Prezentujemy fragmenty rozmowy z duchownym Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego w Tajlandii ihumenem Olegiem (Czerepaninem), który opublikował serwis internetowy pravoslavie.ru.
Prezentujemy fragmenty rozmowy z duchownym Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego w Tajlandii ihumenem Olegiem (Czerepaninem), który opublikował serwis internetowy pravoslavie.ru.
Od niemal dziesięciu lat niesie Ojciec posługę w Tajlandii jako przedstawiciel Cerkwi rosyjskiej w tym kraju. Pewnie nie jest łatwe dla prawosławnego chrześcijanina znaleźć się w środowisku buddyjskim. Proszę powiedzieć, co Ojca tu najbardziej zdziwiło?
Czuję się w tym kraju szczęśliwy.Tak bardzo szczęśliwy, że nawet prosiłem o to, żeby pochowano mnie tutaj. Lubię Rosję, jej naród, ale tutaj są ci, komu w każdej chwili mogę powiedzieć, naśladując apostoła Pawła: Dzieci moje, oto ponownie w bólach was rodzę, aż Chrystus w was się ukształtuje (Ga 4, 19). Dla mnie to, co robię, nie jest prostym wykonywaniem obowiązków. Jest to moje życie, i już nie wyobrażam sobie innego życia. Tajowie to niesamowity naród. Często tłumaczy się nazwę ich kraju jako ziemia Tajów. Ale taj w języku tajskim oznacza wolny. Taja mimo jego naiwności nie można przekupić albo sprawić, by wykonywał coś pod przymusem. Wywarcie nawet niewielkiej presji spowoduje, że on po prostu sobie pójdzie. Tajowie są jak dzieci - naiwni i ufni. Ale nie można ich okłamywać, podobnie jak nie można tego czynić z dziećmi. Nie można przeznaczyć dla nich dwóch, trzech, a nawet dwudziestu trzech godzin własnego czasu i zostawić coś dla siebie. Należy oddać im wszystko, całą swoją miłość i serce. I wtedy dopiero można zrozumieć, co to jest Tajlandia i kim są Tajowie. Sugeruje pan, że nie jest łatwo dla prawosławnego człowieka przebywać w otoczeniu buddyjskim? Nie warto się nawet nad tym zastanawiać! Po prostu trzeba tych ludzi miłować takimi, jacy oni są. Samymi słowami niczego się tu nie osiągnie. Tajowie w tym sensie są pragmatykami. Chcą oni, idąc za apostołem Jakubem, widzieć "wiarę... z... uczynków" (Jk 2, 18). Wszystko niepochlebne, co słyszymy o Tajlandii, nie pochodzi z tego kraju, lecz z Europy, Ameryki. Kultura Tajlandii jest wysoka i cnotliwa. Europejczykom nie wypada oceniać jej na podstawie burdeli w Patpongu (dzielnica Bangkoku – przyp. tłum.), które zresztą sami Europejczycy otworzyli. Mnie natomiast zaskoczyło w tym kraju to, że zostałem przyjęty, jak swój. Czyż można nadwyrężyć to zaufanie?
W Rosji często się słyszy o owocach Ojca misji. W ciągu ostatnich lat w kraju, gdzie dotychczas nie głoszono Ewangelii, pojawili się prawosławni chrześcijanie tajskiego pochodzenia. Proszę opowiedzieć o tych Tajach, którzy przyjęli chrzest: w jaki sposób wyglądała ich droga do Prawosławia?
Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Proszę przypomnieć ewangeliczną przypowieść o siewcy. Tutaj jest tak samo. Sieję słowo Boże, wysilam się, oczekuję, okazuje się natomiast, że ziemia była kamienista. I ziarno nie wzeszło. Bywa też tak, że rozmowa miała miejsce przypadkiem, ziemia natomiast okazała się żyzna - i ziarno wzrosło i wydało plon stokrotny. Nie sposób opowiedzieć nawet krótko o wszystkich prawosławnych Tajach podczas jednego wywiadu. Powiem o kilku.
Około dziewięciu lat temu przyszedł do filii naszej Cerkwi bardzo młody człowiek w sprawie podłączenia nabytego przez nas komputera. Należało to do jego obowiązków służbowych. Padło kilka słów o Chrystusie, o prawosławiu, kilka pytań zadał on. I tyle. Żadnej, że tak powiem, misji. Chłopak przyszedł ponownie, i znów padło kilka pytań i kilka odpowiedzi. Potem zaczął uczęszczać na nabożeństwa. Następnie poprosiliśmy go o przetłumaczenie czegoś z angielskiego na tajski. Później na jego pytania udzielano odpowiedzi w seminarium duchowym w Petersburgu. W końcu ów młody człowiek o imieniu Danaj został ojcem Danielem, diakonem naszej świątyni w Bangkoku. Kto wprowadził go do Cerkwi? Bóg. Jesteśmy jedynie Jego współpracującymi. Bardzo ważne jest, aby to rozumieć. Inaczej można się załamać. Bo bywa tak, że głosisz słowo Boże, służysz, a nikt nie zwraca się do Chrystusa, nie przychodzi do świątyni. A wszystko to jest po to, abyśmy się nie unosili pychą, lecz siali ziarno Bożego słowa wszędzie. Plony wzrosną za sprawą Boga.
Co prawda, jeżeli chodzi o ojca Daniela, to chyba umiem powiedzieć, co go zafascynowało w prawosławiu. Pewnego razu to samo pytanie zadano mu w wydziale ds. religii: czemu akurat Kościół prawosławny? Są przecież katolicy, protestanci. Danaj nie wiedział jeszcze za dużo, ale jego odpowied wydała mi się interesująca. Powiedział "W Kościele katolickim śpiewają, u protestantów tańczą, modlą się natomiast tylko u prawosławnych”. Takie były jego osobiste doznania. Mamy nadzieję, że w najbliższym czasie o. Daniel zostanie kapłanem. Obecnie zapotrzebowanie na księży w Tajlandii jest bardzo duże.
Ojciec Daniel by pierwszym ochrzczonym przez nas Tajem. Po nim było wielu innych. A oto niedawny przypadek: w święto Chrztu Pańskiego, 19 stycznia, została ochrzczona Promthida Czakshuaraksa z imieniem Paraskiewy (Piatnicy). Promthida pochodzi ze starożytnego, szlacheckiego rodu, korzenie którego prowadzą do króla Ramy IV; ma ona wykształcenie prawnicze i znana jest ze swoich osiągnięć w dziedzinie strzelectwa. Ponad pół roku, pozostając wyznawczynią buddyzmu, w charakterze katechumenki przychodziła ona do naszej cerkwi oraz pomagała jak mogla w świątyni. Czemu buddystka zaczęła chodzić do cerkwi - Bóg wie. Ale właśnie tu znalazła ona pokój dla duszy, zrozumienie i przyjaźń. Każdy ma swoją drogę. Ale jeszcze raz chciałbym podkreślić: wszystko czyni Pan.
Jakie cechy narodowe Tajów sprzyjają przyjęciu prawosławie, a jakie, odwrotnie, mogą stanowić przeszkodę w podjęciu takiej decyzji?
Przede wszystkim chciałbym zaznaczyć wewnętrzne dążenie Tajów do wszystkiego prawdziwego, autentycznego. Ma to swoje wytłumaczenie. Blisko 90% mieszkańców Tajlandii wyznaje buddyzm, a dokładniej jego odmianę theravada, dosłownie naukę starszych. Buddyści należący do tej odmiany mają dosyć negatywny stosunek do wszelkich prób wprowadzenia jakichkolwiek zmian w nauce i kulcie ich religii. Są oni dumni z tego, że wyznają oryginalny, niezmieniony buddyzm. Innymi słowy, tajscy buddyści są swego rodzaju buddyjskimi ortodoksami. Dlatego w przypadku, gdy Taj, który dotychczas wyznawał buddyzm, będzie chciał świadomie zostać chrześcijaninem, a w dodatku za jego wyborem nie stoją kwestie merkantylne, to z dużym prawdopodobieństwem można przewidzieć: jeśli będzie miał jakąś wiedzę o Prawosławiu, to zostanie on członkiem Cerkwi. Nieprzypadkowo podczas rejestrowania swojego wyznania nasi ochrzczeni Tajowie długo się zastanawiali, jak przetłumaczyć na tajski wyraz prawosławny. Zwykle korzysta się ze słowa ortodoks napisanego po tajsku, ale jest to kalka z angielskiego, nic nie mówiąca sercu i umysłowi Taja. Nasi Tajowie zdecydowali się na przetłumaczenie wyrazu prawosławny jako dan-deem, co oznacza "prawdziwy, niezmienny, rzeczywisty". Na moją prośbę do tego określenia dodano w nawiasach napis - ortodoks, co jest z kolei bardziej zrozumiale dla nas.
A teraz o problemach. Przede wszystkim, odczuwalne są rozbieżności w odbiorze świata i człowieka przez buddystów i chrześcijan. Chrześcijanie widzą człowieka w świetle wiary, buddyści natomiast patrzą na niego wyłącznie przez pryzmat przyczyny.
W Tajlandii, jak zresztą w całej Azji Południowo-Wschodniej, rozpowszechniony jest pogląd, że we wszystkich religiach chodzi o to samo, są jedynie odmienności uwarunkowane kulturą i tradycją. Takiego rozumowania naucza się począwszy od szkoły podstawowej. Skutkiem tego jest pewność Taja, że buddyzm jest jedyną prawdziwą, uniwersalną oraz wieczną religią. Buddyści bez trudu zgadzają się na uznanie chrześcijaństwa, ale tylko w ramach tej uniwersalnej religii. Buddyzm jest skłonny uznać chrześcijaństwo za formę animizmu albo uznać Chrystusa za jedno ze wcieleń Buddy. Natomiast nauka o Chrystusie jako jedynej drodze do zbawienia jest dla buddystów absolutnie nie do przyjęcia z powodu nadmiernej, ich zdaniem, "pychy" takiego założenia. Mianowicie uniwersalizm buddyzmu prowadzi do tego, że ludność miejscowa nie akceptuje misji chrześcijańskiej.
Bardzo wiele z problemów stwarzających trudności w przejściu Tajów na chrześcijaństwo wykreowali sami chrześcijanie: katolicy oraz protestanci. Nie jest tajemnicą, że wszystkie kraje Azji Południowo-Wschodniej zostały podbite przez Anglię i Francję; chrześcijaństwo przyszło do tych krajów jako religia okupantów. Począwszy od szesnastego wieku niebezpieczeństwo utraty niepodległości dotyczyło również Tajlandii (wówczas - Syjamu). Kompleks, że ewangelizacja jest niebezpieczeństwem dla niepodległości państwa, jest trudny do przezwyciężenia. Głoszenie ewangelii czasem jest również odbierane jako niebezpieczeństwo dla religii narodowej - buddyzmu. Tajowie, świadomie czy podświadomie, boją się zostawać chrześcijanami z powodu bojaźni „przestania być Tajem". Zwykły Taj jest przekonany, że człowiek powinien należeć do tego wyznania, w którym się wychował od dziecka. Zmiana religii jest traktowana jako zdrada.
Wspólnota prawosławnych w Bangkoku, naturalnie, składa się nie tylko z rdzennych prawosławnych Tajów, ale też z ludzi, dla których prawosławie jest religią rodzimą. Proszę opowiedzieć o tej części swoich parafian. Czy przyjechali oni do Tajlandii jako ludzie praktykujący czy zaczęli chodzić do świątyni dopiero po okazaniu się w obcym kraju?
Większość parafian przed przyjazdem do Tajlandii była ludźmi niepraktykującymi, a jednocześnie spragnionymi głębi. Dopiero łaska Ducha Świętego, która dotknęła ich serc podczas chrztu, oświeciła ich dusze. I dopiero tu docenili oni to, czym gardzili albo o co nie dbali mieszkając u siebie. Mam na uwadze nie tylko Rosjan. Wśród parafian są też Ukraińcy, Rumuni, Grecy, Serbowie, Bułgarzy. Jest również Anglik i Francuz. Czasem nie wiadomo, w którym języku sprawować nabożeństwo. Staramy się, aby nikt się nie czuł wyobcowany. Dlatego modlitwy są odmawiane zarówno w języku cerkiewnosłowiańskim, jak i rumuńskim, greckim, angielskim. I coraz częściej w języku tajskim.
Kilka lat temu sytuacja materialna parafii była na tyle ciężka, że istniało niebezpieczeństwo jej zamknięcia. Porozmawiałem o tym szczerze z parafianami. Ludzie uświadomili sobie, że to jest ich cerkiew i że są oni odpowiedzialni za jej istnienie na ziemi tajskiej. Budowaliśmy i zdobiliśmy świątynię sami. Modliliśmy się wtedy na świeżym powietrzu, pod drzewem mango. Obecnie w świątyni nie ma rzeczy na sprzedaż. Jedynym źródłem utrzymania jest skarbonka dla parafian przyjezdnych i tymczasowych oraz dobrowolne comiesięczne ofiary na potrzeby świątyni ze strony stałych parafian. Powiem szczerze: czasem bywa tak, że ciężko zrozumieć, kto komu ofiaruje. Jeśli ktoś z parafian znajduje się w ciężkiej sytuacji materialnej, Cerkiew mu pomoże. I wszyscy o tym wiedzą.
W ostatnim czasie oprócz naszej parafii pod wezwaniem św. Mikołaja w Bangkoku pojawiły się prawosławne wspólnoty na Phuket i w Pattaya. Obecnie wznoszone są tam świątynie. Trzeba poświęcać dużo uwagi również dla tych parafii, często tam jeździć, dzwonić, pisać.
Chcę zauważyć, że obserwuje się obecnie zjawisko zbliżania się wspólnot. Jeżeli kiedyś każda świątynia dbała o siebie, to teraz jest inaczej. Na przykład, kiedy parafia w Bangkoku nie miała pieniędzy na wypłatę pensji dla o. Daniela, to zostały one przekazane z Phuket. Z powodu wzrostu zakresu działalności Cerkwi w Tajlandii nie jestem już w stanie ogarnąć wszystkich spraw. Pomagają mi w tym w sposób stały i bezinteresowny dwaj nasi parafianie. Chciałbym powiedzieć, że mam najlepszych parafian. Jeżeli ktoś nie wierzy, to zachęcam do przyjazdu i sprawdzenia.
Jakie trudności spotykały parafię na początku?
Prawosławie nigdy dotąd nie było obecne w Tajlandii czy Syjamie, dlatego powstanie nowej wspólnoty prawosławnej w Bangkoku i obecność kapłana - cudzoziemca odebrano niejednoznacznie. Władze nie uznały Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego w Tajlandii jako nowej religii. Dopiero po oficjalnej wizycie metropolity smoleńskiego i kaliningradzkiego Cyryla w 2001 roku, podczas której odbyło się spotkanie hierarchy z przedstawicielami władz państwa, oraz po zapoznaniu się przez władze Tajlandii z całą sytuacją, kwestia rejestracji została ponownie rozpatrzona.
Uważam się za człowieka wytrwałego. Ale uwierzcie, byłem wycieńczony tempem i liczbą zdarzeń mających miejsce w trakcie wizyty obecnego patriarchy rosyjskiego do Tajlandii. W okresie jego pobytu spaliśmy chyba nie dłużej niż pięć godzin w ciągu doby. Władyka miał do dyspozycji jedynie trzy dni. Trzy dni jego natężonego wysiłku zapoczątkowały uznanie przez państwo tajlandzkie Kościoła prawosławnego. Patriarcha moskiewski i całej Rusi Cyryl jest dla prawosławnej owczarni Tajlandii nie tylko zwierzchnikiem Cerkwi rosyjskiej, mądrym arcypasterzem oraz znakomitym mówcą. Jest on apostołem Tajlandii. Nieprzypadkowo wszyscy nasi Tajowie, szczególnie ci, którzy spotkali się z nim osobiście, noszą przy sobie jego zdjęcie.
Jak się układają wzajemne stosunki prawosławnej wspólnoty Tajlandii z większością buddyjską oraz przedstawicielami innych religii?
Nie mamy żadnych problemów czy też napięć z buddystami Od razu po przyjeździe do tego kraju spotkałem się ze zwierzchnikiem tajlandzkich buddystów. Tych spotkań jeszcze przed rejestracją RKP w Tajlandii było kilka. Obecnie Cerkiew w ramach działalności dobroczynnej i społecznej wśród ludności miejscowej przy udzielaniu pomocy potrzebującym nie uwzględnia różnic wyznaniowych. Nie utrzymujemy praktycznie żadnych stosunków z muzułmanami, którzy zamieszkują południową cześć kraju. Uczestniczymy w spotkaniach z przedstawicielami innych wyznań chrześcijańskich, głownie z katolikami oraz protestantami, gdy w trakcie spotkań są rozpatrywane projekty społeczne. Nie uczestniczymy we wspólnych nabożeństwach z chrześcijanami spoza Cerkwi. Kierujemy się w tej kwestii kanonami oraz decyzjami Soborów Biskupów RKP. Bardzo ważne jest wytłumaczenie innym chrześcijanom, że powstrzymujemy się od wspólnych modlitw nie z powodu pogardy do nich. Po prostu nie możemy profanować jedności, sprawiając wrażenie, że ta jedność istnieje tam, gdzie jej tak naprawdę nie ma. Takie nasze stanowisko jest odbierane ze zrozumieniem i szacunkiem.
Czy podczas Ojca posługi zdarzały się cuda?
Mówiąc szczerze, każdy z dni dziesięcioletniego okresu rozwoju prawosławia na ziemi tajskiej jest dla mnie cudem Bożym. Trudno mi teraz wyobrazić sobie, jak mogłem dokonać czegokolwiek po przyjeździe do Tajlandii z szarej rosyjskiej wioski, nie mówiąc prawie po angielsku i zupełnie nie znając tajskiego. Czyż to nie jest ewidentny cud?
Mogę powiedzieć, że przypadków cudownego wstawiennictwa Bożego wśród moich parafian było sporo. Ale jest to kwestia spojrzenia. Dla niewierzącego jest to przypadek czy zbieg okoliczności, dla nas zaś - cud i miłosierdzie Boże.
Już Atanazy Nikitin, podróżnik rosyjski żyjący w piętnastym wieku, żalił się, jak ciężko jest prawosławnemu zachować swoją wiarę w obcym środowisku. Czy mógłby Ojciec udzielić jakichś rad ludziom, wyjeżdżającym z różnych powodów do krajów o odmiennej religii i kulturze? Jak zachować wiarę na obczyźnie?
Od czasów A. Nikitina upłynęło jednak sporo czasu. I pytanie o zachowanie wiary dla prawosławnego chrześcijanina według mnie że nie stoi obecnie aż tak ostro, jak w piętnastym wieku. W przypadku braku świątyni prawosławnej w kraju pobytu albo nawet w państwach sąsiednich, co jest już zupełnie nieprawdopodobne, należy pamiętać, że istnieje Internet. Wystarczy regularnie zaglądać na portale cerkiewne, ażeby nadal czuć się prawosławnym i nie zapomnieć dat postów i Paschy. Temu, kto uważa się za prawosławnego i znalazł się na obczyźnie, mogę poradzić, by chodził jak najczęściej do świątyni , spowiadał się, przystępował do Eucharystii, pamiętał o niedoskonałości życia doczesnego i trzymał się Cerkwi jak własnej Matki.
Rozmawiał Jurij Maksimow Za: Pravoslavie.Ru Na zdj.: cerkiew św. Mikołaja w Bangkoku Metropolita smoleński i kaliningradzki Cyryl (po lewej) i diakon Daniel Vanna
— tłum. Andrzej Nieścierowicz, Szymon Krzyszczuk
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.