Jesienią 1947 roku zorganizowano w Genewie „Spotkania Międzynarodowe”, poświęcone tematowi „Postęp techniczny i postęp moralny”. Dominował, o dziwo, marksistowski punkt widzenia. Wszyscy uczestnicy spotkania twierdzili, że ustrój kapitalistyczny rozpadnie się właśnie z powodu braku jakiejkolwiek…
Jesienią 1947 roku zorganizowano w Genewie „Spotkania Międzynarodowe”, poświęcone tematowi „Postęp techniczny i postęp moralny”. Dominował, o dziwo, marksistowski punkt widzenia. Wszyscy uczestnicy spotkania twierdzili, że ustrój kapitalistyczny rozpadnie się właśnie z powodu braku jakiejkolwiek harmonii między postępem technicznym i moralnym. Żywiono jednak nadzieję, że po tragicznych doświadczeniach II wojny światowej ludzkość powróci do zasad moralnych. Faktycznie, pierwsze lata po II wojnie światowej wręcz paraliżowały uczonych, jeśli chodzi o eksperymenty medyczne, nawet o poruszanie pewnych tematów, jak eutanazja. Był to jednak krótkotrwały okres. Bardzo szybko powrócono do zasady konieczności nieograniczonego postępu naukowego, oczywiście, dla dobra ludzkości. Trzeba jednak obiektywnie przyznać, że nauki medyczne w drugiej połowie XX wieku osiągnęły niezwykły poziom i postęp jest zdumiewający. Postęp nie zawsze przebiega w taki sposób, że chrześcijaństwo może wobec niego zachować stanowisko przynajmniej neutralne.
W nauce dominuje bowiem liberalny stosunek do prawdy i do wszelkich wartości. Stosunek ten charakteryzuje się uważaniem prawdy za względną, a tym samym także wartości. Pojęcie „prawdy obiektywnej” zostało sprowadzone wyłącznie do ewidentnych zjawisk przyrody. Oznacza to, że stwierdzenie „ziemia porusza się wokół słońca” jest prawdziwe, natomiast stwierdzenie „małżeństwo dotyczy mężczyzny i kobiety” jest zdaniem fałszywym. Dotychczas moralność seksualna bazowała na prostym stwierdzeniu, że człowiek jako gatunek jest dwupłciowy, a tym samym jedynie relacje między kobietą i mężczyzną są normą w tym zakresie. Człowiek nie rozmnaża się bowiem przez podział lub pączkowanie. Obecnie obowiązuje zasada, że w tym względzie „decydują uczucia”, to znaczy miłość na przykład kobiety do kobiety zasługuje na sankcję zawarcia małżeństwa lub tak zwanego związku partnerskiego, jeśli owe panie mają na to ochotę. Zwolennicy tego typu liberalizmu nie doszli jeszcze do rozpatrywania możliwości związku partnerskiego, jeśli jakaś kobieta zakocha się z wzajemnością w swoim buldogu, ale wszystko przed nami. Celowo odwołuję się do przykładu z dziedziny moralności seksualnej, gdyż w tej właśnie dziedzinie najpierw zaczęła się „rewolucja” i to także na gruncie medycyny. Przede wszystkim uznano prawnie, a także dążono do uznania moralnej dopuszczalności aborcji na podstawie tezy, że kobieta ma prawo do dysponowania swoim ciałem i podejmowania decyzji także odnośnie do poczętego dziecka. Z jednej strony przyjęto zasadę, że człowiekiem jest się od chwili narodzin („pierwszy krzyk”) lub od chwili ukształtowania się mózgu (czwarty miesiąc), z drugiej jednak poczęte dziecko dziedziczy majątek ojca, jeśli zmarł on nawet kilka dni po poczęciu dziecka. Tego typu przykładów sprzeczności prawa jest więcej. Najpierw w trosce o bezdzietne matki wprowadzono możliwość zapłodnienia poza organizmem matki, ale dość szybko zaczęto selekcjonować najlepsze plemniki i tworzyć tak zwane „banki spermy” oraz zapładniać kobiety nie koniecznie plemnikami ich mężów lub partnerów. Elementy wyjściowe, to znaczy plemniki i jajeczka traktuje się jako materiał genetyczny lub badawczy, a nie jako nośniki życia. Życie przestało być uważane za święte. Prawdopodobnie stoimy dopiero u początków rewolucji, a nie u jej końca.
„Wizję naszego życia prokreacyjnego i rodzinnego przedstawia biolog Robin Baker w książce Seks w przyszłości. Spotkanie pierwotnych popędów z technologią jutra. To, co nas czeka, to – jego zdaniem – przede wszystkim ostateczne i całkowite rozerwanie związku między seksem i rozrodczością. W sferze seksualnej zapanuje pełna wolność, zniknie z niej bowiem zagrożenie niechcianą ciążą lub alimentami za nieplanowane dzieci. Wszystkie dzieci będą zaplanowane i na zamówienie. I niekoniecznie będą pochodziły z łona matki lub jakiejkolwiek kobiety. Przez całe życie zachowamy bezpłodność, a nasze komórki będą czekały w banku na właściwy moment. Zarodki powstaną w wyniku połączenia komórek różnopłciowych, tej samej płci lub na drodze klonowania. Dziecko będzie mógł zamówić każdy, niezależnie od płci, wieku czy stanu rodzinnego, a urodzi je matka biologiczna, zastępcza lub sztuczna macica… wiele już w tym kierunku uczyniono. Coraz doskonalsza antykoncepcja, zapłodnienie pozaustrojowe, klonowanie, planowanie rodziny jako ideał racjonalnego zachowania – wszystko to istnieje już dzisiaj” (K. Dunin, Pożegnanie z tatą czyli seks przyszłości, „Gazeta Wyborcza. Duży Format” z 9 maja 2002 r., s. 38).
Sztuczna macica nie jest marzeniem przyszłości. Już istnieje. Podobnie, jak manipulowanie genami. Wiąże się to również z badaniami nad płodnością i możliwością tworzenia doskonałych istot ludzkich, to znaczy bez jakichkolwiek wad. Wiadomo, że prace w tej dziedzinie, pomimo różnych zakazów prawnych, są kontynuowane. Prace te przypominają taniec na linie. Nie znamy bowiem dokładnie całego genotypu. Stąd też następstwa naszych poczynań w dziedzinie inżynierii genetycznej są nie do przewidzenia. Najlepszym tego przykładem są sklonowane owce, u których procesy starzenia się nabrały szybkiego tempa. Ponieważ owca jest mniej skomplikowana od człowieka (kwestia świadomości), tym samym w wypadku manipulowania genotypem człowiekiem następstwa są jeszcze trudniejsze do przewidzenia niż w przypadku owcy.
Zmodyfikowane genetycznie owoce i jarzyny są już czymś powszechnym. Nie wiemy jednak, jak ich spożywanie odbije się na przyszłych pokoleniach dzieci konsumentów takich produktów. Poza tym modyfikacja genetyczna roślin jest w porównaniu z modyfikacją genotypu człowieka czymś dziecinnie prostym. Nauka podejmuje jednak ryzyko, nie biorąc pod uwagę żadnych możliwych następstw swoich poczynań. W XX wieku, a właściwie już od XVIII wieku człowiekowi zaczęło brakować pokory wobec tajemnicy świata. Na szczęście każda rozwiązana tajemnica pociąga za sobą szereg następnych tajemnic, jeszcze bardziej skomplikowanych, co daje pewną gwarancję, że nie dojdzie do rzeczy najstraszniejszych.
Wbrew szumnym hasłom na temat praw człowieka, uczonych interesuje nie człowiek, a ludzkość, czyje pojęcie abstrakcyjne. Jednostka przegrywa w konfrontacji z ludzkością. Tego typu filozofia człowieka jest całkowicie sprzeczna z chrześcijaństwem, które może być wyłącznie personalistyczne. Każdy człowiek jest wartością najwyższą, a nie gatunek ludzki. Dlatego też człowiek nie może być poddawany żadnym manipulacjom, w tym także genetycznym. Genetyczne próby stworzenia człowieka-ideału wyraźnie przypominają teorie rasowe. Wspomnienia o okropieństwach ostatniej wojny są już tak wyblakłe, że nic nie może stanąć na przeszkodzie niczym niepohamowanego rozwoju nauki. Człowiek współczesny chce sam konstruować prawo moralne, będące jego ludzkim tworem, uważa więc, że może zmieniać moralność, gdyż moralność jest tak samo względna, jak wszystko inne w świecie.
Jest to najbardziej widoczne w stosunku do eutanazji. Eutanazja chorych psychicznie w III Rzeszy wywołała protesty i została uznana za przestępstwo. Obecnie pojawiła się nowa jej forma, którą można określić jako „samobójstwo na życzenie”. Forma ta dotyczy osób nieuleczalnie chorych i w podeszłym wieku. Na ich życzenie lekarz może pozbawiać ich życia. Co prawda, ostatnia decyzja Trybunału Międzynarodowego zdecydowanie odrzuca eutanazję, ale w niektórych państwach jest ona dopuszczalna. Człowiek uzurpuje sobie prawo bycia panem życia i śmierci. Mimo woli przypomina się Kiryłłow, jeden z bohaterów Biesów Fiodora Dostojewskiego. Kiryłłow odrzucił istnienie Boga i uznał się za pana swego życia, a w celu udowodnienia tej tezy popełnił samobójstwo. To, co dwa wieku temu wydawało się czymś niemożliwym, obecnie stało się zjawiskiem w naszym życiu. Człowiek nie jest panem swego życia z tej prostej przyczyny, że nasze przyjście na świat nie jest uzależnione od naszej decyzji, ale od kogoś innego, od naszych rodziców. Już Sartre, zwolennik absolutnej wolności człowieka, postrzegał trudność właśnie w tym, że nie można uzasadnić wolności człowieka, jeśli w tym, co najważniejsze, to znaczy w decyzji przyjścia bądź też nieprzyjścia na ten świat, nie mamy nic do powiedzenia. Teoria głosząca możliwość decydowania o swojej śmierci jest równoznaczna z odrzuceniem Boga jako dawcy życia i śmierci. Poruszamy się więc w obrębie konstrukcji myślowych wykluczających istnienie Boga. Odnosi się to także do innych eksperymentów naukowych. Poza tym eutanazja rodzi problemy moralne dla samych lekarzy: jak ją pogodzić z przysięgą składaną przez lekarzy, która mówi o ratowaniu życia aż do końca?
Przeszczepy organów stały się zjawiskiem powszechnym. Cóż jednak sądzić o pomyśle klonowania człowieka celem otrzymania dawcy organów? Cóż można sądzić o próbach niczym nieograniczonych przeszczepów, włączając w to ewentualne próby przeszczepienia ludzkiego mózgu? W naszych czasach wszelkie granice moralne przestają powoli istnieć. Nawet, gdy przyjmuje się zasadę „Nie zabijaj”, znajduje się od niej wyjątki, jak na przykład eutanazja. Dla moralności nie ma nic gorszego od wyjątków. Rodzą one reguły i łańcuchy następnych możliwości. W epoce postmodernistycznej, w której żyjemy, nie ma stałych norm, a poza tym nie stoi za nimi autorytet Boga. Naukowcy niezwykle łatwo poddają się tej pokusie. Trzeba stwierdzić, że Biblia przestała pełnić rolę drogowskazu w życiu człowieka. Przeszczepia się organy, które nie tylko Biblia uważa za mające istotne znaczenie dla osobowości człowieka, jak serce. Wiadomo, że wiele osób z przeszczepionym sercem doświadcza stanu pewnego rozdwojenia świadomości. Nie stanowi to jednak żadnej przeszkody w kontynuowaniu badań w tym zakresie. Niczym niepohamowana chęć przedłużania życia fizycznego świadczy tylko o jednym, o utracie wiary w życie wieczne. Z jednej strony medycyna, przynajmniej w niektórych krajach, dopuszcza eutanazję, z drugiej natomiast przedłuża, z nakładem ogromnych kosztów, życie, a właściwie nędzną wegetację tych, którzy mają po temu odpowiednie środki.
Owa chęć trwania w tym świecie, i tylko w tym świecie, niekiedy nabiera cech humorystycznych. Pojawiła się oto teoria, że w bliżej nieokreślonej przyszłości nauce uda się przywracać do życia ludzi, którzy zostali poddani procesowi hibernacji, to znaczy wyziębienia, zamrożenia ciała i są przechowywani w tym stanie. Mamy już takich „hibernautów”, których zamrożone ciała są przechowywane, aby je kiedyś rozmrozić i wyleczyć z tych chorób, które obecnie są nieuleczalne, a przede wszystkim przywrócić do nowego życia i życie to znacznie przedłużyć. Jest to, oczywiście, kosztowne przedsięwzięcie i stać na nie nielicznych.
Rozwój nauk medycznych rodzi poza tym jeszcze jeden problem, a mianowicie zdecydowanego podziału ludzi na dwie kategorie: na tych, których stać na korzystanie z osiągnięć medycyny, i na tych, których na to nie stać. Rozwój nauki rodzi więc nową nierówność społeczną. Zresztą uczeni, a także politycy, nie są zainteresowani przedłużaniem życia wszystkich ludzi, a jedynie potrzebnych lub bogatych. Temu właśnie celowi mają służyć próby przedłużenia życia, obecnie o jakieś sto lat. Problem polega na odpowiedniej modyfikacji genów odpowiedzialnych za proces starzenia się. Być może, w przyszłości da się życie przedłużyć jeszcze bardziej i ludzie, oczywiście niektórzy, będą osiągać wiek biblijnych patriarchów. Łatwo sobie wyobrazić, jacy ludzie. Znowu bardzo bogaci lub bardzo potrzebni nauce, państwu, polityce…
Modyfikowanie genu lub genów również jest jedną wielką niewiadomą. Geny nie są skonstruowane w ten sposób, że każdy stanowi zamknięty świat, ale stanowią cały łańcuch. Nie wiemy, jak zmiana jednego wpłynie na cały łańcuch, i to nie w bliskiej perspektywie, ale w perspektywie wielu pokoleń. Może się bowiem okazać, że po wielu pokoleniach wystąpią takie zmiany, że mityczne historie o centaurach i kobietach-rybach staną się rzeczywistością. Znając 5%-10% genotypu, decydujemy się na ingerencję w jego układ. Nie znamy wszystkich zabezpieczeń genotypu, a jednak podejmujemy ingerencję. Przypomina to działania szaleńca. Niczym niepohamowany rozwój nauki stawia ludzkość w stan zagrożenia, jakiego nie znała w swojej historii. Być może, nie stawia całej ludzkości, ale przynajmniej jej część w stan zagrożenia.
Głos sprzeciwu, płynący ze strony środowisk religijnych, jest dość słaby. Dotyczy to nie tylko eksperymentów medycznych. Kiedy kilka lat temu w Polsce na bilbordach pojawiły się fotosy nagich kobiet, rozlegały się ostre głosy protestu. Dzisiaj nie ma już tych głosów. W maju pojawiła się ogromna reklama jednej z gazet, poświęconych związkom homoseksualnym. Nie zauważyłem najmniejszego głosu sprzeciwu. Prawie codziennie można przeczytać informacje prasowe o nowych eksperymentach z człowiekiem. Sprzeciwy powoli zanikają. Ostatnio poważnie rozważa się koniec rodziny i macierzyństwa. Ma się pojawić nowa forma rodziny, „złożonej z rodzeństwa pochodzącego z rozmaitych związków oraz rozmaitych kombinacji rodziców naturalnych i zastępczych…” (K. Dunin, Pożegnanie z tatą czyli seks przyszłości, art. cyt., s. 38). Koniec macierzyństwa, gdyż dziecko poczęte i zrodzone przez agregat przypominający pralkę nie jest normalnym macierzyństwem. Jakie będą dzieci? Przecież macierzyństwo to nie tylko rozwój płodu i jego karmienie. Wiemy dobrze, że dziecko w łonie matki reaguje na jej stany emocjonalne, przyswaja sobie te stany. Jakie stany emocjonalne ewentualnie można sobie przyswoić od agregatu?
Rozwój nauki coraz bardziej prowadzi w ślepą uliczkę. Uczeni czują się często zagubieni i nie mogą znaleźć jakiegokolwiek punktu odniesienia w płaszczyźnie moralnej. Stąd też przed Kościołem stanął problem wejścia w dialog nie tylko ze światem współczesnym, ale także ze światem nauki. Naukowcy mają prawo oczekiwać od Kościoła określonych i ścisłych postaw moralnych. Co prawda, niektóre Kościoły chrześcijańskie usiłują dostosowywać się do świata, ale ta droga nie może dać żadnych pozytywnych rezultatów. To nie Kościół ma dostosowywać się do świata. Kościół ma być „znakiem sprzeciwu” wobec świata. Ów sprzeciw jako wyraz świadomości, że Kościół naucza spraw Bożych, a nie przemijającej mody świata, należy wprowadzać do katechezy, do publikacji kościelnych. Nie trzeba unikać kontaktu ze światem i unikać świata, ale nauczać świat. Bez normy moralnej mającej sankcje nadprzyrodzoną, nie uda się stworzyć społeczeństwa ludzi moralnych. Rozwój pewnych nauk medycznych wyraźnie mówi o tym, że odrzucenie moralności religijnej otwiera perspektywę szaleństwa. Nie jest to żadna nowość. Przypomnijmy sobie pseudo-moralność rasizmu, która zaowocowała holokaustem, eutanazją, niewyobrażalnymi zbrodniami. Młodzi faszyści śpiewali:
„My jesteśmy młodzieżą Hitlera,
nam cnót chrześcijańskich nie trzeba,
bo za nami oręduje nasz wódz.
Żaden wstrętny klecha nie przeszkodzi
nam być dziećmi Hitlera.
My nie naśladujemy Chrystusa,
my naśladujemy Horsta Wessela,
z kadzidłem i wodą święcona precz!”
Można, oczywiście, oponować, że to skrajny przypadek wypaczenia humanizmu. Tymczasem humanizm ateistyczny po prostu nie istnieje. Istnienie człowieka jako osoby i jako wartości zakłada istnienie Boga. Humanizm może być jedynie teistyczny. W takim humanizmie nie ma miejsca na eksperymenty zagrażające człowiekowi. Taki humanizm trzeba głosić i o taki humanizm trzeba się modlić.
— o. Henryk Paprocki
Zostań przyjacielem cerkiew.pl
Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.