Dla Jezusa każda złamana – grzechem, brudem, cierpieniem, szaleństwem – istota nadal była umiłowanym dziełem Boga, Jego dzieckiem, mającym w sobie piękno Najwyższego, bo stworzonym na Jego obraz i podobieństwo. Jak więc Bóg mógłby ich całkowicie odrzucić, odciąć się od nich?
Studnia Jakubowa, okolice miasteczka Sychar w Samarii. Wczesnym rankiem spieszą do niej kobiety niosące dzbany. Chcą szybko zaczerpnąć wody i wrócić do domu przed upałem dnia. Witają się, śmieją, rozmawiają o tym, co się od wczoraj wydarzyło. Jest gwar, jest praca, jest wzajemna pomoc.
To samo miejsce, południe. Ziemia i powietrze rozgrzane palącym słońcem. Do studni w milczeniu zmierza samotna postać. Nikt jej nie wita i ona nie ma kogo pozdrowić. Nikt jej nie pomoże. To ta, która „nie ma męża. Która miała pięciu mężów, a ten, którego ma teraz, nie jest jej mężem” (J 4, 17-18). Tradycja nada jej imię Fotyna.
Może skomplikowana historia życiowa sprawia, iż wydaje się uciekać przed kontaktem z ludźmi, że wybiera samotność, nawet kosztem cierpienia gorąca podczas pracy? Samotność daje jej spokój – nikt nie patrzy krzywo, nikt nie pluje na jej widok, nikt się nie śmieje i nie wyzywa…
Niekiedy określa się ją mianem kobiety upadłej, rozwiązłej, lekkich obyczajów, rozpustnej czy dość lekkomyślnej. To słowa – etykietki, przypisywane przez nas po wiekach, mające tym bardziej podkreślić dobroć i miłosierdzie Jezusa wobec niej.
Bogoczłowiek Jezus ją znał; wiedział, do kogo kieruje swą prośbę o wodę. Nie zraził się jej ironicznymi odpowiedziami i zaczepnymi uwagami o łamaniu przez Niego żydowskich zwyczajów. Ten, Który przyszedł do swoich, aby ich zbawić jako pierwszych, rozmawia z obcą, należącą do heretyckiego narodu i (jak wielu mówi) moralnie złamaną kobietą - i jej jako pierwszej objawia, kim jest. Ludzie powiedzieliby – nie jest tego warta, na amen utkwiła w grzechu, nie ma dla niej ratunku i nadziei, a On spędza z nią czas i rozmawia jak równy z równą, z szacunkiem. Pod spracowaną, spoconą od upału zewnętrzną powłoką widzi jej serce, jej wewnętrzne Bogiem nadane piękno, jej nadzieje i pragnienia, które tylko Bóg może spełnić.
***
Sadzawka Betesda w Jerozolimie. Cudowne miejsce pośród 5 krużganków, w którym ciśnie się ludzka ciżba, czekająca na poruszenie wody przez anioła. Poruszenie, które daje uzdrowienie temu, kto zdąży do sadzawki wejść. Leży tam paralityk, który nie ma żadnej szansy, by zdążyć do wody. „Nie ma człowieka” (J 5, 7), jak mówi, który by mu pomógł… A przecież Jezus pyta go, czy chce być zdrowy – dlaczego więc chory mówi o pomocniku? Może są tam ludzie za opłatą pomagający chorym doznać uzdrowienia i może pomagając swoim mocodawcom, odpychają jednocześnie innych, którzy im nie zapłacili? Co może im dać ten biedak? Zapewne nic nie ma, nie ma jak kupić ich pomocy.
38 lat spędzonych w tym miejscu, wokół wielu innych w podobnym stanie. Ale to jego wybiera Jezus – a to bycie wybranym daje mu zdrowie. Dlaczego on? Co przyciągnęło Jezusa właśnie do niego? Dlaczego w ogóle Jezus tam poszedł? Poszedł do miejsca, gdzie działy się cuda, ale które cudowne zapewne nie było. Tłum, którego ciała męczone były różnymi schorzeniami. Ludzie leżący, siedzący na brzegu, brudni i spoceni, zawodzący z bólu, błagający o pomoc, rozpaczający, a może i złorzeczący, bo już stracili nadzieję… To nie było piękne i czyste miejsce, to nie byli piękni ludzie. A jednak Jezus wchodzi tam, w sam środek cierpienia, bólu, rozkładu, i być może wybiera tego, w którym już nie pozostał nawet cień radości życia i nadziei na lepsze jutro. Wybiera go, bo w tym odrzuconym przez świat zdrowych i interesownych ludzi chorym dostrzega jego wewnętrzne piękno, Bożą pieczęć stworzenia, przykrytą zasłoną rozpaczy, poczucia zapomnienia przez Boga i zazdrości, że inni zawsze zdążają przed nim...
***
Jerycho. Miasto Zacheusza, przełożonego celników - gnębicieli narodu żydowskiego, wysługujących się rzymskiemu okupantowi i bezlitośnie łupiących swoich rodaków. Łukasz Ewangelista pisze, że Zacheusz był „bardzo bogaty” (Łk 19, 2), a to znaczy, że musiał też być bardzo znienawidzony. I jakiż paradoks – wysoko postawiony urzędnik, a tak podłego wzrostu… Słysząc, że oto idzie Ten Nauczyciel, powodowany ciekawością lub jakimś może nawet dla niego samego zaskakującym impulsem, wdrapuje się na sykomorę, żeby ponad głowami innych spojrzeć na Niego. A Jezus z całego tłumu wybiera właśnie tego grzesznika. Wybiera go, przywołuje do siebie i idzie do niego w gościnę, a wszystko na oczach szemrzącego tłumu. Ludzie widzieli w Zacheuszu złodzieja, powód swego cierpienia i nędzy, widzieli sprzedawczyka i zdrajcę. Jezus dojrzał coś więcej, dojrzał jakieś piękno duszy Zacheusza, pragnącej czegoś więcej niż materializm tego świata, pragnącej zainteresowania i troski, i gotowej do przemiany, gdy tylko pojawi się Boży sygnał…
***
Byli jeszcze opętani, trędowaci, niewidomi, głuchoniemi, umarli... Wszyscy dla świata już nieistniejący, wyrzuceni poza społeczność, wyśmiewani czy potępiani. Tak działają ludzie, tak my działamy. Patrzymy na człowieka przez pryzmat tego, kim jest, jak wygląda, co posiada. Na ile może nam się do czegoś przydać – jako dawca czegoś materialnego, stronnik lub przynajmniej ktoś, kto będąc odbiorcą naszej pomocy, naszego dobrego działania, sprawi, że poczujemy się lepsi, ważniejsi lub nawet bardziej „Boży”...
Dla Jezusa każda taka złamana – grzechem, brudem, cierpieniem, szaleństwem – istota nadal była jednak umiłowanym dziełem Boga, Jego dzieckiem, mającym w sobie piękno Najwyższego, bo stworzonym na Jego obraz i podobieństwo. Jak więc Bóg mógłby ich całkowicie odrzucić, odciąć się od nich? Izajasz mówi: "Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie" (Iz 49, 15).
Wzrok Jezusa sięga głębiej, Jego spojrzenie wyłapuje ukryte na samym dnie ludzkiego serca pragnienie dobra, miłości, szczęścia, może i nie tylko tego ziemskiego, lecz wiecznego. W tych sercach słyszy cichutkie wołanie – może o cud, o pomoc, a może o nadanie życiu głębszego sensu, o zrozumienie, dlaczego jest tak, jak jest – i o nadzieję, że to nie przekreśla na wieki, że miłość Stwórcy silniejsza jest niż pęta grzechu i ludzkiego potępienia.
Może Samarytanka łamała Prawo i obyczaje, szukając na tym świecie opieki, miłości i normalności życia, które – gdyby pozostawała samotna – byłoby dla niej zbyt ciężkie do przetrwania? Może inne samotne kobiety, silniejsze od niej psychicznie lub nie aż tak odważne, by przeciwstawić się zwyczajom, biernie poddawały się tradycji i egzystowały na marginesie życia, nie kłując w oczy społeczności swoim postępowaniem? Jezus znał jej prawdziwy motyw, wiedział więcej niż ludzie z okolicy – i nie uznał jej za niegodną Swego objawienia.
Może - po tylu przeleżanych tak blisko cudu latach - w paralityku były nie tylko złość, frustracja i zazdrość, ale każde uzdrowienie, którego był świadkiem, poruszało jakąś cienką strunę więzi z Bogiem i poza jękiem zazdrości w swym sercu wypowiadał słowa Ty, Który Jesteś – jesteś naprawdę. Działasz. Może którymś razem zechcesz, abym był to też ja...
Może Zacheusz „uciekł” w poddaństwo i pracę dla Rzymu ze strachu przed byciem poniewieranym i biednym, łupionym przez innych, a nie tylko z miłości do bogactwa i pozycji? A nawet jeśli, to nadal w jego duszy tliła się iskra pragnienia czego więcej, czegoś Boskiego, iskra, która dała impuls do dziwacznego jak na jego pozycję zachowania. Ten impuls wykorzystał Jezus, by iskrę rozpalić w ogień wewnętrznej przemiany.
Różni ludzie, różne historie, jeden Łącznik – Jezus. Tak odmienny od nas w swoim nastawieniu do nich. To, co nas przeraża (choroba, śmierć) lub odrzuca (grzech) – Jego przyciąga. My unikamy brudu, cierpienia drugiego człowieka, unikamy kontaktu z „nieczystym” - dla Niego to nie ma żadnego znaczenia, On takich ludzi wręcz szuka, pragnie kontaktu z nimi. Wszak "nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz chorzy. Nie przyszedłem wzywać do nawrócenia sprawiedliwych, ale grzeszników" (Łk 5, 31-32).
Jezus jest Panem, a przychodzi jako sługa. Jest Bogiem, a rodzi się jako człowiek i wzrastając do dorosłości, doświadcza tego samego trudu co my. Jest Prawodawcą, a zamiast sądzić i potępiać - okazuje miłosierdzie. Miast szukać tych doskonałych, wiernych i sprawiedliwych – szuka grzeszników, by ich wydobyć z mroku bólu i grzechu.
Tak, jest też twardy i ostry wobec tych, którzy poznawszy Boga, powinni Nim żyć, powinni pamiętać, iż On "miłości pragnie, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń" (Oz 6, 6). Jeśli poznałeś Boga, nie wolno ci krzywdzić, nie wolno nienawidzić i odrzucać innych - musisz Jego miłość nieść dalej, dawać ją każdemu, kto jej potrzebuje, czasem nawet temu, kto sam jeszcze nie wie, że jest w potrzebie.
Jezus mówił: "Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się wyrzeknie siebie samego" (Mk 8, 34). Jego życie tutaj było drogą, nieustannie wypełnioną poszukiwaniem tych, którzy potrzebowali słowa pocieszenia, przebaczenia, wskazania drogi do Boga i wieczności z Nim. Jego życie było pełne trudu, czasem i odrzucenia. On nie potępiał spotkanych ludzi, niezależnie od tego, jak wielki był ich grzech czy rozpacz. Szukał w każdym tego, co dobre, co spragnione radości, szczęścia, co tęskniące za Stwórcą. Pod warstwą brudu widział obraz Swego Ojca, Swój obraz - obraz, który jest w każdym z nas.
Mówimy – nie potępiaj grzesznika, potępiaj grzech. Ale to nam nie wychodzi… Łatwiej jest skierować swoje oburzenie przeciwko osobie, łatwiej jest ją potępić, odrzucić, postawić warunki powrotu do nas, tych lepszych… Słowo-bariera między grzesznikiem a nami to jeśli. Jeśli się nawrócisz, jeśli przeprosisz, jeśli staniesz się jak my – przyjmiemy cię. Jezus tego słowa nie używa, On przyjmuje tego, kto jest połamany, obity życiem, i dając mu Swoją miłość – wiedzie do zmiany.
Zmiana. Wielki Post to czas zmiany. To też czas modlitwy świętego Efrema Syryjczyka. Jakież emocje wywołuje jej pierwsze wypowiedzenie! Dźwięk padania wiernych na kolana w głębokim pokłonie niesie się wtedy po cerkwi głuchym łoskotem... Oto nadszedł ten święty czas „świetlistego smutku”, duchowej walki, zmagań z samym sobą, by za kilkadziesiąt dni powitać radość paschalnej nocy. Z energią żegnamy się krzyżem przy wezwaniach „Boże, oczyść mnie, grzesznego...”, a w myślach albo i głośno powtarzamy słowa tej pięknej modlitwy: „Panie i Władco życia mego … O Panie Królu, daj mi widzieć moje grzechy, i nie osądzać brata mego...”
Czy jednak potrafimy spojrzeć na naszą siostrę i brata tak, jak patrzy na ich Jezus? Czy za wspaniałym słowem idzie czyn naszego serca, jego cieplejsze uderzenie wobec tego, który jest przecież taki jak my – równie grzeszny, zagubiony, zdeptany życiem? Czy idzie za nim przebaczenie krzywdy, której doznaliśmy? Czy widzimy w drugim człowieku obraz samego Boga, owoc działania Jego stwórczej i pełnej miłości mocy? Czy potrafimy się zatrzymać zanim padnie z naszych ust pierwsze słowo potępienia…?
Św. Jan Chryzostom pisał: „Nic tak bardzo nie skłania umiłowanego do miłości, jak świadomość, iż miłujący gorąco jej pragnie” (Homilia 14, na temat 2 Listu św. Pawła do Koryntian). Jezus szedł do ludzi z sercem pełnym miłości do nich, On cały był miłością i miłosierdziem. Bicie Jego serca przyciągało tych, przed którymi zamykał się świat. Ich serca synchronizowały się z Nim – i tak rodziły się miłość i przemiana. Każdy z nich, niezależnie od swego sposobu życia i popełnionych grzechów, czuł się w Jego obecności ważny, kochany, upragniony. Doznawał miłości – zamiast potępienia, przyjęcia – zamiast odrzucenia, ukojenia – zamiast wyrzutu. Doświadczał radości, może już tak bardzo zapomnianej…
Ewangelia o Samarytance jest naprawdę zaskakująca, nie tylko dlatego, że Mesjasz zamiast tłumom – ujawnia się pojedynczej kobiecie. Przecież Jezus spokojnie, wręcz obojętnie opowiada Samarytance jej historię, jakby nie miała ona dla Niego żadnego znaczenia, a kobieta, dochodząc do wniosku, że stoi przed nią Prorok, nie pyta o siebie, o swój dalszy los, o to, jak poradzić sobie z innymi ludźmi, ale pyta o miejsce oddawania czci Bogu. Nie jej własna sprawa, ale to, co Boskie, jest dla niej najważniejsze!
I ta „moralnie złamana” kobieta w jednej chwili staje się apostołką, porzuca swój dzban, biegnie do miasta i tym, którzy ją odrzucali, głosi Dobrą Nowinę o Mesjaszu, kieruje ich do do Jezusa.
Jakże wielką moc ma Bóg – i jakże wielka siła jest w ludzkim sercu, które poznawszy Bożą miłość, potrafi stać się Jego głosem dla innych! Potrafi zapomnieć o własnej krzywdzie, o osamotnieniu, bo radość z bliskości Boga jest tak wszech wypełniająca, że musi być dzielona z innymi. Choć ją potępiali, wraca do nich; choć nie chcieli mieć z nią nic wspólnego, ona niesie im zbawienie. "Czy nigdy nie czytaliście w Pismach: Kamień, który odrzucili budowniczowie, ten stał się kamieniem węgielnym. Od Pana stało się to i zdumiewa nasze oczy (Mt 21, 42). Wybory Boże zaiste nie są naszymi wyborami, myśli Boże nie są naszymi myślami, a drogi Boże - naszymi drogami" (por. Iz 55, 8)...
O Panie Królu, daj mi nie osądzać brata mego …
Ten, kto pozornie jest od nas gorszy i bardziej grzeszny, brudny i na ciele, i na duszy, którego widok kala nasze oczy i niszczy nasze dobre samopoczucie, ten nadal jest Bożym dziełem. Nadal pieczęć Boga jest na nim odciśnięta. I Bóg w każdej chwili może się o niego upomnieć - i go odzyskać. Dla Boga nie ma człowieka straconego, złego aż na tyle, że nie ma dla niego żadnej szansy.
Pomóż mi, Panie, patrzeć na niego tak, jak Ty patrzyłeś na spotykanych ludzi. Pomóż mi widzieć go Twoimi oczami. Pomóż mi dojrzeć pod warstwą odmienności, brudu i występku człowieka takiego samego jak ja. Bo i ja dla innych może jestem odmienny, brudny, grzeszny… Dla innych – lecz nie dla Ciebie. Ty we mnie i w każdym z nas widzisz odbicie Swej Boskości, dane na zawsze, dane z miłości, dane ku życiu w wieczności. Pomóż mi to dojrzeć. Pomóż mi to zrozumieć. Pomóż mi być Twoim głosem, Twoim żywym słowem, znakiem Twojej miłości do człowieka, znakiem nadziei ponad wszelkie zwątpienie. Pomóż mi także być Twoim apostołem.
Gabriel Szymczak
fotografia: Xenia /orthphoto.net/
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.