Przewielebny ojcze Dymitrze! Proszę o wybaczenie i błogosławieństwo. Ja, grzeszny kapłan Andrzej, już dwa lata (od chwili, gdy przeczytałem książkę o ojcu Fiodorze Sokołowie), szukam możliwości spotkania z Wami. Dlaczego?
Przewielebny ojcze Dymitrze!
Proszę o wybaczenie i błogosławieństwo. Ja, grzeszny kapłan Andrzej, już dwa lata (od chwili, gdy przeczytałem książkę o ojcu Fiodorze Sokołowie), szukam możliwości spotkania z Wami. Dlaczego? Pewnie dlatego, że jestem przekonany o tym, iż znajdę to, co jest mi bardzo potrzebne – radę i zrozumienie. To uczucie stało się jeszcze mocniejsze po tym, gdy pół roku temu kupiłem cztery CD z Waszymi kazaniami – teraz wciąż słucham (jak dobrze, że mam w aucie odtwarzacz MP3) i wciąż jestem dogłębnie poruszony Waszym darem rozsądzania. Mój Batiuszka – o. Aleksy, przełożony monasteru św. Daniela w Moskwie, jest człowiekiem bezgranicznie zajętym, pomówić z nim szczerze i dogłębnie w ciągu ostatnich trzech i pół roku, delikatnie mówiąc, nie udaje się. Albo ja jestem na parafii, albo on gdzieś wyjeżdża lub załatwia niecierpiące zwłoki sprawy. Cały czas w biegu, wysłucha i powie: „No, módl się, módl” i uśmiechnie się, wlewając nadzieję. To wszystko prawidłowo. Wy również jesteście bardzo obciążeni, ale tak bardzo chciałoby się wysłuchać rady takiego jak ja, parafialnego i też posiadającego rodzinę kapłana, tym bardziej mającego tak wielkie doświadczenie, a na dodatek dar rozsądzania. Czemu nie zwracałem się do Was wcześniej? Strasznie się krępowałem, w dodatku cały czas spędzam na parafii. W Moskwie bywam rzadko, a kiedy już przyjeżdżam, każda minuta jest zaplanowana…Mimo wszystko – dlaczego teraz zwracam się do Was? Dlatego, że poczułem, że w końcu przyszedł na to czas.
Na początku opowiem o sobie. Mam 43 lata, zostałem ochrzczony dopiero w wieku 30 lat, wykształcenie świeckie – Moskiewski Instytut Technologii Lotniczej i technikum wieczorowe, które z racji swych pasji fotograficznych ukończyłem jako specjalista techniki fotograficznej. Byłem zastępcą dyrektora ds. produkcji w niewielkiej (250 osób) fabryce w Moskwie, pracowałem za granicą (w RPA) jako szef produkcji w prywatnej firmie. Tam - w Afryce – przyszedłem do Cerkwi. (W Johannesburgu znajduje się cerkiew p/w św. Mikołaja (Kasatkina), abp Japonii. Naszych księży i rosyjskich cerkwi jeszcze wtedy tam nie było, nie istniało nawet bezpośrednie połączenie z RPA). Moja pierwsza spowiedź odbyła się po angielsku i tam też zacząłem stawać się wierzącym człowiekiem. Po powrocie do domu proponowano mi stanowisko dyrektora dużej fabryki, ale mnie to już nie interesowało – postanowiłem wszystkie swe siły i całe życie oddać Cerkwi. Bóg Swymi drogami przywiódł mnie do monasteru św. Daniela w Moskwie, a spoczywający już w Bogu arcydiakon Roman (ówczesny ekonom klasztoru) powierzył mi kierownictwo nad wszystkimi warsztatami znajdującymi się w monasterze. Prawie pięć lat pracy zaowocowało moim małżeństwem z pracownicą monasteru, urodzeniem córki, syna i błogosławieństwem na przyjęcie święceń kapłańskich. Wiele rozmyślając zrozumiałem, że chciałbym być wiejskim kapłanem, i mój Batiuszka błogosławił udać się do diecezji Iwanowskiej, choć wcale nie myślałem o niej, mimo wszystko chciałem być bliżej domu.
I tak oto trzy i pół roku temu ja, moskwianin, zostałem wyświęcony na kapłana do cerkwi (gdy po raz pierwszy wszedłem do gabinetu tak bardzo lubianego dziś naszego biskupa Ambrożego, podniósł znad dokumentów swój wzrok, przeniósł go na mnie i nigdy przedtem nie widząc mnie, rzekł: „O, gotowy batiuszka do Wiazowskoje”), do cerkwi, jak wspomniałem, świętego Dymitra Rostowskiego, która znajduje się w wiosce Wiazowskoje, w diecezji Iwanowskiej – jednej z najbiedniejszych w Rosji.. Dlaczego akurat tu? Bóg wie, bo ja ze wszystkich sił starałem się nie wplatać swych ludzkich pragnień do Bożego planu, do Bożych zamiarów związanych z moją osobą. I oto stało się!
Wioska – 10 domów, z czego 4 zamieszkałe, nie ma mieszkania, nie ma sklepu, nie ma szkoły, po drugiej stronie ulicy, naprzeciw, miejskie wysypisko (dym, smród, bezdomni, psy), nikt się nie wita, pieniędzy też nie ma, ja mam prawie czterdziestkę na karku, dwoje małych dzieci, a matuszka i cała rodzina - w panice. Najpierw chciałem odmówić, nawet postanowiłem już zrezygnować przy pierwszej wizycie na parafii, ale gdy już wracałem z powrotem do kurii, na końcu wioski zauważyłem stojący u drogi piękny drewniany krzyż. Podszedłem, by go oglądnąć. Podszedłem, przeczytałem i zrozumiałem – nie będę rezygnował, nie będę w stanie tego uczynić.
Tu nieco odbiegnę od tematu – przed święceniami miałem kilka rekomendacji – od duchownego z RPA , od o. Włodzimierza Busujewa (ponieważ rozpoczynałem jako lektor, odpowiadałem również za porządek w części ołtarzowej w Pokrowskim soborze w Izmaiłowo), od bpa Witnowskiego Tichona (u którego byłem hipodiakonem) i od mojego dobrego przyjaciela, o. Maksyma Zapalskiego z cerkwi Przemienienia Pańskiego, która to znajduje się na trasie wyjazdowej z Moskwy, przy Wołokaamskom Szose. A z tą ostatnią rekomendacją wyszło tak: gdy przyszedłem do mojego Batiuszki, właśnie po list polecający, on powiada: „Niech o. Maksym napisze”. My z (wtedy jeszcze) Maksymem cztery lata siedzieliśmy w jednym biurze w monasterze św. Daniela i bardzo się zaprzyjaźniliśmy, potem wziął go do siebie jako już kapłana o. Fiodor, wtedy jeszcze żywy. I oto w 2000 roku, w roku tragicznej śmierci o. Fiodora, ale już po jego śmierci, zjawiłem się w „jego” cerkwi po rekomendację.
I tak - na tym krzyżu, o którym wspomniałem, w Wiazowskoje – była informacja, że właśnie na tym miejscu, tj. dokładnie naprzeciw cerkwi w 2000 roku zginęli o. Fiodor i jego kierowca Jerzy. Pamiętam, że stałem jak wmurowany, cały zlany potem, a po całym ciele przebiegały dreszcze od namacalnego poczucia Bożej woli. A przecież do tamtej chwili nie wiedziałem, w którym miejscu zginął o. Fiodor. Już później wdowa po o. Sokołowie, matuszka Halina, opowiedziała mi, jak to JŚ patriarcha Pimen udzielił im błogosławieństwa na zawarcie sakramentu małżeństwa ikoną św. Dymitra z Rostowa. I tak, jak ja byłem tym wstrząśnięty, tak samo i ona zareagowała na wieść, że o. Fiodor zginął właśnie obok cerkwi p/w św. Dymitra - ona o tym nie wiedziała, bo cerkiew jeszcze wtedy była zamknięta. Po powrocie do kurii opowiedziałem biskupowi o tym, co zaszło. On również był przejęty, rzekł: „No, ojcze Andrzeju, jesteś na miejscu, na które postawił cię Bóg. Nigdy nie zabiorę cię stamtąd, nieś posługę, wzmacniaj się, zbawiaj się”. Próbowałem mimo wszystko wspomnieć coś o mojej rodzinie, o szkole dla dzieci, o brudzie i smrodzie, ale on tylko kiwał głową i powtarzał: „pomagaj, Boże, pomóż, Boże”.
Na początku przez jakiś czas spałem w samochodzie. Jeść, myć się i za potrzebą jeździłem do męskiego monasteru w Iwanowie. Modliłem się: „Boże, Ty mnie tu posłałeś, a to znaczy, że powinienem zawierzyć Twej świętej woli. A Ty pomóż, by rodzina była tu, żeby ludzkie serduszka odtajały, aby obróciły się ku nam. Aby była jakaś pomoc finansowa, abym mógł tu wytrzymać”. W cerkwi nie było okien, ściany były w bardzo złym stanie, ale za to był sufit (co prawda cieknący), lichutka podłoga i pewne minimum utensyliów i literatury, niezbędne do celebrowania nabożeństw. I wciąż, i wciąż, realnie odczuwalna Boża obecność, Jego ciągła pomoc i wsparcie. Już po dwóch miesiącach odwiedziła mnie moja córeczka (dziś już spoczywająca w Bogu), Saszeńka (Aleksandra, 5 lat, nazwana tak na cześć Aleksandry Fiodorowny, małżonki cara Mikołaja II, kanonizowanych wraz z dziećmi) Rzeczą dla mnie ważną jest jeszcze fakt, że zimowy ołtarz w cerkwi św. Dymitra poświęcony został właśnie carowi Mikołajowi. Sasza odkryła dla siebie w Wiazowskoje nowy świat. W ciągu trzech dni swej pierwszej wizyty na parafii wycałowała nie tylko wszystkie koty i pieski, ale też wszystkie żaby, koniki polne, robaczki, pajączki, które trafiały jej do rąk. Tak im opowiadała o swej miłości (bywa, że na papierze pozostają ślady łez, a tu – klawiatura). Zbierała kwiaty, by upiększać świątynię na nabożeństwo. Próbowała podśpiewywać na chórze (nawet się udawało!), wstawała wraz ze mną i nie chciała jechać z powrotem do domu. Znalazłem w niej swą pierwszą i wierną pomocnicę.
I teraz, a raczej w styczniu 2004 roku, w mojej cerkwi jest ciepło i przytulnie, we wszystkich oknach nowe ramy z szybami, udało się urządzić baptysterium, w którym można chrzcić przez zanurzenie, są dwa domy – jeden, mniejszy dla rodziny proboszcza i drugi, większy, dla gości (oba do remontu, ale mieszkać można), garaż. Nawet spróbowaliśmy hodowli kóz.
Saszeńka poszła do szkoły, do pierwszej klasy, a mnie na zebraniu rodziców wybrali na przewodniczącego szkolnego Komitetu Rodzicielskiego, zaproponowali również członkostwo w powiatowym Komitecie Rodzicielskim. A jakże, zgodziłem się – co za świetna możliwość chrystianizacji procesu nauczania! Zorganizowaliśmy dla szkoły choinkę noworoczną z prezentami, rozpoczęły się rzeczowe rozmowy o nauczaniu prawosławnych przedmiotów, już poważnie zaczęto rozmawiać z merem o wykupie szkoły, by przekształcić ją w szkołę prawosławną. I pieniądze na to ( a ściślej ludzie), już się nawet znaleźli. W miejscowej, powiatowej gazecie pojawiła się stała prawosławna strona, artykuły dla której pisałem sam; wiernych na nabożeństwach przybywało, przyjeżdżali z pobliskich miast, ludzie w mieście zaczęli mnie poznawać, witać się i podchodzić z pytaniami czy też prośbami. (…)
Ranek 23.01. Słońce, mróz, że hej, niebo błękitne, błękitne, bez najmniejszej chmurki, cerkiew aż się iskrzy, w duszy radość nadchodzącego spotkania z matuszką. Przed wyjazdem, jak zawsze, zaszliśmy z dziećmi do cerkwi pomodlić się przed drogą, pocałowaliśmy ikony, w duszy nie było nawet cienia, nawet chmurki wątpliwości czy smutku. Wsiedliśmy do samochodu, pojechaliśmy. Postanowiłem jechać przez Rostów, droga spokojna i bardzo przyjemna. Lubiliśmy ją. Dzieci były niezwykle posłuszne, nie kaprysiły. Wraz z Saszą zdumiewaliśmy się pięknem, które mijaliśmy, i ona wciąż powtarzała moje słowa: „Jak Bóg pięknie nam to wszystko urządził i podarował nam tę piękną drogę” i wciąż mnie pytała – jacy będziemy, gdy zmartwychwstaniemy, czy rozpoznamy się nawzajem, czy spotkamy się po śmierci? Z tak wielką radością wjechaliśmy do miasta Rostowa Wielkiego. Prosta droga, na skraju miasta trasa na Moskwę. (Jak strasznie znów przywoływać ten obraz, ale trzeba – może tym razem mimo wszystko zrozumiem, czy w tej sytuacji mogłem zachować się jakoś inaczej, czy córeczka mogła pozostać przy życiu? Choć świetnie rozumiem, że to nie był zwykły wypadek i nie była to zwykła śmierć).
Pusta droga – tylko my i jadąca ku nam z naprzeciwka ciężarówka, wożąca mleko. Prędkość odpowiednia, droga równa i prosta, żadnych zakrętów. I oto ciężarówka kilka metrów przed nami skręca w lewo, blokując nasz pas! Czas jakby zwolnił i wyraźnie widzę, koła ciężarówki - skręcała, przecinając nam drogę! Ale przecież żadnych zakrętów czy skrzyżowań tam nie było! Cisnę na hamulce, ale wszystko zbyt nieoczekiwanie i blisko – uderzenie, sypie się szkło, krzyki, obłoki pary. Ja z każdej strony ściśnięty tak, że nawet nie mogę się poruszyć czy uwolnić od pasów. Na tylnym siedzeniu krzyczy zakrwawiony Miszka, a na moim ramieniu - mój najdroższy skarb, moja córeczka – oczy zamknięte, a z głowy wycieka strumień krwi, cieknie po mnie, płynie po sutannie. Potem w tej sutannie byłem aż do samego pogrzebu – tak wyszło, że nie mogłem jej zdjąć – nie było ani czasu, ani możliwości. Wszystko stało się w piątek, a w sobotę rano zabrali ciało i zabrali z powrotem na parafię. Przyjechaliśmy, rozpoczęliśmy niedzielne całonocne czuwanie. Całą noc w cerkwi czytaliśmy psałterz i dopiero przed Boską Liturgią mogłem zmienić sutannę. Tę zakrwawioną pościeliliśmy na dno mogiły, pod trumienkę.
A na razie poprosili, bym opuścił blok reanimacji, akurat przywieźli Miszkę. Złamana ręka, pęknięta żuchwa, cały broczący krwią od licznych skaleczeń na rękach i twarzy, ale – chwała Bogu – jego życiu nic nie zagrażało. Położyli nas obu na sali, zrobili chłopczykowi zastrzyk. Od razu zasnął. Dobrzy ludzie spytali: „Czym mogą pomóc?” Poprosiłem, by przynieśli z samochodu mą kapłańską walizeczkę. Gdy z nią powrócili, powiedzieli, że samochód odholowano do najbliższego monasteru. „Jaki to monaster?” - spytałem. „Św. Dymitra z Rostowa”.
Od tej chwili wszystko dla mnie stało się jasne, ułożyło się w logiczny, przejrzysty schemat: święcenia - skierowanie do Wiazowskoje - odrodzenie życia na parafii - szkoła – praca w gazecie – (…) - pierwszy poważny artykuł na całą gazetę – (…) ciężarówka - imię biskupa, na którego terytorium kanonicznym wszystko się stało – patron świątyni, w której dane mi było służyć, a Saszy – pomagać. To ja powinienem był zginąć, to na mnie skierowane było uderzenie, ale moja świadoma, znająca modlitwy i lubiąca modlić się za innych, wiele czytająca i lubiąca czytać dziecięce książki o Bogu, o Cerkwi, o aniołach, tak wiele pomagająca mi w cerkwi, na chórze, kochająca mnie bez granic – moja sześcioletnia córka Aleksandra, przyjęła ten cios na siebie. (Później, przy spotkaniu z kierowcą ciężarówki, gdy badali nas na obecność alkoholu we krwi, zobaczyłem, że nie odniósł żadnych ran. Na moje pytanie odpowiedział krótko: „Wpadłem w poślizg”. Nie wdawałem się w rozmowy na ten temat, ale, że ciężka ciężarówka jadąc z prędkością ok. 40 km/h po prostej i równej drodze, bez zakrętów, może wpaść w poślizg – w to uwierzyć jest bardzo trudno. Tym bardziej, że widziałem koła tego samochodu – on skręcał!! Znajomy inspektor ruchu drogowego wyjaśnił mi, że mógł wpaść w poślizg w przypadku, gdyby zbiornik z mlekiem był niepełny – tj. na skutek bezwładnego falowania dużej masy mleka. Kierowca musi o tym pamiętać. Ale jak objaśnić skręcone koła?! Zbiornik na mleko również był pusty. Oczywiście, na rozprawie te okoliczności się nie pojawiły, odstąpiłem od jakichkolwiek żądań pod adresem kierowcy i poprosiłem, by zdjęto z niego oskarżenie i by nie trafił do więzienia.)
Otrzymawszy swą teczkę zastukałem do drzwi oddziału reanimacji i poprosiłem, by pozwolono mi pomodlić się nad córką. Na moje pytanie o jej stan lekarze bardzo ostrożnie i miękko, lecz wymownie objaśnili, że Sasza odniosła nadzwyczaj poważne obrażenia mózgu. Takie rany nie pozostawiają szans na przeżycie. Sasza była skazana na śmierć, ale ja jestem kapłanem i wiem, jak miłość Boża i miłosierdzie Jego może być bezgraniczne. Przecież tyle razy odczuwałem je na sobie, tyle razy widziałem dowody tego u innych! Wszedłem do sali. Małe ciałko - każde znamię, każda blizna czy zadrapanie, które tak dobrze znałem – przecież moim obowiązkiem było mycie dzieci – leżało teraz zakrwawione, z podłączoną aparaturą i według opinii lekarzy, bez żadnej nadziei na przeżycie. Pierwsze, co zrobiłem, to błogosławiłem córeczkę kapłańskim błogosławieństwem. Stało się coś, czego znaczenie zrozumiałem dopiero później – ciałem córeczki przebiegł lekki dreszcz, poruszyło się i w jakiś sposób zmiękło. „Nie umarła?” – pomyślałem. Wyciągnąłem z teczki olej, który pozostał z soborowania i uczyniłem nim krzyż na czółku, potem przetarłem pierś wodą ze święta Chrztu Pańskiego i rozpocząłem molebien, przerywając go łkaniem. Po skończeniu molebnu odszedłem do sali syna. Spał głęboko i spokojnie. Powróciłem więc do córki. Na sali były już pielęgniarki, cała aparatura była odłączona, a one wycierały jej ciało z zakrzepłej krwi mokrymi serwetkami. „Czy już?” - spytałem. Milcząc kiwnęły głowami. Znów zakładam epitrachiljon (stułę), znów biorę trebnik i znów zanosząc się łkaniem, rozpoczynam tym razem już panichidę (nabożeństwo za zmarłych). Zakończywszy panichidę wyszedłem na korytarz, do sióstr. „Ja już też skończyłem” - powiedziałem. Wyglądały na bardzo przybite, niektóre płakały. „Batiuszka, nie chcieliśmy wam mówić, ale ona była już martwa wtedy, pierwszy raz, gdy byliście u niej”. I tu do mnie dotarło – KOCHANI MOI, MARTWI SIĘ NIE PORUSZAJĄ, TO ZNACZY DUSZA NIE OPUSZCZAŁA CIAŁA, OCZEKUJĄC NA TO BŁOGOSŁAWIEŃSTWA!!! Córeńko ty moja, skarbeńku mój, tyle wysiłku poświęciłem, abyś wiedziała, że niczego nie wolno robić bez pozwolenia rodziców, bez błogosławieństwa! I nie umierałaś, dopóki nie błogosławiłem cię, tak, jak błogosławiłem co wieczór, przed snem. Córeczko, jakaś ty była posłuszna!
Około szóstej wieczorem, uprzedzona przez telefon małżonka była już gdzieś w drodze, w pociągu. Zadzwoniłem do monasteru św. Dymitra, przedstawiłem się, opowiedziałem, co się wydarzyło. Ale już wiedzieli o wszystkim i obiecali przez noc przygotować trumnę, krzyż i samochód. Wróciłem do sali, do synka. Nie spał. „Sasza zmarła” - powiedziałem niczego nie skrywając. „Czy ona jest teraz w niebie?” - spytał mój czteroletni, rozumiejący wszystko synek. Przede mną była jeszcze podobna rozmowa z żoną, a ona o śmierci przecież nic nie wiedziała. Musieliśmy przejść i przez to.
Przyszedł czas by przewieźć ciało córki do kostnicy. Poprosiłem, bym mógł to uczynić sam. Tak, jak stałem, w epitrachilionie, w narękawnikach, z krzyżem na piersi, przełożyłem ciało na wózek i na tym brzęczącym wózku, sam, ciemną, mroźną ulicą przewiozłem ciało do kostnicy. Przełożyłem na stół, nakryłem prześcieradłem i pozostawiłem na noc.
Rano pojechałem do monasteru dowiedzieć się czegoś o trumnie i samochodzie. Przy okazji oglądnąłem swoje auto. Zamarłem z wrażenia. Od czołowego uderzenia kabina była straszliwie zdeformowana, plastikowe elementy wewnątrz kabiny popękały, tworząc jak gdyby mnóstwo noży, skierowanych ostrzami do wewnątrz . Na niektórych z nich była krew. Przeszedłem na miejsce kierowcy. Mam 41 lat, jestem inżynierem, więcej niż 10 lat za kierownicą, byłem świadkiem wielu różnych sytuacji, ale patrzyłem na fotel kierowcy i nie potrafiłem zrozumieć, czemu ja pozostałem żywy?! Później, w kostnicy, gdy przekładaliśmy ciało do trumny (zbaw, Panie i zmiłuj się nad sługą Twym, hieromnichem Sergiuszem, który przez noc przygotował piękną, dziewiczą, niebiesko – białą trumnę, i nad sługą Twym Anatoliuszem, który pomógł przewieźć, ubrać i przyozdobić ciało córeczki, i sługą Twym, mnichem Bazylim, który wszystko zorganizował, i przełożonego monasteru, hieromnichem Serafinem, który błogosławił wszystkim naszym wysiłkom. Pomagaj im, Panie!), dostrzegłem jeszcze jedno świadectwo. Aby ustalić przyczynę śmierci, lekarz dokonujący sekcji zmuszony był zgolić część włosów na ciemieniu córki, zobaczyłem rany bardzo podobne do ran zadawanych bagnetami. I tu przypomniałem sobie plastikowe „noże” w kabinie. I jeszcze przypomniałem sobie, że w jednym z artykułów wspominałem, jak to czerwonoarmiści zabijali ciosami bagnetów w głowę metropolitę Kijowskiego i Halickiego Włodzimierza, jak bagnetami dobijali rozstrzelaną Rodzinę carską. Wszystko w końcu stanęło na swoje miejsce. Przecież diabeł nie może wymyślić niczego nowego. Zadzwoniłem do biskupa, opowiedziałem o wszystkim, a on w pełni potwierdził moje domysły. „Wytrzymajcie, ojcze Andrzeju, to bardzo silna pokusa. Diabeł jednak was dosięgnął”. I błogosławił pochować córkę za ołtarzem cerkwi, cerkwi, dla której ona w swoje sześć lat zdążyła tak dużo zrobić. Gdy wykopali mogiłę, na odpowiedniej głębokości napotkali starą, liczącą sobie nie mniej niż sto lat trumnę. Zachowały się deski trumny i kości, sądząc po wielkości, należące do dziecka w tym samym wieku, co Sasza. Kości zachowały się pięknie, żółtego koloru, bez znaków rozkładu. Krzyżyk, który znaleźliśmy w grobie, położyłem na ołtarzu. W tę mogiłę opuściliśmy trumienkę. Starzy ludzie wspominali, że w tym miejscu, za ołtarzem i z prawej jego strony chowali księży i członków ich rodzin, I było tam wiele pięknych pomników.
Na pogrzebie cerkiew była pełna. Przyjechała cała szkoła (i nauczyciele, i uczniowie), przyjechali wszyscy krewni z Moskwy, przyjechali z moskiewskiego monasteru św. Daniela, przybyli wszyscy znajomi księża z dekanatu, przyjechało wielu nieznanych mi ludzi, którzy pragnęli ponieść ten ciężar z nami. Przyjechali z kwiatami: zastępca mera powiatu i kurator powiatowy. Wyrazy współczucia pojawiły się w gazetach, w radiu i lokalnej telewizji. Kwiatów było tak wiele, że nie mieściły się na mogile. A Sasza się uśmiechała. Ten lekki, radosny uśmiech (i teraz mam go przed oczami) tego uśmiechu nie było ani w reanimacji, ani w kostnicy – pojawił się dopiero wtedy, gdy otworzyliśmy trumnę w cerkwi i zaczęliśmy ubierać i przyozdabiać ciało córeczki.
Myślę, że powinienem przeprosić za szczegóły w opowiadaniu, za mnóstwo drobiazgów, za to, że niechcący przełożyłem na Was część moich cierpień, ale przecież wiecie: „nieszczęście, które dzielimy z bliskimi, staje się mniejsze, a radość – większa” A Was, znanych i nieznanych – oto jak wielu Was mam – proszę, pomagajcie. I jeszcze chcę powiedzieć, że wierzę, że to nie był przypadek, a otwarta diabelska napaść, i że zginąć powinienem ja, ale nasz Wszechdobry i Wielce Miłosierny Pan zdecydował inaczej, że bardziej pożytecznym dla mnie będzie nie śmierć, lecz pozostanie tu i otrzymanie pomocnika i obrońcy – Anioła - mojej tak mnie kochającej córeczki. Spróbujcie tylko sobie wyobrazić – jaką Bóg przeznaczył mi wielką pomocnicę! Pamiętam dzień, gdy córeczka po raz pierwszy sama obrała cały garnek ziemniaków, umyła, wstawiliśmy garnek na ogień , a na kolację pałaszowaliśmy, wychwalając je bez końca. Pamiętam, jak nauczyła się myć naczynia i od tamtej pory robiła to często. Pamiętam też, jak nosiliśmy drwa do cerkwi przed nabożeństwem, i jeszcze wiele innych rzeczy pamiętam – wszystko to była niezbędna, lecz ziemska pomoc. Córeczko, jakże bardziej będziesz mogła pomagać nam teraz!
Zastanawiając się nad tym, co zaszło, doszliśmy z żoną do wniosku, że już od pół roku Sasza zaczęła szykować się do tego – zaczęła w rozmowie utożsamiać się z aniołami, zadawała mnóstwo pytań o śmierć, o zmartwychwstanie, o niebo, o anioły. Zaczęła się spowiadać i jej spowiedzi były dla mnie wielką radością. Były to spowiedzi świadomego, poważnego i odpowiedzialnego chrześcijanina, choć wyrażone w dziecięcy sposób – przechowuję wszystkie jej karteczki ze spowiedzi, spisane niezgrabnymi, wielkimi, dziecięcymi literami. A wiecie, co lubiła rysować przez ostatnie trzy miesiące i co rysowała najczęściej? Były to polany z kwiatami, ptaszkami i innymi dziewczęcymi radościami, świątyniami, aniołami, Świętym Duchem pod postacią gołębia, Świętym Krzyżem, kielichem ze Świętą Komunią, świeczniki z palącymi się świecami – rysowała tak miejsce, w którym „wszelki duch niech chwali Pana”. Ale decyzja ostateczna prawdopodobnie zapadła „w niebie” trzy dni przed tym, co się stało i córeczka z radością się zgodziła. Do takiego wniosku, powtarzam, doszliśmy po starannym rozpatrzeniu ostatnich wydarzeń, rozmów, zachowania i świetnie rozumiejąc niebezpieczeństwo duchowego złudzenia. Wierzę, że mój artykuł o Nowych Męczennikach i Wyznawcach rosyjskich stał się powodem do wyrównania rachunków, że Sasza, nazwana w cześć świętej carycy Aleksandry Fiodorowny, stała się ofiarą pamięci Nowych Męczenników, a to oznacza, że podzieliła ich chwałę. Władyka powiedział mi i mojej matuszce Marinie: „Bez wątpienia jest święta i możliwe, że pewnego dnia wydobędziemy z mogiłki jej święte szczątki i umieścimy w relikwiarzu w cerkwi”. Oczywiście, rozumiejąc wszystko jako kapłan, ja, my wszyscy, cierpimy bardzo głęboki żal i smutek. Bardzo nam jej brak, bardzo za nią tęsknimy. I jeśli by nie nasz Bóg – Dobroć, Bóg – Miłość, a także nasza wiara w Niego, w Jego plan – strach pomyśleć, do czego mogłoby to doprowadzić. A na dziś – nadszarpnięte zdrowie, matuszka znienawidziła te miejsca, zabrała syna, wyjechała do Moskwy i nie chce nawet słyszeć o przyjeździe. Ja już nie jestem przewodniczącym Komitetu Rodzicielskiego w szkole, bo nie jestem już rodzicem, a małżonka oddaje syna bezdyskusyjnie do szkoły tylko w stolicy. Grono pedagogiczne bardzo mnie prosiło, abym pozostał z nimi, ale szkoła znajduje się na terytorium innej parafii, a miejscowy ksiądz zasadniczo nie zagląda do szkoły, w dodatku wciąż wypowiadał pod moim adresem jakieś uwagi i pretensje w związku z moją działalnością w szkole (minął już rok, jak zginęła córka i jak w szkole nie było duchownego). Tak więc pozostały mi tylko Liturgie (sprawami gospodarczymi nie mogę już się zajmować na skutek uderzenia głową w czasie wypadku) i artykuły do gazety. Cerkiew przeważnie pusta – parafia liczy mniej niż dwadzieścia osób, ale i ci nie chodzą zasadniczo, albo chorzy, albo starzy, ale za to, gdy zobaczą księdza – przeżegnają się przesądnie, by, jak powiadają, nagle a niespodziewanie nie zejść z tego świata. Raz na miesiąc – zaplanowany artykuł na jedną stronę w gazecie i w miarę zgromadzenia pieniędzy (wykupienie nakładu kosztuje 8 tys. rubli), przeważnie na święta - duży, czterostronicowy artykuł.
I oto zacząłem już wątpić, czy jestem tu potrzebny – rodzina się rozpada, a mieszkać w wiosce bez pomocników, nie mogąc się nachylić, skopać ziemi, narąbać drew, przynieść ich do domu…itd. – możliwe, że nadszedł czas, by ustąpić miejsca innemu, ale co wtedy z mogiłką za ołtarzem? Ja do władyki, a on cały czas jedno i to samo: „To wasze miejsce”, ja powiadam, że już nie mam sił, a on wciąż: „:Panie, wspomóż”.
Kiedyś się modliłem, prosiłem córkę, aby powiedziała, jak jej tam? Pojawiła się we śnie, w nocy przed Zwiastowaniem (na sekundę przed dzwonkiem budzika, który budził na liturgię), powiedziała – „ W zastępach niebiańskich mocy bezcielesnych pod przewodnictwem Archanioła Michała.” A potem jeszcze coś…, poczułem się bardzo źle – myślałem, że sam już umieram, ucieszyłem się. Ale …Córeczka moja zjawiła się we śnie swojej pierwszej nauczycielce (to wierząca kobieta, bardzo się lubiły) i powiedziała dosłownie tak: „Proszę powiedzieć tacie, że jeszcze zbyt wcześnie na umieranie – ma jeszcze bardzo dużo pracy, a lepiej niech zajmie się sierotami”. Jakimi sierotami? I oto kiedyś, będąc w mieście Furmanow, tj. 10 km od parafii (nasz powiat), spotykam jedną znajomą, wierzącą kobietę. Porozmawialiśmy, i ona powiada: „A cóż to wy – powiada - księża, zupełnie nic nie robicie, a sektanci tu wyczyniają, co zechcą?” Co się stało? A ona mi powiada, że znalazła pracę w domu dziecka w Furmanowie, i w zeszłym tygodniu przyjechali do nich jacyś cudzoziemcy, nazywali siebie chrześcijanami, grali na gitarach, rozdawali za darmo Biblię i mieszkali tam cały tydzień! No a jak, powiadam, miejscowi księża, przecież w Furmanowie są cztery cerkwie, około dziesięciu księży, a miasteczko zupełnie malutkie – w ciągu pół godziny można przejść od końca do końca? „Co wy – rzecze na to - przez cały czas ani razu nikogo z nich nie było!” Myślę sobie – no, to się dzieje!! Dwanaście lat jak otwarto cerkwie, serce Rosji, jacyś cudzoziemcy tu się po domach dziecka wałęsają, a swoje rodzime popy nie zachodzą! I tu do mnie dotarło, o jakich sierotach mówiła córka! Poprosiłem o pozwolenie i pojechałem tam. Dyrektorka nie chciała mnie wypuścić – „Batiuszka, a wy na pewno do nas jeszcze raz przyjedziecie? Nie oszukacie?” Jak ja mogę oszukać, przecież przysłała mnie tu córeczka moja, skarb mój! A ta wciąż powtarza: „Toż przecież nikt nie przychodził, ile razy nie prosiłam… Batiuszka, czy wy na pewno jeszcze przyjdziecie? Nie oszukacie?” A kiedy już zobaczyłem dzieci, kiedy mnie obległy, poobejmowały, zupełnie się rozkleiłem! Pytam: „Byliście w cerkwi, przystępowaliście do Komunii, krzyżyki macie?” A oni tylko : „Nie” i „Nie”. Boże, dopomóż! Osiemdziesięcioro dzieci w rosyjskiej głuszy, bez krzyżyków, bez cerkwi, bez księdza… Na najbliższą niedzielę wynająłem autobus i oto dwadzieścioro siedmioro dzieci od dwóch do siedmiu lat po raz pierwszy brało krzyżyki i po raz pierwszy przystępowało do Komunii świętej. Wszyscy obecni w świątyni płakali, a ja nie mogłem odprawiać, widząc te oczy. A potem rozpoczęły się regularne spotkania, rozmowy, a jeszcze potem (zebrałem nieco pieniążków, za 8 tysięcy nakupiłem sadzonek – jabłonie, grusze, wiśnie, krzewy owocowe) posadziliśmy za cerkwią sad na byłej cerkiewnej (a teraz nikomu niepotrzebnej) ziemi. Potem Boże Narodzenie, potem Jordan, chrzty, prezenty; biegną: „Basiuśka, basiuśka”, albo jeszcze: „Andrzej – batiuszka”, a od tego roku chciałbym (wstępnie umówiliśmy się na wielki, wojskowy namiot) spróbować urządzić coś w stylu letniego obozu za cerkwią; a budżet państwo im ucięło tak mocno, że biedna dyrektorka za głowę się tylko łapie i spogląda na mnie z nadzieją – a na kogo jeszcze może liczyć? Tak więc miałem rodzinę i dwoje dzieci, a teraz mam cały dom i osiemdziesięcioro dzieci, w dodatku różnych – od dwuletnich (z tymi lżej), no i nawet do piętnastoletnich (hoho!) A one jakże się cieszą, przecież nie są rozpieszczone nadmiarem czułości. A dyrektorka burczy: „Ojcze Andrzeju, dlaczego pozwalacie, żeby was tak obejmowały, żeby wchodziły wam na głowę? Rozpieszczacie mi dzieci!” A cóż mogę jej powiedzieć? Ona wszystko rozumie – to zuch, prawdziwa dyrektorka domu dziecka, na swym miejscu, a i wszyscy wychowawcy – jacy dobrzy, serca nie szczędzą!
Tak więc pytaliście, dlaczego do Was piszę? Nie wiem, ale znalazłem się w sytuacji, w której nie mam żadnego doświadczenia, i w ogóle niczego, boję się, że sam nie dam rady, ale nie wiedzieć czemu mam was cały czas w swych myślach – może rzeczywiście będziecie mogli pomóc? Daj Boże, a jeśli nie – to trudno. Szukajcie, a znajdziecie. Wybaczcie.
A, jeszcze jedna rzecz. Niedawno podeszli do mnie: „Batiuszka, a cóż wy do nas nie zaglądacie?” – pytają. „Dokąd – do nas?” „Na porodówkę!” – odpowiadają. „No jakże tak – powiadam - przecież księża i matuszki rodzą dzieci, a to znaczy, i zaglądają?” „Ależ nie – mówią - rodzić to rodzą, ale tylko przyjdą, paczki przyniosą, a tak, żeby pogadać, to nie!” I tak już kilka razy rozmawialiśmy z „brzuchatymi”, a one - ależ słuchają! I personel… A ci jak słuchają! A gdy błogosławiłem zaraz przed porodem, jak szybko i łatwo rodziły! Ależ później dziękowały! A tam „kontyngent” zmienia się co tydzień. Jak wielka możliwość dla misji!
No i Batiuszka, to tylko list, a tak, jakbym z wami porozmawiał. I popłakał. Wybaczcie, że zająłem wasz czas, że być może zbytnio się gdzieś spoufaliłem – tu wszystko jakoś prostsze niż w Moskwie, może czegoś i nie zauważyłem. Pisałem to przed chwilą. Przepraszam. I raz jeszcze proszę mi wybaczyć.
Źródło:
http://donor.org.ua
— tłum. ks. Mariusz Synak
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.