto formalnym członkiem Cerkwi. W krytycznych, trudnych momentach życia wszystko, co słyszał i wie o Bogu, wszystko, czego doświadczył wcześniej w swoim własnym duchowym życiu, powraca do jego umysłu i serca - i staje się dla niego podporą i filarem, pomaga mu przetrwać szok, którego doświadcza w tych tragicznych momentach. Można go porównać do kogoś, kto wpadł do oceanu, ale chwycił się deski i dzięki niej jest w stanie utrzymać się na powierzchni i nie pójść na dno.
Przyznaję, że zawsze byłem zakłopotany i bardzo interesowało mnie, co psycholodzy mówią ludziom w tak krytycznych momentach. Powinienem od razu zaznaczyć, że szanuję psychologów i ich pracę, i radzę wielu ludziom, by udali się do psychologa, a jeszcze częściej do psychiatry. Jeżeli chodzi o psychiatrów, to zmieniłbym nazwę tych lekarzy, ponieważ nie leczą oni ludzkiej duszy (rzeczownik "psychiatra" powstał z greckich słów ψυχή (dusza) i ιατρός (lekarz)). Leki, które przypisują, leczą coś innego - na przykład mózg - ale nie duszę. Poza tym, gdyby ci lekarze nazywali się inaczej, ludzie chętniej by się do nich zwracali. Niektórzy ludzie, gdy doradzam im wizytę u psychiatry, natychmiast odmawiają. Ludzie zgadzają się na wizytę u psychologa, neurologa, ale nie u psychiatry. Mają pewnego rodzaju uprzedzenie do psychiatrów. Może ma to związek z faktem, że psychiatrzy tak naprawdę nie leczą dusz. Niemniej jednak oni również mogą pomóc. Jednak w tragicznych momentach życia, kiedy nagły smutek uderza w człowieka, co mogą zrobić leki? Z wyjątkiem złagodzenia wewnętrznego napięcia danej osoby.
Zapytałem więc matkę, starszą kobietę, której dzieci zginęły w katastrofie lotniczej, o której wcześniej wspomniałem:
- Co powiedzieli ci psychologowie, których w radiu polecano bliskim ofiar?
- Byłam u psychologa tylko raz.... - odpowiedziała niejasno.
Wyjaśniłem jej, że nie chcę umniejszać roli psychologów, ale interesuje mnie, co psycholog może powiedzieć osobie, która przeżyła ogromny dramat, jak może jej pomóc poradzić sobie z nieszczęściem, co może jej powiedzieć o tym, dlaczego śmierć dotknęła jej rodzinę.
- Poszłam tam - zaczęła swoją opowieść - i zdałam sobie sprawę, że sami psychologowie to biedni ludzie, którzy mają wiele problemów.
Rzeczywiście, co można powiedzie matce, która w jednej chwili straciła wszystkie swoje dzieci? Gdybym był psychologiem, nie wiedziałbym, co powiedzieć krewnym zmarłych. W końcu nie mieli do czynienia z jakimś nieistotnym incydentem, takim jak kradzież torby, ale ze śmiercią. I to śmiercią ich ukochanej osoby, ich dziecka. Potrafimy ze zrozumieniem stawić czoła własnej śmierci. Ale zmierzyć się ze śmiercią własnego dziecka... Jaki jest właściwy sposób radzenia sobie z tym problemem? Jakiej odpowiedzi można udzielić komuś, kto pyta: "Dlaczego moje dziecko umarło?". Myślę, że psychologom trudno jest odpowiedzieć na takie pytanie.
Jednak łaska Boża może dać człowiekowi siłę. Bóg zawsze jest przy tych, którzy doświadczyli tragicznych wydarzeń w swoim życiu. Bóg pociesza, wzmacnia człowieka, daje mu wsparcie. Nie w tym sensie, że zabiera kielich cierpienia - to jest kielich, który musimy wypić, ale daje nam pocieszenie pośród smutku, odpowiada na nasze pytania i wskazuje drogę wyjścia z martwego punktu.
Śmierć przychodzi i zabiera naszych bliskich. Ale Chrystus i Ewangelia dają ci drogę wyjścia z mroku śmierci. W jaki sposób? Poprzez wiarę w nieśmiertelność ludzkiej duszy, w Królestwo Boże, w zmartwychwstanie zmarłych, a przede wszystkim w zmartwychwstanie Chrystusa. Wierzymy, że tylko ciało jest martwe, a dusza naszego dziecka, naszych bliskich nie jest martwa, ale pozostaje blisko Boga, modli się za nas, tak jak my modlimy się za nią.
Wszyscy potrzebujemy modlitw naszych braci na naszej drodze życia. Sami powinniśmy modlić się za naszych bliźnich, nawet jeżeli nasza modlitwa składa się tylko z dwóch słów. Jak powiedział św. Paisjusz, modlitwa do Boga o pokrzepienie dusz naszych braci, którzy cierpią, pomaga im. Rzeczywiście, nierzadko ci, za których się modliliśmy, wyznawali, że w tragicznych chwilach czuli nad sobą Bożą obecność, swego rodzaju parasol, który chronił ich i strzegł przed ogarniającą ich burzą smutku i nieszczęścia.
Jesteśmy więc "żeglarzami i podróżnikami", za których modli się Cerkiew. Pływamy w głębinach życia, pośród burz, huraganów i nawałnic. Naszym zadaniem jest nauczyć się stawiać czoła wszystkim trudnościom, które nas spotykają. Jak mówi przysłowie jednego ze świętych: "Naucz się sterować statkiem, zamiast przeklinać morze". Na morzu zawsze są burze i sztormy, nie da się ich uniknąć.
Człowiek musi przejść przez zmęczenie i znużenie w swojej życiowej podróży. Wszyscy jesteśmy tymi, którzy trudzą się i dźwigają ciężary (por. Mt 11, 28). Z wiekiem coraz więcej rzeczy i okoliczności staje się dla nas uciążliwe. Czasami nawet do tego stopnia, że męczą nas rzeczy najmniejsze i najbardziej błahe.
metropolita Limassol Atanazy (tłum. Justyna Pikutin)
za: sestry.ru
fotografia: levangabechava /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.