śr, 12 sie (30 lip) środa, 12 sie (30 lip) 2026 roku juliański | dzień postny post
Kalendarz →
Publicystyka 24 sierpnia 2024

Szukajcie tego, co ożywia waszą duszę

O kryzysie wiary i o tym, jak się z niego wyrwać - rozmowa z o. Walerym Duchaninem

0 czytelników poleca

Dlaczego ludzie tracą wiarę? Czym jest opuszczenie przez Boga i czy "Bóg może opuścić" człowieka? Skąd czerpać duchową siłę, gdy wygląda na to, że dopadło nas wypalenie? Rozmawialiśmy o tym z ojcem Walerym Duchaninem, duchownym cerkwi św. Pimena z Ugresh, w Nikolo-Ugreshskim Seminarium Duchownym, doktorem teologii, pisarzem i publicystą.

- Ojcze Walery, dzisiaj porozmawiamy o trudnym temacie, który nurtował chrześcijan i ogólnie ludzi w najróżniejszych epokach. Chodzi o kryzys wiary i objawy, które mogą być związane z taką chorobą. Przyczyny mogą być oczywiście różne - wszystko zależy od konkretnego przypadku. Smutne jest jednak to, że czasem człowiek sam nie potrafi sobie odpowiedzieć, a nie ma nikogo, kto mógłby mu doradzić - dlaczego nagle zaczął wątpić, dlaczego ogień wiary nie płonie już w jego piersi jak dawniej, dlaczego pojawiła się obojętność, a głos Cerkwi przestał być autorytetem?

- Nie należy myśleć, że życie duchowe i wiara to zupełnie odrębne kwestie. Wszystko jest ze sobą powiązane. Jeśli twoje życie duchowe zamarło, to twoja wiara również osłabnie. Jeśli przestaliśmy się modlić, ponieważ mamy wiele innych, ważniejszych rzeczy do zrobienia, oznacza to, że Bóg nie jest już dla nas na pierwszym miejscu. A kiedy On, jak mówi apostoł Paweł, "dla którego jest wszystko i przez którego jest wszystko" (Hbr 2,10), jest ukryty za zasłoną ziemskiej próżności, gdzie jest wiara? Nie ma wiary, ponieważ nie ma żywej modlitwy.

Wyobraźcie sobie, że nie będziecie się modlić przez rok, tj. całkowicie przestaniecie zwracać się do Boga - po tym roku nagle zaczniecie się zastanawiać, czy Bóg w ogóle istnieje. W ten sposób zapominamy o niektórych naszych znajomych, z którymi z jakiegoś powodu się rozstaliśmy. Jeśli nie utrzymujemy z nimi kontaktu, to tak jakby ci znajomi dla nas nie istnieli. W ten sam sposób, gdy nie utrzymujemy kontaktu z mieszkańcami niebios, ze światem duchowym, to z czasem będzie nam się wydawać, że nie ma świata duchowego, tylko jedna materia wokół nas.

Chcę powiedzieć, że gasnąca wiara jest wynikiem duchowego rozluźnienia. Kryzys wiary jest poprzedzony kryzysem życia duchowego. I zwykle przychodzi niezauważony, nie jako upadek w przepaść, ale jako stopniowe schodzenie w dół. Podoba mi się taki obraz: nasza zepsuta natura jest jak ruchome schody, które zawsze zjeżdżają w dół. Nawet jeśli chcesz być na tym samym poziomie, musisz ciągle piąć się w górę. A jeśli powiesz: "Postoję przez chwilę, zrobię sobie przerwę", te ruchome schody zabiorą cię gdzieś głęboko w otchłań.

– Na czym to polega?

- Kiedy wstajemy rano, pierwszą rzeczą, jaką bierzemy w dłoń, jest telefon komórkowy i zanurzamy się w wiadomościach tekstowych, newsletterach i aktualnościach. To znaczy, że pozwalamy naszym duszom wyruszyć w tę spontaniczną podróż. Nie ma czasu na modlitwę, o Bogu pamiętamy jakby w tle ziemskiej próżności. I to wszystko jest niewłaściwe! Bo umysł rozbija się niczym fale o rzeczy zupełnie puste. Im mniej duchowości w naszym umyśle, tym mniej wiary w nas.

– A może człowiek jest po prostu zmęczony odmawianiem tych samych modlitw lub ma jakiś inny problem?

– W istocie, po drodze pojawia się wiele problemów. Na przykład, w pewnym momencie nagle przestajemy być zainteresowani czytaniem modlitw porannych i wieczornych. Za bardzo przyzwyczailiśmy się do tych tekstów i nie inspirują nas one w ten sam sposób. Do czego to prowadzi? Do jednej z dwóch rzeczy. Osoba albo całkowicie przestaje przestrzegać reguły modlitewnej, uważając ją za coś zbędnego i nużącego, albo kontynuuje czytanie, ale robi to pośpiesznie, tak szybko, jak to możliwe, próbując uciec od Boga poprzez korektę wymaganych tekstów. W obu przypadkach błąd jest ten sam - utrata żywej postawy przed Żywym Bogiem. Gdyby zostało nam objawione, że Ten, który stworzył aniołów i ludzi, Ten, w którego rękach jest przeznaczenie całego wszechświata, Który dał nam życie, Który nas wskrzesza, zbawia, w Którym, w rzeczywistości, jest nieskończone życie Raju - i oto On jest tu, tuż obok nas, widzi, słyszy i kocha nas, a my przez modlitwę wznosimy się do Niego - jak wtedy postrzegalibyśmy modlitwę? Modlitwa powinna być żywym trwaniem przed Żywym Bogiem. A obcowanie z Bogiem jest najjaśniejszą i najradośniejszą rzeczą, jaką można spotkać na świecie.

Nawiasem mówiąc, nie męczy nas wypowiadanie tych samych słów podczas komunikowania się z naszymi sąsiadami, gdy słowa te są wypełnione życzliwymi i ciepłymi uczuciami. Oznacza to, że ważne jest, czym są wypełnione nasze słowa, co jest w naszym sercu. W rzeczywistości nasz stosunek do Boga wyraża się w uczuciach, które wypełniają nasze modlitwy.

Można oczywiście podejść kreatywnie do samej reguły: przez jakiś czas zamiast modlitw porannych i wieczornych, czytać na przykład teksty wieczerni i jutrzni albo akatysty, które odpowiadają naszemu sercu, albo wybrać psalmy, które szczególnie lubimy. Można też czytać godziny (cs. czasy) - krótkie nabożeństwa. Możliwości są różne, najważniejsze, by nie zabrakło modlitwy.

– Ale czy tylko to jest przyczyną kryzysu wiary?

– Oczywiście mogą istnieć inne powody kryzysu wiary. Na przykład, osoba w trudnej sytuacji modli się usilnie i oczekuje, że Bóg uczyni cud: na przykład sprowadzi z powrotem ukochaną osobę, która opuściła rodzinę lub uzdrowi kogoś, kto jest beznadziejnie chory. Ale cud nie następuje. I zaczyna się wydawać, że modlitwa jest nieskuteczna. Taka osoba myśli więc, że można w ogóle się nie modlić. Wiara zanika, ponieważ człowiek nie jest gotowy na przyjęcie krzyża życia. Myślał, że wszystko powinno być tak, jak prosił w swoich modlitwach. A fakt, że czasami trzeba się ukorzyć, przyjmując pewien krzyż od Boga, zostaje w jakiś sposób zapomniany. Dumnym trudno jest być wierzącymi.

– A czy stan opuszczenia przez Boga może wynikać z faktu, że spod nóg usunięty został sam fundament wiary? Dlaczego tak się dzieje, że Bóg opuszcza człowieka? Czy właściwe jest stwierdzenie: "Bóg opuścił"?

– Przypomina mi się historia z życia św. Antoniego Wielkiego, kiedy to święty cierpiał z powodu wielu trudności, a przede wszystkim z powodu demonów. Wydawało się, że Bóg mu nie pomaga. Mnich Antoni modlił się: "Panie, gdzie byłeś? Dlaczego nie pojawiłeś się na początku, aby przerwać moją udrękę?". I otrzymał odpowiedź od Boga: "Byłem tutaj, ale czekałem, pragnąc zobaczyć twą gorliwość i twą nieustępliwość". Cierpliwość Antoniego Wielkiego, jak wiemy, przerodziła się w wiele duchowych darów. Opuszczenie przez Boga jest głównie naszym subiektywnym odczuciem. Wydaje nam się, że jesteśmy opuszczeni przez Boga, ponieważ czujemy się źle i ponieważ wszystko nie jest tak, jak byśmy chcieli. Jednak w rzeczywistości Bóg jest z nami w tym momencie, hartując nas w tyglu pozornego Bożego opuszczenia.

Choć może się to wydawać dziwne, taki stan umysłu może być cenny i przynosić korzyści. Ponieważ w takich chwilach nasze wysokie mniemanie o sobie zostaje w mgnieniu oka zburzone. Myśleliśmy, że jesteśmy kimś w życiu duchowym. I nagle okazuje się, że giniemy, nie mamy czego się chwycić. Żadnej nadprzyrodzonej pomocy, a tylko nieszczęścia przychodzą z prawej i lewej strony. I właśnie w takim stanie modlitwa jest najpotężniejsza. Taka modlitwa, jak głębokie westchnienie serca, natychmiast wznosi się do Boga. Ponieważ jest to modlitwa pokornej duszy. Ale najważniejsze jest to, że tylko zagubieni potrzebują Zbawiciela. Jeśli nie dostrzegasz, że giniesz, to w zasadzie i Zbawiciel nie jest ci szczególnie potrzebny. Do tego prowadzi nas Pan w takich chwilach próby. Albo powiesz sobie: mimo wszystko będę z Bogiem, nawet jeśli wydaje się, że On o mnie zapomniał. Albo okażesz słabość i będziesz narzekał, ale to nie znaczy, że Bóg się od ciebie odwrócił. Bóg z pewnością objawi ci coś dla twojego zrozumienia i zbawienia.

– Czym jest „duchowy paraliż” i co może być jego przyczyną?

– Termin "duchowy paraliż" nie jest dla mnie do końca jasny. Czasami osoba doświadcza wypalenia, podejmując się wielu wyzwań, tak jakby się przejadła i na jakiś czas straciła ochotę na życie duchowe. Czasami po prostu odprężamy się, jakbyśmy spali. I wtedy Bóg pozwala nam cierpieć uciski, aby nas obudzić i wyprowadzić z letargu. Podczas ciężkich smutków i doświadczeń człowiek naprawdę się budzi. I dla niego wołanie do Boga nie jest tylko pustym dźwiękiem, ale krzykiem duszy. Pewna znajoma zakonnica z Góry Oliwnej w Jerozolimie opowiadała, jak 26 lat wcześniej przyjechała aby popracować przy monasterze, przygotowując się na śmierć. Miała straszną onkologiczną diagnozę, ale nikomu nie powiedziała, dostała pracę w klasztorze, wykonywała najcięższe prace i modliła się, modliła się, modliła się. Tutaj, jak mówi, w tamtym czasie wydawało jej się, że zemdleje właśnie w tej toalecie, którą czyściła. Ale modliła się i modliła przy tej pracy. I mówi, że teraz nie ma tak silnej modlitwy jak wtedy, nie może wrócić do tego poziomu gorliwej i płomiennej modlitwy. Inny duchowny cały czas modlił się o jej zdrowie, współczuł jej. Jakimś cudem choroba ustąpiła, choć na początku bała się nawet pójść na badania kontrolne. Bóg naprawdę pokazał prawdziwy cud, a ona pozostała w klasztorze - jest to klasztor Wniebowstąpienia Pańskiego na Górze Oliwnej. Ale tak silnej modlitwy, jak mówi, nie daje się już przywrócić. Myślę, że po prostu nie możemy ciągle iść w górę, to dla nas trudne i dlatego nasza duchowa ścieżka przebiega falowo, trochę w górę, trochę w dół, ale najważniejsze jest to, by iść naprzód.

– Zadam niebezpieczne i poniekąd przerażające pytanie: czy kryzys wiary może być konsekwencją tego, że człowiek, będąc w Cerkwi, w pewnym momencie "godzi się" z pewnym grzechem, zaczyna traktować go spokojnie, pobłażliwie, ufając w Boże miłosierdzie?

– Niestety, tak właśnie jest. Przekonałem się o tym wielokrotnie. Jeśli nie zechciałeś rozstać się ze swoją słabością, nie przebaczyłeś komuś innemu, nie oczyściłeś swej duszy szczerą spowiedzią, to znaczy, że nabożeństwo nie jest już przez ciebie postrzegane w taki sam sposób jak wcześniej. Nie jest to już spotkanie z Bogiem, nie jest to już kontakt z tajemniczym Niebiańskim światem, a jedynie rodzaj obserwacji jakiegoś religijnego przedstawienia. Grzechy, z którymi nie chcieliśmy się rozstać, zasłaniają nam oczy, czynią nas duchowo krótkowzrocznymi.

Pojawia się duchowa ślepota. A przecież wiara jest widzeniem. Jak możesz widzieć, jeśli stałeś się duchowo ślepy?

– Zdarza się, że kryzys wiary przychodzi po wielu latach w Cerkwi. W ostatnich latach mieliśmy wiele historii ludzi, którzy rozczarowali się, odeszli od Cerkwi, czy też opuścili posługę kapłańską. Takie przypadki wywołują burzliwe dyskusje, zwykle z dwiema stronami: "przeciw" - ponieważ dana osoba zakwestionowała zbawienność wiary prawosławnej lub zaproponowała własną jej interpretację, a następnie poszła "nową drogą", oraz "za" - ponieważ przekonuje nas szczerość (czasem prawdziwa, czasem wyimaginowana), a poza tym po prostu "szkoda człowieka". Być może najtrudniejszym przypadkiem nie jest sytuacja, gdy ktoś "odchodzi" z Cerkwi, ale kiedy twierdzi, że już nie może tu być, albo może, ale od teraz będzie to czynił opierając się wyłącznie na "głosie serca" i alternatywnych źródłach, a nie na tradycji Świętych Ojców. Zrobiło się ciasno, a on jest zmęczony i wypalony. Jak komentować takie przypadki? Najważniejsze jest oczywiście to, dlaczego staje się to możliwe.

– To dla mnie bardzo bolesny temat. Czasami mamy do czynienia z czynnikiem czysto ludzkim, kiedy ekstremalne obciążenie pracą, a czasem surowość ze strony przełożonych, łamią siłę psychiczną służącego. Ale każdy czynnik ludzki można również w ludzki sposób rozwiązać – przenieść w inne miejsce, pozbyć się części obowiązków. W rzeczywistości trzeba tylko bezgranicznie zaufać Bogu, oddać swoje życie w Jego ręce. A Bóg ułoży wszystko tak, jak powinno być. Ale jeśli mówić w istocie, trwa wojna, duchowa batalia o nasze nieśmiertelne dusze. Diabeł szuka czegokolwiek, aby schwytać człowieka. A na celowniku jest przede wszystkim duchowieństwo. Spotkałem się z przypadkami, kiedy Bóg w oczywisty, cudowny sposób pomagał kapłanom. Ich modlitwy się spełniały, a za ich pośrednictwem Bóg ratował ludzi. To jest prawdziwe doświadczenie obcowania z niebiańską pomocą. A potem ci sami kapłani, których przykład mnie inspirował, nagle popadali w poważne grzechy i zostali odsunięci od posługi kapłańskiej. A niektórzy odeszli sami. Oznacza to, że Bóg niewątpliwie jest blisko i pomaga, ale kusiciel również nie śpi. A gdzie jesteś ty sam? Co chcesz ostatecznie osiągnąć? Nie powinniśmy ufać samym sobie, nie powinniśmy myśleć, że jesteśmy ponad wszelkimi pokusami. Diabeł nie będzie z nami żartował. Bardzo łatwo jest się potknąć i popaść w ciężki grzech. Kiedy przestajesz żyć zgodnie z zasadami wiary, sama wiara staje się czymś efemerycznym. Taką osobę bardziej pociąga jakaś ziemska nauka, psychologia, biznes lub coś podobnego. I to, co Boże, nie jest dla niego takie oczywiste. A to prowadzi w przepaść.

– W jaki sposób się temu przeciwstawić?

– Dobrze byłoby starać się żyć tak, jakbyśmy mieli przed sobą ostatni dzień życia. Pandemia w tym sensie dała nam bardzo dobrą lekcję. Jak szybko ludzie opuszczają ziemski świat: wczoraj człowiek był z nami, a dziś dusza rozstała się z ciałem - jaka jest teraz, gdy przechodzi na tamten świat? Nadal mamy możliwość modlić się do Boga z głębi serca, okazać skruchę, oczyścić duszę, uczynić coś dobrego dla innych ludzi - nie traćmy tego dnia. Dla chrześcijanina dany mu dzień jest okazją, by duchowo stanąć przed Bogiem.

– A czy wy, ojcze, doświadczyliście kiedyś kryzysu wiary? Jeśli tak, opowiedzcie nam o tym. Jakie macie rady dla osób, które teraz przeżywają kryzys wiary?

– Ważne jest, aby ludzie odnaleźli swoją drogę, znaleźli to, co ich inspiruje, co ożywia ich wiarę, co rozpala żarliwą modlitwę do Boga. Pamiętam pierwszy okres pandemii, kiedy wszyscy byli odizolowani, byliśmy duchowo rozbici. Wydawało się, że wszyscy w rodzinie są razem, była okazja do zrobienia czegoś konstruktywnego, ale okazało się, że tak nie było. Niektóre dzieci zaczęły oglądać seriale, a potem my, dorośli, wciągnęliśmy się w to. W ten sposób pierwsza izolacja zakończyła się fiaskiem dla naszego życia duchowego. Potem przerzuciliśmy się na usługi online i wydawało się, że pomogło to nieco podnieść nasz duchowy nastrój. Brakowało jednak czegoś najważniejszego. Transmitowane nabożeństwa inspirują do czystych myśli i modlitewnych westchnień, ale ty pozostajesz oderwanym obserwatorem. Dopiero na trzecim etapie byliśmy w stanie zorganizować nabożeństwo domowe. Oczywiście nie możemy sprawować liturgii w domu, ale wieczernię i jutrznię z modlitwami na dany dzień można zorganizować całkiem realnie. Istnieją nawet strony internetowe, na których publikowane są teksty nabożeństw na każdy dzień. Nasz dom nie powinien być salą do oglądania telewizji, ale małą Cerkwią, odbiciem świątyni Boga. A tylko w świątyni modlitwa może być żywa i bezpośrednia. I tak każdego dnia można odkrywać wspaniały duchowy świat, ponieważ każdego dnia obchodzone jest wspomnienie tych czy innych świętych. Ich życie i dzieła są dla mnie osobiście bardzo cenne. Każdego dnia można czerpać wielką duchową korzyść z życia świętych i ich pouczeń. Nie chcę nikomu niczego narzucać.

Powiem tylko jedno: szukajcie tego, co ożywia waszą duszę, co pomaga wam modlić się żywą, żarliwą modlitwą, zauważajcie to i starajcie się rozwijać właśnie w tym kierunku, w którym wasza wiara nie zgaśnie, ale zapłonie.

z o. Walerym Duchaninem rozmawiał Władimir Basienkow (tłum. Justyna Pikutin)

za: pravoslavie.ru

fotografia: levangabechava /orthphoto.net/

Przekaż wsparcie na rozwój serwisu cerkiew.pl

Zostań przyjacielem cerkiew.pl

Stałe wsparcie daje nam stabilność i możliwość realizacji nowych inicjatyw.

Polecane przez czytelników

z ostatniego kwartału
wszystkie →

Najnowsze aktualności

wszystkie →