Z czym kojarzą nam się święta?
Z czym kojarzą nam się święta? Co wyznacza ich rytm? Co jest ich istotą?
Na te wszystkie pytania nie sposób odpowiedzieć inaczej niż mówią o wierze w Boga i Cerkwi. Rytm świętowania wyznacza nam Cerkiew, nadaje ich ton, opowiada i przypomina o ich istocie. I mogłabym z pasją pisać o tekstach liturgicznych wprowadzających nas w atmosferę Bożego Narodzenia, o nabożeństwach, o kolędach, o spotkaniach z bliskimi. Ale w tym roku doświadczam świąt inaczej i ten aspekt wydaje się szczególnie godny przypomnienia, bowiem łatwo zapominamy, że prawosławni rozsiani są po całym świecie i coraz częściej znajdują się daleko od swojego „duchowego domu” – Cerkwi. Co z tymi, którzy w swojej wierze są sami i w otoczeniu nie mają możliwości pozdrowienia się radosnym wezwaniem o narodzinach Zbawiciela?
Czasy, w których żyjemy sprawiają, że przemieszczamy się coraz łatwiej, coraz dalej. Dalej od domu. Powoli budujemy domy w miejscach nowych, szukamy na nowo swojej tożsamości. I o tym chce wszystkim dziś przypomnieć – o potrzebujących swojej wiary, a będących daleko od tych, którzy świętują razem, wspólnie i rozumieją te same modlitwy.
Eschwege, niewielka miejscowość w Zachodnich Niemczech. Położona niezwykle malowniczo, otoczona górami, jeziorami, opasana wartko płynącą rzeką. Do najbliższej Cerkwi, p.w.Św. Michała Archanioła w Getyndze można się dostać wykorzystując różne środki lokomocji, jest to wyprawa całodniowa, w którą udałyśmy się z nadzieją na duchowe wzmocnienie i wspólne przygotowywanie się do tych ważnych Świąt.
Po podroży pociągiem rozpoczęło się zwiedzanie miasta w poszukiwaniu Cerkwi. Droga długa, ukazująca miasto jako enklawę intelektualistów – noblistów, teologów, o czym z dumą informują tabliczki umieszczane na domach. Idziemy z osiedla na osiedle, z ulicy na ulicę. Nagle wyłania się budynek, stojący w skrytości w blokowisku na uboczu głównych ulic. Wtapiam się w tłum ludzi, który już wchodzi – do budynku, na piętro, otwierając niepozorne, zwyczajne drzwi, za którymi kryje się cel podróży bardzo wielu osób różnej narodowości.
Od progu zaczyna się wyczuwać NADZIEJĘ i potrzebę współobecności. Ludzie przygotowują się do spowiedzi, stawiają świece, szukają wyciszenia. Duchowny ma tu nie lada wyzwanie, o czym napiszę z pewnością w osobnym tekście. Umiejętność rozmawiania z ludźmi w różnych językach, a słuchania ich spowiedzi w szczególności – to zadanie wymagające szczególnych cech. Wierni przywożą tu swoje obawy, lęki i nadzieje z różnych stron świata, wypowiadają je głownie po niemiecku i rosyjsku, ale najczęściej nie są to ich rodzime języki.
Widoczna była potrzeba duchowego przygotowania do świąt. Ludzie docierali tu przez długi czas, większość nie ma szans dotarcia na określoną godzinę, przyjeżdżają z wielu miast, miejscowości, landów. Przyjeżdżają całymi rodzinami będąc jedyną rodziną prawosławną w miejscu, w którym przyszło im obecnie żyć, pracować. Potrzeba uczestniczenia we wspólnej modlitwie to warunek konieczny odczuwania świąt, a tym samym – budowania własnej wiary, tożsamości samego siebie jako człowieka wierzącego, pragnącego spotkania z Bogiem. W tym miejscu, tak dalekim w moim poczuciu od bogatego prawosławiem Podlasia – jest chór. Niezwykły. Chór składający się (danej niedzieli) z czterech osób, czterech kobiet, które pod dyktando najstarszej z nich i duchownego uczą się Boskiej Liturgii, śpiewu liturgicznego.
Wiele momentów nabożeństwa wybrzmiewa w różnych językach, aby dać szansę usłyszenia choćby Hospodi pomiłuj! w języku własnych modlitw, własnych myśli.
Sytuacja obcokrajowców jest czymś niezwykle przejmującym, zwłaszcza wtedy, gdy obserwuje się tak wielką potrzebę własnej wiary. Widoczne jest, że w zaciszu domowym ludzie modlą się sami, ale potrzeba wspólnoty to jedna z silniejszych potrzeb duszy i umysłu wierzącego człowieka.
Wielu spośród wychodzących z tej schowanej wśród bloków cerkwi, po chwili rozmowy, udaje się w drogę powrotną, bardzo daleką, niosąc w sobie światełko wiary i ciepło wspólnej modlitwy, które musi wystarczyć na dłuższy czas.
Aby być w pełni ludźmi potrzebujemy duchowości i rozwoju w wierze. A do tego – niezbędna jest nam wspólnota.
Za kilka dni wracam na Podlasie, do Białegostoku, wracam do swojej wspólnoty. I odczuwam to jako szczególny rodzaj przywileju. Do cerkwi – mam „krok”, a „swoich” tak blisko…
W te święta, w które weszliśmy, pamiętajmy o tych, którzy są daleko. Nie tylko od nas, ale przede wszystkim – od Cerkwi, w każdym znaczeniu. Cóż świętować będąc tak daleko od istoty, rytmu i głębi świąt? Pomóżmy w świętowaniu i sobie, i tym, którzy tego potrzebują. Niech wraz z Bożą Miłością na nowo przyjdzie na świat wzajemna troska i ciepło. Bądźmy bliżej siebie dzięki wspólnej wierze.
Justyna Fiedorczuk – doktor nauk o zdrowiu, pedagog, polonista. Na co dzień pracuje jako nauczyciel języka polskiego oraz nauczyciel akademicki na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku (Studium Filozofii i Psychologii Człowieka)
— Justyna Fiedorczuk
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.