śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 12 maja 2013

Ojciec Wania

Wywiad z archimandrytą Pachomiuszem (Biełkowem) Harper Woods to niewielkie miasteczko w odległości pół godziny samochodem z Detroit.

0 czytelników poleca

Wywiad z archimandrytą Pachomiuszem (Biełkowem)

Harper Woods to niewielkie miasteczko w odległości pół godziny samochodem z Detroit. Na jego terenie położony jest rosyjski monaster pw. św. mnicha Sawy Uświęconego. Do jego powstania przyczynił się archimandryta Pachomiusz (Biełkow). W marcu portal Pravoslavie.ru przeprowadził wywiad z tym niezwykłym duchownym. W trakcie rozmowy ojciec Pachomiusz opowiedział zarówno o historii wspólnoty, pięknej architekturze monasteru, jak i przybliżył życie prawosławnych Rosjan w USA.

Ojcze Pachomiuszu, dlaczego rosyjski monaster i dlaczego tutaj, w środku Ameryki: ani w półrosyjskim Nowym Jorku, ani w ciepłej Kalifornii z jej ukształtowaną w ciągu ostatnich pięciu dziesięcioleci liczną diasporą rosyjską?

Jest to długa historia, która ma początek w moim dzieciństwie. Mój ojciec jest Rosjaninem, mimo że się urodził w Ameryce, mama natomiast jest Angielką. Dzieciństwo spędziłem z angielskimi rodzicami mamy. Moja religijna, nawet bym rzekł, uduchowiona babcia była anglikanką starego wyznania i prawosławie było dla niej zawsze bliskie.

Mojego rosyjskiego dziadka o imieniu Łukasz nigdy nie widziałem. Przed rewolucją mieszkał w sierocińcu, ale potem poznał pewnego biskupa, został jego nowicjuszem i śpiewającym. Władyka zaczął traktować go jak własnego syna. Kiedy w Rosji zbliżał się przewrót, dał mu pieniądze, by chłopak wyjechał za granicę. W ten sposób dziadek znalazł się w Chicago. Jego marzeniem było zostanie prawosławnym księdzem, ale szukając pracy musiał jeździć po całym kraju. Z Chicago przeprowadził się do Detroit i podobnie jak wielu ówczesnych rosyjskich imigrantów dostał pracę w zakładach Forda. Ożenił się z dziewczyną z Charkowa Jeleną Zajką. Ich syn, a mój ojciec – Mark Łukicz Biełkow – urodził się już w Ameryce.

Tata był oficerem i prawie cały swój czas spędzał w wojsku, dlatego moim wychowaniem zajmowała się mama. Zostałem ochrzczony w Cerkwi, ale mama często chodziła do świątyni anglikańskiej i zabierała mnie ze sobą. Z tego powodu w latach szkolnych znałem wielu przedstawicieli duchowieństwa anglikańskiego. Pewnego razu jeden z dostojnych biskupów Kościoła anglikańskiego poprosił mnie, żebym go odwiózł do świątyni prawosławnej w celu oddania czci Iwerskiej Ikonie Bogurodzicy. Jechać należało do miasta Goshen w stanie Indiana.

Tam chyba po raz pierwszy usłyszałem, jak celebrowano po cerkiewnosłowiańsku. Ale nie tylko to mnie zdziwiło. Na ścianie budynku cerkwi zobaczyłem duży portret księdza namalowany olejem. Znam go – powiedziałem biskupowi. To jest niemożliwe – odpowiedział. – Zmarł jeszcze przed twoim urodzeniem. Ale mimo wszystko znam go – upierałem się.

Na zdjęciu przedstawiony był kapłan, który sprawował uroczystości żałobne mojego dziadka jeszcze zanim się pojawiłem na świecie. Ojciec nie był w stanie dostać zwolnienia z wojska na czas pogrzebu, dlatego wysłano mu zdjęcie. Przechowywał je przez całe życie, ja z kolei jako dziecko wchodziłem do szafy, gdzie leżała fotografia, i, oczywiście, zapamiętałem twarz. Kapłan Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego poza Granicami Rosji nazywał się Aleksandr Znamienskij. Amerykańskie korzenie naszej rodziny są więc tu – w moim ojczystym mieście Detroit.

Dorastał ojciec w czasie zimnej wojny, kiedy wielu imigrantów, tym bardziej ci, którzy byli związani z armią amerykańską, zmuszeni byli do zapomnienia o ich rosyjskim pochodzeniu, języku, niektórzy nawet zmieniali nazwiska...

W tym czasie tata faktycznie zaczął mówić wyłącznie po angielsku, ale przez całe życie pamiętał rosyjski i rozumiał absolutnie wszystko. Do mnie również zwracano się po angielsku – John. Po skończeniu college'u dostałem się na fakultet języka i literatury rosyjskiej Uniwersytetu w Oakland, po skończeniu którego zamierzałem dostać się do Seminarium Duchownego św. Włodzimierza. Jednak na ostatnim roku studiów nasza wykładowczyni Jelena Gieorgijewna Kowacz-Tarakanowa, zwracając się do mnie w manierze rosyjskiej, powiedziała: Wania, szukamy młodego człowieka do sekcji tańca kozackiego. Odpowiedziałem, że wcale nie zamierzam tańczyć, lecz chcę zostać kapłanem. Uwierz, w ten sposób będziesz mógł bezpłatnie pojechać do Rosji, namawiała Jelena Gieorgijewna.
Zgodziłem się i wkrótce wraz z grupą taneczną naszego uniwersytetu po raz pierwszy w życiu trafiłem do Rosji. To było jeszcze za Breżniewa, latem, przed dostaniem się do seminarium.

Po powrocie zrozumiałem, że Seminarium św. Włodzimierza nie ma nic wspólnego z Kościołem rosyjskim – jest zbytnio „współczesne”, powiedziałbym. Ojciec poradził mi składać papiery do Seminarium św. Tychona w Południowym Kanaanie, które również znajduje się w jurysdykcji Kościoła Prawosławnego w Ameryce. Przed rekrutacją spotkałem się z rektorem, wówczas jeszcze biskupem Hermanem, późniejszym zwierzchnikiem OCA, miłośnikiem wszystkiego ruskiego, i powiedziałem mu, że dopiero wróciłem z Rosji.

Opowiedz mi o wszystkim, co tam widziałeś! – poprosił, a po wysłuchaniu powiedział: Masz ruską duszę. Dostawaj się na studia. Mam nadzieję, że zostaniesz mnichem.

Władyka pobłogosławił mnie na bycie jego nowicjuszem i subdiakonem.

Po skończeniu seminarium niosłem posługę w parafii w mieście Lorain w stanie Ohio, w której większość stanowili imigranci z Bułgarii oraz Macedonii, a później w soborze Wszystkich Świętych w Detroit. Tam parafianie w większości byli Rosjanami. Mianowicie tam zacząłem wypowiadać się w sprawie zachowania starego – juliańskiego – kalendarza i z tego powodu musiałem opuścić OCA i przejść do Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego poza Granicami Rosji.

Miałem skłonność do życia monastycznego. Ówczesny pierwszy hierarcha Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego poza Granicami Rosji metropolita Witalis (Ustinow) skierował mnie do odbudowywania Mahopac – miejsca, do którego na początku lat 50. XX w. przeprowadził się z Europy Synod Cerkwi Zarubieżnej. Po przyjeździe zobaczyłem całkowicie zniszczony budynek. Będąc zawodowym cieślą rozumiałem, że rekonstrukcja tego, co było, jest już niemożliwa. Tym bardziej nie byłem w stanie przeprowadzić jej tylko dzięki własnym siłom. Wówczas metropolita Witalis zaproponował mi założenie monasteru w Michigan i dał na to trzy lata...

I jak wyglądał początek?

Na początku kupiłem dom. Miałem znajomą Rosjankę o imieniu Jewdokija. Jej mąż i jedyny syn zmarli, dlatego traktowała mnie jak własnego syna. Kupiła dom i monaster w pięknym miejscu – Grosse Pointe, ale hierarchowie Cerkwi zarubieżnej byli zgodni, że mnich nie może posiadać dobrego domu. Wówczas zdecydowaliśmy się sprzedać ten dom i znaleźć inny, który pasowałby bardziej do celi mniszych. Zaproponowaliśmy za nasz dom cztery razy więcej niż faktycznie kosztował. Metropolita Witalis powiedział: Jeżeli masz wybudować monaster, to dom zostanie sprzedany... Po trzech dniach od momentu zgłoszenia oferty sprzedaży dom kupiono za podaną przez nas kwotę. Cud!

Zacząłem szukać budynku odpowiedniego do urządzenia w nim monasteru i pewnego razu natrafiłem na nieznane do tej pory miejsce: zobaczyłem dobrą działkę i mężczyznę z kobietą, którzy wbijali w ziemię ogłoszenie o sprzedaży. Budynek stojący na działce, jak się później dowiedzieliśmy, służył jako ośrodek dzienny do opieki nad dziećmi niepełnosprawnymi. Niewielkie pokoiki idealnie nadawały się do urządzenia w nich cel mniszych. Zresztą, za działkę żądano niewiele. Wytłumaczyłem, że muszę uzyskać zgodę biskupa na zakup i poprosiłem o zawieszenie ogłoszenia. Mąż najpierw się na to nie zgodził. Mówił, że włożył w zmianę wnętrza wiele pieniędzy i że pilnie muszą ten dom sprzedać. Wreszcie zgodzili się poczekać dosłownie kilka dni i opowiedzieli, że planują udać się w pielgrzymkę do Ziemi Świętej i dlatego tak się śpieszą ze sprzedażą. Obiecałem, że zorganizujemy dla nich niezapomnianą pielgrzymkę, niech tylko poczekają kilka dni. Sam natomiast zadzwoniłem do siostry Mojsei z monasteru Wniebowstąpienia Pańskiego na Górze Oliwnej, wszystko jej wytłumaczyłem. Obiecała pokazać temu katolickiemu małżeństwu wszystko, co najciekawsze.

Byli pod dużym wrażeniem i sprzedali dom zupełnie tanio. To był początek, wszystkie inne budynki, pomodliwszy się, nabywałem osobno: w jednym był garaż, w innym – magazyn... Było tak, że ludzie przychodzili od rana i pytali, czy nie chcemy kupić ich nieruchomości. Kupowałem, a później sam przebudowywałem i zmieniałem wystrój.

A jak ojciec widzi przyszłość monasteru?

Po trzynastu latach istnienia monaster okazał się nie taki, jakim go zamierzałem urządzić. Chciałem założyć cichą wspólnotę mniszą dla pięciu-sześciu mnichów ze sprawowanymi codziennie nabożeństwami. Ale nie mogłem zostawić moich parafian, którzy chcieli modlić się podczas nabożeństwa w języku cerkiewnosłowiańskim i używać kalendarza juliańskiego. Zostali oni parafianami monasteru, w dodatku dwudziestu Amerykanów przyjęło w tym okresie prawosławie w naszym monasterze. W ten sposób siłą rzeczy monaster uzyskał kierunek misyjny i obecnie jest to jedna z największych parafii w stanie Michigan. Sprawujemy posługę nie tylko dla naszej małej wspólnoty mnichów, ale również dla świeckich, albowiem mnich musi się dzielić skarbami wiary z bliźnimi. A zatem, dzielimy się...

Kiedy zobaczyłem, że na nabożeństwa uczęszcza wielu ludzi, zacząłem prowadzić lekcje z historii Cerkwi, historii ikonografii i architektury cerkiewnej. Lekcje miały trwać 45 minut plus czas na pytania i odpowiedzi, ale ludzie nigdy się nie rozchodzili wcześniej niż po dwóch i pół godziny. W tym czasie wszyscy robili się głodni i nie mogliśmy wypuścić ludzi w takim stanie. Zaczęliśmy z Jewdokiją robić kanapki, myśleliśmy nawet nad zbiórką pieniędzy na otwarcie restauracji. A potem Jewdokija zmarła i musiałem zajmować się lekcjami i poczęstunkiem sam...

Biorąc pod uwagę, że w prowincjonalnej Ameryce znalezienie parafian mieszkających niedaleko cerkwi jest zasadniczo trudne, jak ojciec sobie z tym radził?

Zacząłem się modlić i prosić Pana o posłanie mi mnicha, który by mi pomagał.

Pewnego razu dostałem na swoją skrzynkę elektroniczną e-maila. Pisał nieznajomy młody człowiek, że dowiedział się o mnie od Rosjan w kurorcie, gdzie do niedawna pracował. Pochodzi z Pragi, jest menedżerem w sferze hotelarstwa i biznesu restauracyjnego. Z powodu konfliktu z żoną zamierzał wrócić do ojczyzny. Zaczął pakować rzeczy i znalazł moją wizytówkę. Wieczorem, kiedy miał wylecieć z Detroit, pojechałem na lotnisko i zabrałem go na wieczernię. Nie mógł uwierzyć, że w jakimś miasteczku Harper Woods w amerykańskim Michigan słyszy język cerkiewnosłowiański, jak to było w rodzinnej Morawii!

Piotr poprosił o pomieszczenie i obiecał zrobić w nim restaurację, dochody z prowadzenia której będą przekazywane na potrzeby monasteru i realizację naszych programów dobroczynnych. Miało to miejsce 5 lat temu. Obecnie nasza restauracja z kuchnią rosyjską, która jest nazwana na cześć męczennika cara Mikołaja i jego rodziny Royal Eagle (Carski orzeł), zajmuje jedną z najwyższych pozycji wśród restauracji miasta Detroit. Częstymi gośćmi są u nas artyści rosyjskiego baletu, cyrku, rosyjscy hokeiści. Artyści Śnieżnego show Wiaczesława Połunina, znany klaun Aleksandr Frisz podczas koncertowania w USA zawsze przyjeżdżają do nas.

Po upadku reżimu komunistycznego, jeszcze przed moimi postrzyżynami mniszymi, ochrzciłem w murach monasteru około 60 rosyjskich artystów. Większość zna mnie jako ojca Johna, a niektórzy mówią wprost: „ojciec Wania”.

Wśród naszych dobrych przyjaciół i dobroczyńców są Michał i Marian Iliczowie – właściciele znanego klubu hokejowego Detroit Red Wings i drużyny baseballowej Detroit Tigers. Nasz monaster nie jest jedynym projektem dobroczynnym rodziny Iliczów. Ich pierwszą akcją, którą przeprowadzili 20 lat temu, było założenie ruchomej restauracji Ulubiona kuchnia małego Cesarza, która obsługiwała bezdomnych i pomagała dostarczać żywność tym, którzy ucierpieli z powodu powodzi i innych klęsk żywiołowych.

Wspaniałą częścią monasteru są muzeum i biblioteka. Jak wygląda ich historia?

Bibliotekę zacząłem organizować będąc jeszcze studentem Seminarium św. Tychona. Kapłani w podeszłym wieku przekazywali mi książki, które się okazały prawdziwym skarbem. Jakiś czas temu monasterowi przekazano w charakterze daru kolekcje dwóch bibliotek liczące sześć tysięcy książek z teologii oraz dzieła świętych ojców, książki o sztuce, historii i ogrodnictwie.

Pewnego razu mój przyjaciel archimandryta Teodozjusz przyjechał tu z Ziemi Świętej, zobaczył naszą bibliotekę i nie wierzył własnym oczom. Przekazał monasterowi swoje książki i kolekcję rosyjskich antyków, część której została eksponatami muzeum.

Dlaczego przekazał właśnie wam?

Uznał, że będzie to bezpieczne miejsce. Archimandryta Teodozjusz pochodzi z Australii, gdzie przez długi czas prowadził praktykę prawniczą. Naturalnie, nie jest człowiekiem biednym. Przez całe życie kolekcjonował dzieła rosyjskiej sztuki sakralnej, w tym ikony. Wiem, że ich nie sprzedasz i nie kupisz sobie za nie mercedesa, powiedział mi. To prawda, nie mam własnego samochodu, mam bardzo skromną celę, a całe to piękno jest przeznaczone dla tych, którzy do nas przychodzą. W naszej świątyni, rzeczywiście, są stare ikony i utensylia cerkiewne, ale muzeum otwieramy do zwiedzania tylko raz w roku, natomiast monaster jest wyposażony w niezawodny komputerowy system ochrony. Po rozpoczęciu nabożeństwa w celu uniknięcia przedostania się na teren monasteru nieznanych ludzi, zamykamy bramę monasterską, dlatego parafianie przychodzą przed rozpoczęciem służby. Tym, którzy się spóźnili, radzimy planować swój przyjazd tak, aby dotrzeć w odpowiednim czasie.

Czy nadal w czasie między nabożeństwami pracuje ojciec jako cieśla?

Do tej pory zajmuję się prawie wszystkimi sprawami w monasterze: jestem kapłanem, ogrodnikiem, ikonopisarzem, cieślą... Nie znam się tylko na elektryce. Czasem pomaga mi Piotr. Natomiast, jeśli planujemy coś większego, to korzystamy z pomocy budowniczych. Obecnie trwa u nas remont dachu. Wcześniej robiłem to również sam, ale obecnie nie zajmuję się tym ze względu na wiek i stan zdrowia.

Jak wygląda rozkład nabożeństw w monasterze?

O godzinie 7 rano służymy jutrznię i Liturgię, w południe – godziny kanoniczne, wieczorem – dziewiątą godzinę kanoniczną i wieczernię. We wszystkich nabożeństwach mogą uczestniczyć parafianie, z wyjątkiem wieczornego nabożeństwa dla mnichów o godzinie dwudziestej pierwszej.

Służby w naszym monasterze są sprawowane w językach cerkiewnosłowiańskim oraz angielskim według ruskiego Typikonu – tak jak mnie nauczono w Seminarium św. Tychona i w Cerkwi zarubieżnej 25 lat temu, czyli na początku mojej posługi duszpasterskiej.

Czy często ojciec bywa w Rosji?

Całe moje życie jest związane z Rosją. Niestety, nie mam dobrej praktyki językowej, ale wszystko rozumiem po rosyjsku.

Podczas ostatniego pobytu w Moskwie zachorowałem. Lekarze wykryli raka. Nie odważyłem się położyć do miejscowego szpitala. Kiedy wróciłem do domu, przyjechał do mnie ojciec Teodozjusz i przywiózł ze sobą wielką cząstkę relikwii świętej męczennicy mniszki Elżbiety. Przed operacją pomodliłem się i dotknąłem relikwii. Przywieziono mnie na salę zabiegową, zrobili znieczulenie i zasnąłem, po czym miałem objawienie. Zobaczyłem siedzącego na tronie Zbawiciela w otoczeniu aniołów i księżną Elżbietę Fiodorownę. Podeszła do mnie, obudziła i powiedziała: Wszystko się skończyło. Pracuj dalej... Zacząłem płakać i się obudziłem.

Pielęgniarka pomyślała, że czuję ból. Ja natomiast powiedziałem jej, że widziałem Pana i świętą Elżbietę. Milcz – powiedziała mi. – Nic nie mów, ponieważ mogą cię skierować do szpitala psychiatrycznego.

Przyszła pani doktor, zawołała mamę i ojca Teodozjusza. Powiedziała, że nie mam żadnego raka. Do mnie zaś powiedziała, kiedy nikogo w pobliżu nie było: Ojcze, zrobiliśmy zdjęcia, wszystko dokładnie sprawdziliśmy: nie ma raka. Niech ojciec wraca do domu. Jest to cud!

W ten oto sposób Pan dał mi możliwość dobudowania monasteru. Planowałem go zrobić na podobieństwo Ławry św. Sergiusza, tylko na ziemi amerykańskiej. 13 lat temu zacząłem budowę. Widzicie, co z tego wyszło...

Rosyjskie prawosławie ma zapotrzebowanie na prawdziwy rosyjski ośrodek na Środkowym Zachodzie Ameryki. Musi to być godne i piękne miejsce, dokąd mogłoby przyjeżdżać zarówno duchowieństwo, jak i pielgrzymi, przedstawiciele biznesu, kultury. Nie jestem zainteresowany utworzeniem tu anglojęzycznego monasteru, chcę sprawować opiekę nad ruskimi ludźmi mieszkającymi w tym regionie. Już teraz co tydzień przyjeżdżają do nas setki pielgrzymów, w skali roku zaś – tysiące.

Ale takim ośrodkiem przez długi czas był Jordanville, który mianował się ośrodkiem Rosyjskiej Zagranicy. Również ojciec zaczynał budować monaster pod omoforionem tego Kościoła, natomiast kontynuował już w jurysdykcji Kościoła bułgarskiego...

Po odejściu metropolity Witalisa (RKPpGR) z powodu niepewności sytuacji mój ojciec duchowy poradził mi przeczekać wszystkie możliwe wstrząsy pod omoforionem Bułgarskiego Kościoła Prawosławnego w USA. W ciągu tych lat jego zwierzchnik metropolita Józef był dla mnie żywym przykładem świętości i ojcowskiej miłości. Wykształcenie teologiczne otrzymał w Ławrze św. Sergiusza, dobrze mówi po rosyjsku. Jestem wdzięczny władyce za możliwość znajdowania się pod jego omoforionem do czasu, kiedy w rosyjskim prawosławiu za oceanem zmieni się klimat polityczny. Po 30 latach posługi w Ameryce metropolita Józef planuje wrócić do Bułgarii, zaś moje serce przemawia do mnie, że należy wracać do domu – do Cerkwi rosyjskiej. Władyka powiedział mi, że dla mnie i dla monasteru wyrazi zgodę na przeniesienie się do innej jurysdykcji tylko wtedy, kiedy zobaczy, że jest ktoś, kto rzeczywiście będzie się opiekował monasterem i moimi trudami w nim. Takie słowa arcypasterza kosztują drogo...

Zarówno w okresie nastoletnim, jak i w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat, całe moje życie było nierozłącznie związane z rosyjskim prawosławiem i rosyjską kulturą. Bez względu na to, że urodziłem się w Ameryce, zawsze pragnąłem dostać rosyjskie obywatelstwo zanim opuszczę ten świat. Choć... Mnich przecież nie jest częścią jakiegoś jednego kraju; już tu, na ziemi, jest obywatelem Nieba.

Kiedy wywiad został już napisany...

Na posiedzeniu Synodu Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego poza Granicami Rosji monaster pw. św. mnicha Sawy Uświęconego został przyjęty pod jego omoforion jako stauropigialny. Przełożonym monasteru obecnie jest Pierwszy Hierarcha RKPpGR Metropolita Wschodnio-Amerykański i Nowego Yorku Hilarion.

Rozmawiała Tatiana Wiesiełkina
(Detroit – Harper Woods – Nowy York)
zdjęcia: Tatiana Wiesiełkina

Na podstawie: Pravoslavie.ru

— tłum. z rosyjskiego Andrzej Nieścierowicz

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Najnowsza publicystyka

wszystkie →

Najnowsze z Polski

wszystkie →