śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 6 października 2014

Rowerowa wyprawa śladami misji św. Braci Cyryla i Metodego

Jan Kochanowicz, białostocki neurolog, z 19-letnim synem Gabrielem przejechali w dwa tygodnie na rowerach ponad 2 tysiące kilometrów śladami misji świętych braci: Cyryla i Metodego.

0 czytelników poleca

Jan Kochanowicz, białostocki neurolog, z 19-letnim synem Gabrielem przejechali w dwa tygodnie na rowerach ponad 2 tysiące kilometrów śladami misji świętych braci: Cyryla i Metodego. Jechali z Salonik, miejsca, gdzie urodzili się bracia, przez sześć państw, do Polski i Białegostoku.

– Pomysł na taką wyprawę zrodził się w ubiegłym roku, gdy był obchodzony jubileusz 1150 lecia misji cyrylo-metodiańskiej na ziemiach polskich – mówi docent Jan Kochanowicz.- Wtedy czytałem informacje o życiu i działalności braci, jak również o wpływie ich misji na historię współczesnej Europy. To przede wszystkim stworzenie uniwersalnego wspólnego i zrozumiałego dla wszystkich Słowian alfabetu zwanego cyrylicą i funkcjonującego do dnia dzisiejszego w prawosławiu.

Saloniki, po słowiańsku Sołuń, dały imię Braciom Sołuńskim. W 863 roku, Cyryl i Metody wyszli z Salonik z misją do Słowian Pogańskich. Dzięki ich misji udało się stworzyć narodowy kościół Wielkich Moraw, Bułgarii, Serbii, Macedonii, na Rusi i w Polsce. Działalność obu braci została doceniona przez wszystkich chrześcian i zostali oni świętymi w kościele katolickim i cerkwi prawosławnej.

- Dzisiaj fizycznie śladów po ich działalności nie ma, ale chcieliśmy po prostu przejechać jak najwięcej krajów, związanych z prawosławiem – opowiada Kochanowicz. – Założyliśmy z Gabrysiem, że droga zajmie nam trzy tygodnie, dziennie chcieliśmy przemierzać po ok. 100 km.

Rowery do Salonik doleciały samolotem – Zostały rozłożone i zapakowane w kartony, jakie dostałem w sklepie rowerowym – mówi doc. Kochanowicz. – Do kartonów wrzuciliśmy też nasz niewielki zresztą bagaż, bo musieliśmy brać pod uwagę, że trzeba będzie z nim potem wracać rowerem.

19 sierpnia, po dwóch godzinach lotu wylądowali w Salonikach. Złożyli rowery i ... powstał problem co dalej z kartonami. Na lotnisku nie było gdzie ich wyrzucić. W końcu pomoc obiecał pan sprzątający lotnisko i ojciec z synem mogli wyruszyć w drogę.

– Od razu mieliśmy pod górkę, bo do pokonania była wysokość ok. 600 metrów, za to potem można było zjeżdżać z prędkością 60 km/h - opowiadają.

Grecja przywitała ich upałem ponad 40 st. C. i suszą. Po paru kilometrach złapali gumę, potem obskoczyły ich psy pasterskie. Dalej jechało się na szczęście już bez większych przygód i kłopotów technicznych.

– Chociaż gumę parę razy jeszcze łapaliśmy, wszystko dlatego, że jeździliśmy bocznymi drogami, na których łatwo było najechać na druty z uzbrojenia opon kół ciężarówek - opowiadają.

Z Grecji rowerzyści pojechali na przejście graniczne w pobliżu Petricz i znaleźli się w Bułgarii. Stąd udali się do Macedonii, potem przez Serbię i Rumunię dotarli na Węgry.

– Chcieliśmy potem wjechać na Ukrainę, ale nas nie wpuszczono - opowiadają. - Dlatego pojechaliśmy na Słowację. Stamtąd już na przejście w Komańczy i 31 sierpnia wjechaliśmy do Polski. Potem przez Roztocze i wzdłuż naszej wschodniej granicy, przez trzy dni jechaliśmy do Białegostoku.

Chcieli zobaczyć jak najwięcej Podczas wyprawy wybierali zazwyczaj poboczne, szutrowe drogi, nie te najbardziej uczęszczane przez turystów.

- Wtedy można zobaczyć więcej – mówią rowerzyści. – Wystarczy czasem odjechać kilka kilometrów od autostrady, aby zobaczyć XII-XV wieczne klasztory. Tylko raz musieliśmy pojechać autostradą, gdy okazało się, że tylko tak można dojechać do granicy między Macedonią i Serbią. Gdy dojechaliśmy rowerami do przejścia w Tabanowcach, mijaliśmy kolejkę samochodów, w których widać było siedzących zmęczonych kierowców. Ich zdziwienie na nasz widok było niemałe. Także straż graniczna nie mogła uwierzyć, że udało nam się tu dojechać autostradą. Ale przepuścili nas i tylko polecili, abyśmy zjechali jednak autostrady na boczną drogę przy pierwszej okazji.

W Serbii było swojsko: na polach widać tam polskie traktory, a na ulicach maluchy i polonezy... I mieszkają tam Polacy.

– Wjechaliśmy do takiego przepięknego miasteczka Vrsac. Zastanawialiśmy się przed hotelem, czy tam przenocować. Decyzję pomogła nam podjąć przechodząca obok Polka, mieszkająca w Serbii – opowiada Jan Kochanowicz. – Wiedziała, że jesteśmy Polakami, bo przy rowerach mieliśmy przyczepione flagi: Polski i metropolity prawosławnego Sawy. W tym kraju widać też było wyraźnie przywiązanie do tradycji i to, że ludzie tam żyją na styku kultur, obok siebie mieszkają wyznawcy prawosławia, muzułmanie i katolicy.

Podobnie było w Rumunii, gdzie kultura romska na każdym kroku styka się z prawosławiem i katolicyzmem.

- Bardzo charakterystyczne są domy, budowane przez Romów, to takie małe zameczki. Zazwyczaj zajmują cały teren nieruchomości, na trawnik czy podwórko szkoda im najwyraźniej miejsca – opowiadają podróżnicy. W Rumunii napotkali też na największe problemy komunikacyjne, bo tam mało kto zna angielski, nie mówiąc o rosyjskim.

- To spowodowało, że nasze śniadanie niemalże skończyło się tylko kawą i herbatą, bo za nic nie mogliśmy dogadać się z gospodynią, że jednak chcemy coś zjeść przed czekająca nas wyprawą. Pomógł nam w dogadaniu się jakiś robotnik, który akurat schronił się w tym lokalu przed deszczem - opowiadają.

Dopiero na Węgrzech spotkali pierwsze ścieżki rowerowe. Tam, dzięki pomocy napotkanego rowerzysty, udało się im przenocować w hotelu, prowadzonym przez innego rowerzystę, który jak się okazało, na bicyklu zwiedzał Polskę. Białostoczanie dostali nawet zniżkę na nocleg.

- Na Słowacji ogromne wrażenie zrobiły na nas Michalovce, miasto, którego podwaliny powstały w 770 roku, czyli istniało gdy Cyryl i Metody prowadzili swoją misje na Morawach – opowiadają rowerzyści.

Nawet 170 km dziennie Już po 11 dniach wyprawy, dojechali do granicy z Polską, do przejścia w Komańczy.

– Średnio jechaliśmy 100 km dziennie, pod koniec przyspieszyliśmy do 150, a nawet 170 km dziennie – opowiadają. – Na drogę przeznaczaliśmy około pięciu godzin, dzięki temu mogliśmy na spokojnie zwiedzać okolice przez pozostałą część dnia. Mieliśmy też okazję do poznawania lokalnej kuchni. Na południu Europy staraliśmy się wstawać jak najwcześniej i wyruszać w drogę, bo panowały tam nieziemskie upały. Gdy dojechaliśmy do Polski, akurat zrobiło się bardzo zimno i wtedy jechaliśmy w środku dnia, gdy stawało się trochę cieplej. W Polsce jechało się też najgorzej. Bo tylko u nas jest bardzo dużo tirów na pobocznych drogach. W żadnym innym kraju ich nie spotykaliśmy.

Rowerowe wyprawy ojca i syna to nie pierwszyzna. W styczniu 2013 roku właśnie rowerami przejechali w 16 dni 1200 km przez Wietnam, Kambodżę, Tajlandię i Laos. Wtedy cel podróży był przypadkiem - szukali po prostu miejsca na zimowy urlop i trafiły się w promocyjnej cenie bilety do Ho Chi Minh w południowym Wietnamie. Od razu postanowili, że zwiedzą Indochiny na rowerach, które kupią na miejscu. Wyprawa była udana, podobnie jak ta ostatnia. Dlatego Kochanowiczowie już myślą, gdzie mogliby pojechać na rowerach następnym razem.

Tekst na podstawie opowieści przygotowała Jula

— Jan Kochanowicz

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Polecane przez czytelników

z ostatniego kwartału
wszystkie →

Najnowsze ze świata

wszystkie →